Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Przyszli emeryci stracą na uczestnictwie w OFE. A rząd nic w tej sprawie nie robi

29 czerwca 2018

Rozmowa z Leokadią Oręziak , profesorem zwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej, kierownikiem Katedry Finansów Międzynarodowych SGH

Ma pani choć odrobinę satysfakcji? Scenariusz, przed którym przestrzegała pani przed kilkoma laty, teraz się ziszcza. Każde kolejne doniesienie o przewidywanej wysokości emerytur wprawia wiele osób w grobowy nastrój.

Trudno w tej sytuacji mówić o jakiejkolwiek satysfakcji. Ale trzeba pamiętać, że o tym, iż wprowadzony w 1999 r. system emerytalny oznaczał będzie bardzo niskie emerytury, wielu profesorów, w tym Jan Jończyk, ostrzegało już pod koniec lat 90. O wielu dramatycznych ostrzeżeniach na temat reformy z 1999 r. piszę zresztą w swojej książce "OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce". Głosy te nie zostały wzięte pod uwagę przez twórców ówczesnej reformy, a krytyków tej reformy nie dopuszczono do publicznej debaty, bo takiej debaty w istocie nie było. Powszechna była natomiast propaganda wprowadzająca społeczeństwo w błąd, finansowana przez zagraniczne instytucje (głównie z USA), pokazująca emerytury pod palmami, czyli obiecująca wysoki poziom życia na emeryturze.

W jaki sposób ograniczono tę debatę?

Skierowane wówczas do działających w Polsce mediów miliony dolarów od zagranicznych instytucji na cele tej propagandy skutecznie zamknęły drogę do uczciwej, rzetelnej, publicznej debaty obywatelskiej na temat reformy emerytalnej. Polaków potraktowano jak przedmiot, który można ukształtować zgodnie z interesami wielkich zachodnich korporacji finansowych, czekających niecierpliwie na prawdziwe eldorado, jakie zapewniono im poprzez wprowadzenie przymusowego drugiego filara emerytalnego, czyli OFE. Po to, aby zrobić miejsce dla OFE i móc skierować do tych funduszy prawie 40 proc. składki emerytalnej, trzeba było drastycznie obciąć ogólny poziom emerytur. Uczyniono to poprzez całkowite odejście od systemu emerytalnego opartego na zdefiniowanym świadczeniu i wprowadzenie systemu o zdefiniowanej składce (oraz indywidualnych kont) w tzw. pierwszym filarze, oznaczającego stosowanie zasady, ile sobie odłożysz, taką będziesz mieć emeryturę. W praktyce był to dość wyrafinowany sposób obniżenia emerytur o ponad połowę tak, by nie wywołać masowych protestów społecznych. Rządzący zachwalali ten zreformowany system jako gwarantujący wysokie emerytury, zwłaszcza mające pochodzić z OFE. Podkreślali też, jak bardzo polska reforma jest ceniona przez polityków z krajów Zachodu. Mimo tego zachwytu kraje te nie wprowadziły jednak takiej reformy u siebie, pozostając przy sprawdzonym od dziesięcioleci tradycyjnym publicznym systemie emerytalnym.

Czy popularna teraz dyskusja na temat tego, jaki powinien być próg przechodzenia na emeryturę, to dyskusja, która może przynieść pozytywne efekty? Czy rzeczywiście powrót do poprzedniego wieku emerytalnego rozwiąże wszelkie problemy?

Kwestia ustawowego wieku emerytalnego rzeczywiście stała się jednym z głównych elementów prezydenckiej, a teraz parlamentarnej kampanii wyborczej. Wynika to z tego, że kwestia ta jest łatwo zrozumiała praktycznie dla każdego, a więc została uznana za jedną z dróg do pozyskania głosu wyborców. Propozycja dotycząca obniżenia wieku emerytalnego nie powinna być jednak traktowana w oderwaniu od pozostałych elementów systemu emerytalnego. Trzeba podkreślić, że podjęty w 2012 r. proces stopniowego podwyższania tego wieku do poziomu 67 lat dla kobiet i mężczyzn nie został poprzedzony rzetelną debatą publiczną. Krok ten poparły instytucje finansowe zainteresowane tym, aby pieniądze publiczne w postaci składek emerytalnych jak najdłużej trafiały do OFE. Wyższy wiek emerytalny to dla nich dodatkowy okres pobierania opłat od składek oraz opłat za zarządzanie aktywami, a także opóźnienie o wiele lat dnia, w którym zgromadzone środki trzeba będzie przekazać na wypłatę emerytur. Z punktu widzenia pracodawców wyższy wiek emerytalny to większa podaż pracy, czyli większa liczba bezrobotnych stojących za bramą, a w efekcie możliwość stosowania niższych płac.

A z punktu widzenia emerytów?

Dla samych przyszłych emerytów podwyższenie wieku emerytalnego oznacza po prostu odsunięcie w czasie dnia, kiedy nabędą prawo do świadczenia emerytalnego. Wielu z nich na długi czas przed osiągnięciem tego wieku może pozostać bez środków do życia, nie mając zatrudnienia ani emerytury. Jest to wysoce prawdopodobne, zważywszy, że nawet w grupie wiekowej 50 lat i więcej tylko jedna trzecia to osoby aktywne zawodowo. Trudno oczekiwać, że w najbliższych dziesięcioleciach zostanie przezwyciężony problem wysokiego strukturalnego bezrobocia i radykalnie wzrośnie zapotrzebowanie rynku pracy na osoby z grupy osób powyżej 50 lat, nie mówiąc już o osobach w wieku powyżej 60 lat. Wprawdzie na ich korzyść będzie działać niż demograficzny, czyli mniej osób młodych na rynku, ale też nie można zakładać, że procesy automatyzacji i inne procesy technologiczne nie będą postępować i wpływać negatywnie na liczbę miejsc pracy.

Czyli, mówiąc wprost, podwyższenie wieku emerytalnego oznaczało zyski dla przedsiębiorców, a straty dla pracowników, tak?

Ustawowy wiek emerytalny został w Polsce podniesiony przede wszystkim po to, aby zmniejszyć wydatki budżetowe na cele emerytalne. Zanim jednak rząd wprowadził wyższy wiek emerytalny, oznaczający realną utratę praw obywatelskich, powinien był podjąć skuteczne działania, by w pełni wyeliminować negatywne skutki istnienia OFE wynikające od 1999 r. dla finansów publicznych. Tak się nie stało. Wyższy wiek emerytalny można więc traktować jako jedno z wyrzeczeń, jakie polskie społeczeństwo musi zapłacić za utrzymywanie drugiego filara emerytalnego.

Pani zdaniem władza publiczna powinna zadbać o to, aby pieniądze, które trafiły i trafiają do OFE, znalazły się w rękach państwowych, dzięki czemu udałoby się Polsce obniżyć dług publiczny. Skoro recepta jest dość prosta, czemu nikt tego nie zrobi?

Według stanu na koniec maja 2015 r. członkami OFE było 16,6 mln osób. Oznacza to, że do OFE należą ciągle także te osoby, które do końca lipca 2014 r. nie złożyły w ZUS oświadczenia, żeby składka emerytalna w wysokości 2,92 proc. wynagrodzenia była dalej kierowana do OFE. Na dalsze przekazywanie składek do OFE nie wyraziło zgody ponad 14 mln Polaków, czyli aż 85 proc. członków OFE. Niemal połowa zgromadzonych przez nie środków została jednak pozostawiona w tych funduszach, bowiem do ZUS przeniesiono jedynie 51,5 proc. wartości aktywów OFE (153 mld zł, w tym 134 mld zł stanowiły obligacje skarbowe, które następnie zostały umorzone). Równowartość wszystkich przekazanych z OFE do ZUS aktywów została zapisana na indywidualnych subkontach prowadzonych przez ZUS, z uprawnieniami do dziedziczenia takimi samymi jak w OFE. Zatem osoby ubezpieczone nic nie straciły na tej operacji, a wręcz przeciwnie, ograniczone zostało w ten sposób ryzyko i koszty ponoszone w systemie emerytalnym. Na wysokie ryzyko i koszty w dalszym ciągu narażone są jednak środki, które zostały w OFE, co jest szczególnie niesprawiedliwe w przypadku tych ponad 14 mln osób, które faktycznie zrezygnowały z dalszego przekazywania składek do funduszy. Zastanawiając się nad tym, dlaczego osoby te nie mogły odejść z OFE do ZUS z całością zgromadzonych aktywów, można powiedzieć, że rząd nie miał wystarczającej determinacji i siły, by takie rozwiązanie zastosować. Uległ presji instytucji finansowych, w tym powszechnych towarzystw emerytalnych, zainteresowanych tym, aby jak najdłużej i w jak największej kwocie mieć pod swoim zarządem otrzymane z budżetu publiczne pieniądze w formie składek emerytalnych i móc czerpać z nich wszelkie pożytki dla siebie, w tym pobierać co miesiąc przez kolejne dziesiątki lat opłaty za zarządzanie zgromadzonymi środkami.

Jako argument za pozostawieniem w OFE akcji spółek rząd podawał niemożliwość przejęcia przez państwo tych papierów ze względu na miliardowe koszty dla budżetu.

Rząd zrezygnował zatem z poszukiwania takiego rozwiązania prawnego, które, nie naruszając przepisów unijnych, dałoby szansę na ochronę żywotnych interesów finansów publicznych oraz przyszłych emerytów. To oni ucierpią najbardziej, bo pobierane przez PTE opłaty oraz kolejne kryzysy finansowe drastycznie zredukują realną wartość znajdujących się w OFE aktywów. Niesprawiedliwe jest przymusowe powiązanie emerytur milionów zwykłych ludzi z hazardem giełdowym, który jest także odbiciem występujących nieustannie różnych perturbacji na międzynarodowych rynkach finansowych, np. z powodu kryzysu greckiego czy załamania chińskiego rynku akcji. Występujących dość często spadków na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie i innych giełdach nie da się już nigdy odrobić w przypadku wielu przyszłych emerytów. Z OFE do ZUS na bieżąco bowiem muszą być przekazywane środki w ramach tzw. suwaka dotyczącego osób, którym pozostało mniej niż 10 lat do osiągnięcia ustawowego wieku emerytalnego. Osoby te nie mają już czasu, by czekać do następnej poprawy koniunktury. Poważne spadki giełdowe, możliwe także w przyszłości, powodują, że na ich indywidualne subkonta w ZUS trafi po prostu mniej pieniędzy, a to oznacza niższą emeryturę w przyszłości.

Ale niektórzy jednak chcieli pozostać w OFE. Czemu mieliby nie mieć takiej możliwości?

Dzięki temu, że do OFE przestały płynąć składki od ponad 14 mln osób, jest więcej pieniędzy na wypłatę bieżących emerytur.

Od kwietnia do końca lipca 2016 r. ma być kolejne okienko transferowe, kiedy członkowie OFE będą mogli złożyć w ZUS oświadczenie w sprawie przekazywania składki do wybranego funduszu. Brak takiego oświadczenia będzie skutkował tym, że cała składka emerytalna pozostanie w ZUS. Trzeba mieć nadzieję, że instytucje państwowe nie dopuszczą do powtórzenia tego, co się działo w okresie okienka transferowego w 2014 r., kiedy to towarzystwa emerytalne masowo wysyłały listy do członków OFE zawierające zaadresowaną do ZUS kopertę oraz gotowe do podpisu oświadczenie. Listy te stanowiły złamanie litery i ducha nie tylko ustawy z 6 grudnia 2013 r. wprowadzającej zmiany w OFE, lecz także unijnej dyrektywy MIFID, zakazującej werbowania ludzi do inwestowania na rynku finansowym bez spełnienia określonych wymagań, w tym szczegółowego zapoznania ich z kosztami i ryzykiem związanym z takim inwestowaniem. Uderzająca była bezczynność polskich władz na takie działania towarzystw emerytalnych. Dzięki tym działaniom w OFE pozostała wielka grupa ludzi niemająca żadnej świadomości, jak krzywdzące dla nich samych i dla polskich finansów publicznych jest uczestnictwo w funduszach. Trudno czynić im z tego powodu zarzuty. To państwo nie stworzyło regulacji chroniących ich interesy i interes publiczny. Ponieważ wiele osób, które pozostały w OFE, wykazuje całkowitą odporność na racjonalne argumenty, powinno zostać wprowadzone ustawowe rozwiązanie, że ten, kto chce, by część jego składki trafiała do OFE, czyli szła do spekulacji giełdowych, powinien sam ponieść tego konsekwencje. Powinien zatem zapłacić dodatkową składkę w wysokości 2,92 proc. wynagrodzenia.

Gdybyśmy mogli przez chwilę powróżyć z fusów. Jak będzie wyglądało życie przeciętnego emeryta za 20-30 lat, jeśli będzie obowiązywał obecny model? A jak wyglądałoby jego życie, jeśli powrócilibyśmy do systemu zdefiniowanego świadczenia, czyli modelu obowiązującego do 1998 roku?

W najnowszym raporcie Komisji Europejskiej (The 2015 Ageing Report) wskazuje się, że jedynie w czterech (Łotwa, Polska, Szwecja i Włochy) z 28 krajów Unii Europejskiej stosowany jest system emerytalny oparty na zasadzie zdefiniowanej składki. Pozostałe kraje Unii stosują różną formę systemu opartego na zdefiniowanym świadczeniu. Szacowana przez Komisję Europejską tzw. stopa zastąpienia (benefit ratio - relacja średniej emerytury ze wszystkich źródeł do średniej płacy w gospodarce), z uwzględnieniem podwyższonego wieku emerytalnego wyniesie w Polsce w 2060 r. 29,4 proc. i będzie niższa aż o 18,5 pkt proc. w stosunku do 2013 r., kiedy to ta stopa wynosiła 47,9 proc. W 2060 r. Polska będzie w grupie ośmiu krajów Unii o najniższych emeryturach. Przy obecnym przeciętnym wynagrodzeniu w gospodarce rzędu 4 tys. zł oznacza to przeciętną emeryturę (według obecnych cen) na poziomie ok. 1,2 tys. zł. Można oczekiwać, że duża grupa emerytów nie osiągnie tego i tak bardzo niskiego poziomu średniej emerytury, a wielu z nich nie zbierze w obowiązującym systemie zdefiniowanej składki (i indywidualnych kont) środków nawet na minimalną emeryturę. Jeżeli dana osoba spełni warunki dotyczące minimalnego stażu ubezpieczeniowego (25 lat dla kobiet i mężczyzn od 2022 r.), to będzie mogła skorzystać z gwarantowanej przez państwo emerytury minimalnej (obecnie to 880 zł). W praktyce oznacza to, że w perspektywie 2060 r. emerytury nie tylko będą niskie, ale głodowe, i do tego dostępne, zwłaszcza dla kobiet, znacznie później niż do tej pory.

@RY1@i02/2015/176/i02.2015.176.03300040e.802.jpg@RY2@

materiały prasowe

Leokadia Oręziak profesor zwyczajny w Szkole Głównej Handlowej, kierownik Katedry Finansów Międzynarodowych SGH

Rozmawiał Patryk Słowik

Cały wywiad znajduje się na stronie

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.