Izbę wyższą trzeba wzmocnić, zamiast myśleć o jej likwidowaniu
Zdecydowanie opowiadam się za zwiększeniem liczby senatorów do 111 przy jednoczesnym zmniejszeniu liczby posłów o ok. 25 proc., czyli do 333
Pomysły likwidacji Senatu wracają co kilka lat jak bumerang. Są tak samo niezrozumiałe, jak i nieracjonalne, a także zupełnie oderwane od naszej tradycji ustrojowej. A jej nie można strącić w przepaść.
W polskiej tradycji ustrojowej system dwuizbowy ma już ugruntowaną pozycję. I to jest atut, a nie przeszkoda. Izba druga stała się niezbędnym elementem naszego systemu politycznego. Realizuje bez zarzutu swoje dotychczasowe kompetencje i nie uchyla się przed przyjmowaniem nowych. Przykładowo Senat wziął na siebie wykonywanie orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Nikt senatorów do tego nie zmuszał. Nie upatrywali w tej kompetencji źródła splendoru, a raczej potrzeby podniesienia jakości prawa. Podobnie Senat zajął się realizacją konstytucyjnego prawa do petycji. Ponadto chciałby dalej zajmować się opieką nad Polonią. W opinii publicznej Senat uchodzi za izbę merytoryczną wolną do małostkowych sporów, cieszącą się dużym autorytetem, a także szacunkiem społecznym. Historia zafundowała mu jednak wyboistą drogę.
Zawsze na korzyść posłów
W polskiej tradycji ustrojowej skład obu izb ewoluował, jednak zawsze z przewagą liczebną posłów. W I Rzeczypospolitej po unii lubelskiej z 1569 r. było około 160 posłów, z czego 48 z Litwy, Senat zaś liczył 140 dożywotnich senatorów. A zatem różnica była stosunkowo niewielka. W konstytucji marcowej z 1921 r. było 444 posłów, a senatorów 111. Te dość proste do zapamiętania liczby można było zsumować, ponieważ Zgromadzenie Narodowe wybierające Prezydenta RP liczyło 555 członków. Z kolei w konstytucji kwietniowej z 1935 r. na 208 posłów przypadało 96 senatorów.
Po II wojnie światowej w wyniku sfałszowanego referendum zlikwidowano Senat. Sejm początkowo liczył 444 posłów, a od konstytucji PRL z 1952 r. liczba posłów była powiązana z liczbą wyborców i miała stale rosnąć. Dopiero w 1960 r. w wyniku nowelizacji konstytucji liczba posłów została określona na 460. Po raz kolejny w naszych dziejach wybrano rozwiązanie prowizoryczne, które miało następnie okazać się niezwykle trwałe.
W 1989 r. w wyniku rozmów przy okrągłym stole zawarto porozumienie polityczne, na podstawie którego do naszego systemu ustrojowego miał powrócić Senat. W wyniku dokonanej 7 kwietnia 1989 r. nowelizacji konstytucji skład drugiej izby określono na 100 senatorów. W ten sposób urokliwie ukształtowano skład obu izb w kompletnym oderwaniu od jakichkolwiek tradycji ustrojowych. Zgromadzenie Narodowe mające ówcześnie wybierać prezydenta RP liczyło 560 członków. Obecna Konstytucja RP z 2 kwietnia 1997 r. utrzymała liczebność obu izb na niezmienionym poziomie, utrwalając istniejącą prowizorkę. Szkoda, ponieważ w pracach Komisji Konstytucyjnej było kilka projektów, które mogły ten stan rzeczy zmienić. Nikt nie zmuszał komisji do opierania się na tradycji pochodzącej z głębokiego PRL. Nazywajmy rzecz po imieniu - z czasów Władysława Gomółki.
Obecny skład Sejmu i Senatu jest wyjątkowo korzystny dla izby pierwszej - która w końcu liczy 4,6 razy więcej członków niż izba druga. Nie jest to jednak uzasadnione dużą różnicą kompetencji i zadań. Co więcej, tak dużej różnicy w składzie obu izb nigdy wcześniej u nas nie było.
W Europie inne proporcje
A jak to jest w innych państwach europejskich? W Austrii izba pierwsza, czyli Rada Narodowa, liczy 183 członków, zaś Rada Federalna - 62. Różnica wynosi więc 3 do 1 na niekorzyść izby drugiej. W Belgii w skład Izby Reprezentantów wchodzi 150 członków, zaś Senat liczy 71 członków, czyli tylko dwa razy mniej. W Republice Francuskiej izba pierwsza, czyli Zgromadzenie Narodowe, liczy 577 członków, zaś Senat 343, czyli różnica wynosi 1,7 do 1. W Hiszpanii Kongres Deputowanych składa się z 350 członków, a Senat 259 (różnica 1,3 do 1). W Republice Włoskiej Izba Deputowanych liczy 630 członków, a Senat 315, czyli o połowę mniej. Takie przykłady można mnożyć, co nie zmienia faktu, że na tle europejskim liczebność polskiego Senatu w odniesieniu do Sejmu jest skrajnie nierównomierna.
W obecnie trwających dyskusjach konstytucyjnych warto zatem powrócić do zmiany składu obu izb. Obecnie liczba posłów wydaje się zdecydowanie zbyt duża. Warto ją zatem ograniczyć, np. do 300 albo jeszcze lepiej do 333 posłów. Liczbę senatorów można nieznacznie podnieść, np. do 111, dzięki czemu Zgromadzenie Narodowe mogłoby liczyć 444 parlamentarzystów. W ten sposób odchudzimy skład Sejmu i zapewnimy pozostałym posłom bardziej komfortowe warunki pracy, ponieważ obecny gmach naszego parlamentu jest zbyt mały, a warunki pracy naszych przedstawicieli oraz personelu administracyjnego są ciężkie. Nie wspomnę o dość siermiężnych warunkach zakwaterowania posłów w nowym domu poselskim, pieszczotliwie określanym przez nich "akademikiem".
Za obniżeniem liczby naszych parlamentarzystów winna iść konieczna podwyżka ich diet i uposażeń. Wynoszą one odpowiednio 2570 zł oraz 9870 zł i nie ulegają zmianom od niemal dziesięciu lat. Takie wynagrodzenie jest zdecydowanie zbyt niskie, zwłaszcza w stosunku do zadań posłów i senatorów oraz naszych oczekiwań względem ich zaangażowania w sprawy kraju i okręgu wyborczego. Stawiamy bowiem duże wymagania, nie mamy litości wobec ich ludzkich skądinąd słabostek, śledzimy w tabloidach niemal każdy ich krok, a jednocześnie nie uwzględniamy, że za wyjątkowo ciężką i stresującą pracę musi być płacone odpowiednie wynagrodzenie.
Wybory części składu izby
Warto również zastanowić się nad zróżnicowaniem kadencji obu izb parlamentu. Obecnie kadencja Senatu jest równa kadencji Sejmu, zaś skład polityczny obu izb jest podobny. Nie sprzyja to ciągłości prac Senatu. Warto zatem rozważyć zastosowanie u nas rozwiązania przyjętego w Czechach czy USA, gdzie kadencja Senatu wynosi 6 lat, a co dwa lata wymieniana jest jedna trzecia składu. We Francji kadencja także wynosi 6 lat, ale co 3 lata wymieniana jest połowa składu. W polskich warunkach ustrojowych przyjęcie takiego rozwiązania jest jak najbardziej możliwe. Co więcej, nasze życie polityczne z pewnością stałoby się bardziej dynamiczne, jeśli co dwa lata byłyby wybory części senatorów.
Na koniec warto rozważyć wzmocnienie Senatu wirylistami, czyli osobami, które wchodzą w skład izby z racji zajmowanych stanowisk. Każdorazowy I prezes Sądu Najwyższego oraz prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego po zakończeniu kadencji mogą wchodzić dożywotnio w skład Senatu. Kilku znakomitych prawników z pewnością wpłynie na jakość tworzonego w izbie drugiej prawa, jednocześnie nie obciążając budżetu państwa, ponieważ mogliby otrzymywać jedynie dietę w wysokości około 2,5 tysiąca złotych. Oczywiście senatorowie wiryliści nie wchodziliby do kworum, a więc ich potencjalna nieobecność na posiedzeniu izby nie wpływałaby na nieważność podejmowanych decyzji.
Czy zatem naprawdę powinniśmy poważnie rozważać zmniejszenie liczby posłów i senatorów? W mojej ocenie nie tylko nie powinniśmy tego rozważać, ale wręcz myślenie powinno zostać skierowane w przeciwnym kierunku.Opowiadam się zdecydowanie za zwiększeniem liczby senatorów do 111, przy jednoczesnym zmniejszeniu liczby posłów o około 25 proc., czyli do 333. Oczywiście ten postulat może zostać zrealizowany jedynie w drodze nowelizacji konstytucji, a prawem inicjatywy w tym zakresie dysponują prezydent, jedna piąta ustawowej liczby posłów oraz Senat.
Obecnie kadencja Senatu jest równa kadencji Sejmu, zaś skład polityczny obu izb jest podobny. Nie sprzyja to ciągłości prac Senatu
@RY1@i02/2014/002/i02.2014.002.07000020a.803.jpg@RY2@
Fot. Wojtek Górski
Prof. Marek Chmaj konstytucjonalista, Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej
Prof. Marek Chmaj
konstytucjonalista, Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu