Emerytury w górę. Jednorazowo
PiS chce wypłacić dodatki, by skompensować rekordowo niską waloryzację świadczeń
Projekt jednorazowych zapomóg dla emerytów i rencistów przygotowany przez rząd PiS w porównaniu z poprzednią wersją, którą proponował rząd Ewy Kopacz, zwiększa korzyści dla osób o najniższych świadczeniach kosztem tych lepiej sytuowanych. Ponieważ resort pracy, tworząc nową wersję dodatków, poruszał się wokół identycznego budżetu jak poprzednicy, czyli 1,4 mld zł, zmiany polegały na przesuwaniu korzyści między poszczególnymi grupami.
W poprzednim projekcie, który w tej kadencji złożył w Sejmie PSL, osoby o najniższych świadczeniach miały dostać 350 zł. PiS podnosi tę kwotę do 400 zł. Za to mniej, niż planował poprzedni rząd (100 zł), dostaną emeryci i renciści, których świadczenia są w granicach 1500-2000 zł. Nowy gabinet przeznacza dla nich po 50 zł. Bez zmian pozostały zasiłki dla otrzymujących od 900 do 1100 zł - 300 zł - i od 1100 do 1500 zł - oni z kolei dostaną tak, jak mieli - po 200 zł. Zarówno poprzedni, jak i obecny rząd wykonuje taki gest, choć nie jest on konieczny.
Utrzymująca się deflacja powoduje, że koszty utrzymania spadają, a nie rosną. Więc podstawowy warunek, jaki ma spełniać waloryzacja, czyli nadążanie ze wzrostem cen, jest spełniony z naddatkiem. W 2014 r. obliczona przez GUS średnioroczna inflacja wyniosła 0 proc., tak samo jak inflacja liczona specjalnie dla gospodarstw domowych emerytów i rencistów. W tym roku będzie niższa od zera. Według NBP, który zebrał prognozy analityków, wyniesie minus 0,8 proc., czyli o tyle spadną ceny. W efekcie nawet gdyby nie było żadnych podwyżek rent i emerytur, to i tak zyskałyby na wartości. Co więcej, w ciągu ostatnich kilku lat nieco szybciej rosły najniższe świadczenia. To efekt waloryzacji kwotowej i mieszanej, jaką przeprowadził rząd PO-PSL.
Deflacja oznacza jednak bardzo niską waloryzację świadczeń, a to może być problem wizerunkowy i polityczny. Wskaźnik waloryzacji to zsumowany wskaźnik średniorocznej inflacji lub inflacji w gospodarstwach domowych emerytów i rencistów i co najmniej 20 proc. realnego wzrostu płac z roku poprzedzającego waloryzację. Rząd w czerwcu, planując waloryzację na 2016 r., prognozował, że średnioroczna inflacja wyniesie w 2015 r. -0,2 proc., a realny wzrost płac 3,6 proc. Stąd wskaźnik waloryzacji, jaki pojawił się w rozporządzeniu Rady Ministrów, to 0,52 proc. Ale jeśli deflacja faktycznie będzie jeszcze niższa i jaki prognozują analitycy, ceny spadną o 0,8 proc., to realny wzrost płac musiałby wynieść co najmniej 6,6 proc., by wskaźnik waloryzacji był taki, jak przewidywał rząd w czerwcu. To oznacza, że marcowa waloryzacja będzie prawdopodobnie rekordowo niska, nieco tylko przekraczając zero, i dla wielu emerytów czy rencistów podwyżka będzie niezauważalna.
To z kolei może się podobać ministrowi finansów. Nowelizacja tegorocznego budżetu i zapowiedzi dużych wydatków w 2016 r. pokazują, że finanse publiczne są napięte. W projekcie budżetu zapisano na przyszłoroczną waloryzację świadczeń niepełny miliard złotych. Resort pracy szacował jej koszty, jeśli wskaźnik wyniesie 0,52 proc., na 940 mln zł. Gdyby faktycznie wyniosła 0,4 proc. (jak wyliczyliśmy, przyjmując, że deflacja wyniesie -0,8 proc., podczas gdy płace realnie wzrosną o 4,2 proc.), to budżetowe wydatki wyniosłyby tylko 72 mln zł. A ponieważ przygotowując projekt jednorazowych dodatków, resort założył, że będą kosztowały budżet 1,371 mld zł, czyli nie przekroczą zaplanowanych na ten cel w budżecie 1,4 mld zł, to Paweł Szałamacha może zaoszczędzić na niskiej waloryzacji ok. 900 mln zł.
Grzegorz Osiecki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu