Zapał kontrreformatorów
O tym, dlaczego liberałowie boją się skrętu w prawo, a konserwatyści triumfu lewicy. I skąd w nas ta potrzeba, by toczyć wojnę na wartości
Szybkie spojrzenie na nagłówki gazet z ostatnich kilku lat zdradza rosnącą panikę. Panikują dziennikarze i autorytety. Winne tej paniki są wartości konserwatywne - a konkretnie to, że zmierzają one do całkowitego zdominowania dyskursu publicznego. Ich zapleczem duchowym ma być Kościół katolicki, narzędziem - prawdziwi Polacy, ambasadorem zaś konserwatywni politycy, którzy albo kleru się lękają, albo widzą w nim strategicznego sprzymierzeńca. Mniej lub bardziej liberalni myśliciele i publicyści biją na alarm, twierdząc, że za parę lat obudzimy się w państwie zacofanym i wyznaniowym, gdzie karze się nie przestępstwo, lecz grzech; gdzie sprawy seksualności wszystkich dyktowane są przez przyzwoitość niektórych, gdzie sumienie usprawiedliwia kłamstwo medyczne, a konserwatywnie zdefiniowana polskość jest głównym kryterium legitymizacji obywatela. "Władze RP są nadmiernie uległe wobec roszczeń Kościoła w sprawach finansowych, edukacyjnych, blokowania inicjatyw legislacyjnych w tzw. gorących materiach prawnych i społecznych (np. związki partnerskie, przemoc w rodzinie) czy demonstracyjnego eksponowania symboli religijnych w instytucjach publicznych" - pisali ludzie pokroju Ewy Łętowskiej czy Jana Woleńskiego w październikowym apelu w sprawie klerykalizacji kraju, który wystosowali, bojąc się umacniania prawicowo-religijnego trendu.
Czy liberałowie i umiarkowani konserwatyści mają bać się radykalnego skrętu w prawo? Czy wartości sekularne i liberalne, które umacniały się do 2005 r. (wtedy to wstał z kościelnej ławy "moherowy beret" i włączył się do debaty publicznej), zostaną zduszone przez klerykalizację i skrajny nacjonalizm? Czy za dwadzieścia pięć lat spojrzymy na obecny moment w historii jako na ten, w którym rozpoczęła się polska kontrreformacja i - w imię Boga, ojczyzny, tradycji i pozycji misjonarskiej - spalono pierwszą wiedźmę (pod postacią radykalnej feministki)?
Prawdopodobnie tak. Może bez całopalenia, może wolno i ścichapęk, ale te wartości, które tradycyjnie kojarzymy z prawicą - takie jak Naród, Tradycja, Posłuszeństwo Religijne - będą teraz rosły w siłę. A silny dotąd prąd liberalizacyjny na jakiś czas przyhamuje. Będzie to wynikiem cech debaty publicznej w Polsce i sposobu, w jaki te opozycyjne wobec siebie zestawy aksjologiczno-światopoglądowe w tej debacie funkcjonują.
Kłopoty z wartościami
Zacznijmy od anegdoty. Znany z dosadnych sformułowań amerykański komik Louis C.K. zastanawiał się kiedyś na scenie, jak też może wyglądać dziejąca się wówczas w sądzie najwyższym stanu Massachusetts dyskusja o małżeństwach homoseksualnych. "Wysoki Sądzie" - mówił z powagą, wcielając się w rolę gejów. "Jesteśmy obywatelami, płacimy podatki, nic z tego, co robimy, nie jest nielegalne. Dlaczego więc nie możemy się cieszyć pełnymi prawami, jak inni?". Sąd (opowiada dalej komik) przegląda papiery, myśli, kiwa głową, po czym zaprasza drugą stronę do wygłoszenia argumentów. Odgrywając teraz rolę przeciwników, Louis przybiera wyraz twarzy pełen bólu i desperacji. "Ależ Wysoki Sądzie - mówi płaczliwie - no... no, przecież to pedały!".
Louis jest zdeklarowanym liberałem, nic więc dziwnego, że adwokaci małżeństwa gejów wypadają w tej historyjce lepiej. Ale mimo partyzantki ideologicznej jego stand up pozostaje niezłą ilustracją problemu ze sporem o wartości w demokracji.
Obie strony mają tu do dyspozycji czuwające nad jego przebiegiem procedury (w tym wypadku sąd). Obie strony dysponują przynajmniej minimalnym zasobem dobrej woli (dyskusja jest podjęta nie na ustawce, ale z wykorzystaniem wspomnianych procedur). Wszyscy: i gej, i sąd, i konserwatysta zdają się mówić jednym językiem, z grubsza zgadzając się co do znaczeń słów i reguł gramatyki; mają także najprawdopodobniej podobne pojęcie o logicznej strukturze argumentów. Jednak w momencie, gdy dyskusja dotyka aksjologicznego meritum, ten racjonalny sztafaż językowo-instytucjonalny rozpada się i ktoś płaczliwie powtarza, tupiąc: "No, ale Wysoki Sądzie! Ale przecież!" .
Wartości mają bowiem kilka dość niewygodnych dla demokracji cech. Po pierwsze bywają samouzasadniające. Dlaczego miłosierdzie? No bo jakże inaczej. Po co ojczyzna? Co za pytanie, przecież to ojczyzna! A honor czemu? Pytać niehonorowo! Równość? Bośmy przecież wszyscy równi. Zbiór takich ostatecznych, niepodważalnych pojęć zakorzenia nam cały system światopoglądowy. W rezultacie racjonalna dyskusja na temat "Dlaczego równość" bywa niemożliwa - bo najpoważniejszym argumentem na rzecz każdej takiej tezy będzie właśnie sama ta teza.
Po drugie, wartości są dojmujące, niemal cielesne. Słowo "wartości" bywa w pewnym sensie mylące; nie ze względu na swoje znaczenie, ale na kulturową konotację. Przywołuje ono oświeceniowy sposób myślenia o moralności - jako o wzniosłym i dumnym osiągnięciu prącej ku prawdzie racjonalnej ludzkości. Dziś coraz więcej badaczy (od Fransa de Waala po Jonathana Haidta) próbuje rozświetlić nieco sprawę, spoglądając na moralność z ewolucyjnego punktu widzenia - jako na systemową konsekwencję naturalnych potrzeb, a nie "ciało obce ciału". Jeśli nasz radykalny patriotyzm nie jest jedynie rozumowym wyborem aksjologicznej opcji, ale spełnieniem naszej potrzeby przynależności grupowej i zagłaskaniem lęku przed wykluczeniem, dyskusja na temat (na przykład) imigrantów jest trudna nie tylko dyskursywnie, ale przede wszystkim emocjonalnie.
Tak więc wartości zwyczajowo wymykają się ustrukturyzowanej argumentacji i stanowią często wyraz głębokich potrzeb emocjonalnych. Samo w sobie nie byłoby to problemem, gdyby nie to, że wartości bywają intensywnie, przejmująco i irytująco sprzeczne. Jest oczywiście nadzieja, że nie wszystkie, nie zawsze i nie do końca. Często udajemy na przykład, że liberalna wolność zarazem promuje równość i przykłada się do narodowej spójności. Albo że patriotyzm pozwala na otwartość. Bywa, że tak jak Jeremy Waldron twierdzimy, że zasadniczo rzecz biorąc, radykalnie różne aksjologiczno-kulturowe zestawy mogą bezkolizyjnie współistnieć. Ale, jak pisał kiedyś Isaiah Berlin ("Dwa pojęcia wolności"), "Wszystko jest tym, czym jest: wolność jest wolnością, nie zaś równością, bezstronnością, kulturą, sprawiedliwością, szczęściem czy spokojnym sumieniem". Kolizje wartości, z całym ich antydyskursywnym i emocjonalnym zapleczem, są głębokie i tragiczne. Zamiast wykładać swoje racje, chciałoby się więc krzyczeć, obrażać i rozkładać ręce, jak nieszczęsny republikanin w sądzie Louisa C.K., któremu w tej mającej pozory racjonalności dyskusji wymykają się tradycja, pismo i rozsądek. A jednak istota systemu, w którym żyjemy, jest taka, że musimy te wartości bez przerwy porównywać, negocjować, ścierać i wygrywać przeciwko sobie, czyli robić z nimi dokładnie to, do czego się nie nadają. Jak sobie z tym radzić?
Żeby w ogóle było to możliwe, by pluralizm wartości nie kończył się wojną, musimy być niezwykle uważni. John Rawls na przykład opisuje stan "refleksyjnej równowagi" - to generalne porządki w moralnym światopoglądzie, polegające na uspójnianiu podtrzymywanych tez, krytycznej ocenie i przemyśleniu konsekwencji naszych przekonań. Serce takiej refleksyjnej równowagi to wciąż najczęściej te same, nienegocjowalne, dojmujące i nieprzejednane wartości, ale system wierzeń jest teraz bardziej przejrzysty, jaśniej definiujący swoje potrzeby i cele, samoświadomy. Oponenci, którzy poddali się takim porządkom, mają o wiele większe szanse na sensowne negocjacje i konsensus - wiedzą bowiem dokładnie, jakie są między nimi punkty sporne, które kwestie wołają o nieustępliwość, a które podlegają kompromisom. Co więcej, prezentacja refleksyjnie zrównoważonego systemu moralnego ma szansę wywołać w przeciwniku rodzaj empatii, którą wykluczają urywane krzyki typu "Równość!", "A właśnie nie, bo honor!". Ta empatia, którą zyskać możemy, prezentując nasze myśli jako uczesane, jest niezbędna do porozumienia aksjologicznego. Nawyk szacunku, jaki niektóre społeczeństwa wykształcają w swoich obywatelach od lat przedszkolnych, służy przychylności samemu faktowi debaty - zanim rzucimy w kogoś pacyną błota, jesteśmy nauczeni wysłuchać, stosując interpretacyjną "zasadę miłosierdzia", czyli założenie o sensie analizowanego poglądu.
Gdyby nasze polskie frakcje aksjologiczne miały do dyspozycji te zwyczaje, trudno byłoby wyrokować o tym, kto wygra, kiedy i dlaczego. W debatach zarządzanych nie tylko proceduralnie, ale i kulturowo - przez szacunek i empatyczną gotowość - moglibyśmy się spodziewać następnych dwudziestu lat spokojnego pluralizmu, z szalą chylącą się to na lewo, to na prawo, by w dialektycznym ruchu spocząć na moment gdzieś pośrodku. Ale niestety - u nas toczy się wojna, na frontach której próżno szukać refleksyjnej równowagi i dobrej woli.
Na froncie
Nasz dom bowiem, jak to śpiewał Kazik, murem podzielony. Debata publiczna takoż. Po lewej lewaki, bezbożnicy, ateusze, sataniści, lemingi, postkomuniści, geje i pseudoracjonalizm. Po prawej prymasi w lampasach, katole, zacofańcy, bogobojne rodziny wielodzietne, bojówki z flagami i narodowcy. Obie frakcje, sądząc z wojennych reportaży w mediach, walczą na śmierć i życie.
Poszczególne bitwy bywają polityczne czy personalne - ale gros walk to walki o kwestie moralne. Jest życie poczęte (bronić czy nie, a jeśli tak, to od kiedy?), zaangażowanie Kościoła w sprawy państwa (zapraszać czy wypraszać?), homoseksualiści (grzech przeciw Bogu i ładowi społecznemu czy cecha osobnicza dzierżących prawa obywateli?), gender (czy i jak ważne dla spójności kultury jest trzymanie się luźno opartych na biologii dychotomii?) oraz sprawy polskości (do ostatniej kropli krwi czy raczej spokojnie i bez antyunijnej paniki?). Poszczególne te bitwy doczekały się własnych symboli: profesor Chazan, spektakl "Golgota piknik", tęcza na warszawskim placu Zbawiciela, tajemniczy "radykalny feminizm", katastrofa smoleńska. Wojna się toczy, wojna lewa i prawa, miasta i wsi, Kaczyńskiego z Tuskiem, Palikota z Korwinem, Biedronia z Terlikowskim, moherów i hipsterów - a przekładając to na język wartości, jest to wojna tradycji z postępem, Boga z państwem, tolerancji z prawdą objawioną, polskiego post-mesjanizmu z kosmopolityzmem.
Samo to, że tak prosto jednym tchem wymienić obraźliwe określenia obu stron (tu sataniści, tu katole), świadczy o tym, jak silnie ta wojna opanowała nasze widzenie rzeczywistości. I stała się wielopoziomowym faktem, dziejącym się równolegle przy obiadach, na zebraniach spółdzielni mieszkaniowych, przy urnach wyborczych, na Krakowskim Przedmieściu, w kościołach i wreszcie, w swojej karykaturalno-rysunkowej formie w mediach.
Niektórzy twierdzą, że wojna nie toczy się naprawdę, ale jest artefaktem medialnym, wytworzonym na potrzeby żądnych igrzysk, choć w głębi ducha umiarkowanych obywateli. Liberalny alarm, z tego punktu widzenia, wynika nie tyle z głębi porażek na froncie, ile ze zdziwienia, że druga strona istnieje i ma się coraz lepiej, zamiast grzecznie wymrzeć, wykruszyć się i zaniknąć. To prawda, że zdziwienie liberalno-centrowe ma w Polsce dosyć silną tradycję. Pierwsze miało miejsce w okolicach 2005 r., kiedy to wraz z niespodziewanymi koalicjantami PiS, Samoobroną i LPR przekroczony został swoisty Rubikon dopuszczalnego publicznie radykalizmu. Wtedy jednak armia umiarkowanych liberałów, która sprawowała pieczę nad słusznością aksjologicznego kierunku rozwoju narodu, szybko uznała nagłą salonizację radykalnej prawicy za dziwaczną czkawkę historii. Głównym procesem historycznym nadal miała być powolna sekularyzacja, coraz większa otwartość obyczajowa, czekano na iście zachodni marsz ku tolerancji. Dziś niepokój liberałów i larum podnoszone w mediach przez Magdalenę Środę czy Agnieszkę Holland ma być, z perspektywy sceptyków wojennych, jedynie reakcją na spostrzeżenie, że Fronda, Ruch Narodowy czy ksiądz Oko to zawodnicy wagi ciężkiej w walce o moralny rząd dusz. A w obliczu politycznej agonii Palikota i nagłej popularności Korwin-Mikkego wśród młodzieży niepokój w zasadzie wciąż dobrze się mających liberałów się powiększa i stąd ich krzyk, że wróg jest u bram, zdecydowany, by zawrócić Wisłę kijem z powrotem do średniowiecza.
Jest trochę racji w tym sceptycyzmie co do polskiej wojny kultur. Do średniowiecza faktycznie jak dotąd nie powracamy (tu zaprotestować mogą oczywiście jednopłciowe pary pragnące zażyć niedostępnych im praw obywatelskich, transseksualni nastolatkowie borykający się z odrzuceniem przez grupę i przez prawo, sekowane w szkołach dzieci ateistów czy kobiety pozbawione szans na świadome macierzyństwo - ale szacunek dla istotności ich cierpienia nie może przysłonić nam faktu, że jakiś czas temu ich problemów nie dało się w nawet porządnie sformułować w oficjalnym języku debaty publicznej). Lewica, zamiast się chować w okopach, rozwija się, rozwija się jej język, krystalizują się jej pojęcia i moszczą się na polskim gruncie. Prawica zresztą też.
Sądzę nawet, że w porównaniu z amerykańską przepaścią między demokratami a republikanami, czyli z grubsza analogicznymi obozami światopoglądowo-aksjologicznymi, nasze frakcje wciąż dzieli jedynie średnio głęboki kanion. Nie dlatego, że obie strony sporu prawicy i lewicy mniej się nienawidzą niż w USA, nie dlatego, że jest u nas mniej punktów spornych lub mniej moralnej pasji - ale dlatego, że my, także dzięki większej spójności historyczno-kulturowej, wciąż mamy więcej narzędzi ku temu, by jako tako zrozumieć drugą stronę. Przykład: dla amerykańskiego demokraty zwolennik spiskowej teorii na temat 11 września jest kosmitą. Nie da się go wyleczyć, nie da się go zrozumieć. Polski liberał tymczasem może naigrywać się z tez o zamachu smoleńskim, ale ich zwolennicy są dlań nie tyle absolutnymi wariatami, ile ofiarami serwowanej przez nasze szkoły narodowo-mesjanistycznej ideologii, która z głębin podświadomości niekiedy atakuje i jego samego.
Ta historyczna ścieżka dostępu do wartościujących opinii innego istnieje u nas w wielu innych kwestiach: liberalna i centrowa atencja dla Unii Europejskiej jest zrozumiała dla eurosceptyków jako (między innymi) przejaw reakcji na wieloletnią międzynarodową izolację Polski. Protestujący wobec klerykalizacji kraju liberał wciąż miewa w sobie resztki zrozumienia dla uprzywilejowanej pozycji Kościoła w polityce, pamiętając jego zasługi z czasów PRL. Relatywna bliskość ważnych wydarzeń historycznych, z których wyrasta drzewo naszych polityczno-aksjologicznych losów, wciąż jeszcze funkcjonuje jako (chybotliwy) pomost między nawet najbardziej odległymi konarami, jako substytut empatii, która trzyma strony przy stole debat.
Ale wojna się dzieje, jest faktem, toczy się przez polskie dróżki, sama się nakręca. Centrum, jak to bywa w czasach wojny, wykrusza się i polaryzuje. Typowe dla wojny jest napompowanie emocji, a co za tym idzie większe prawdopodobieństwo skoku z frontu na front (młodzi wyborcy Palikota zmieniający się w młodych wyborców Korwina) niż zasiedlanie środkowych okopów, w których niemile widziana jest zbyt mocna aksjologiczna pasja, w których poświęcenie, naprzód oraz huzia miejsca nie mają.
Kozak Tatarzyna
W tej chwili nikt jeszcze wojny nie wygrywa, chociaż obie strony przysięgają, że zwycięża (i już ciemięży) strona druga. Umacnia się lewica, budując coraz szersze zaplecze wśród intelektualistów, miejskiej i kosmopolitycznej części kraju. Prawica unowocześnia swoją ofertę (nawet tekstylną — zamiast koszulek "Jestem gejem" można teraz zakupić na portalach prawicowych koszulki ze skrzyżowanymi mieczami "Co nam obca przemoc wzięła" albo "Semper Fidelis Tibi Poloniae") i wysubtelnia retoryczny przekaz, docierając już nie tylko do słuchaczy Radia Maryja, ale do dużej rzeszy młodych ludzi, także studentów. Kozak złapał Tatarzyna, a Tatarzyn go za łeb trzyma - żaden z nich jednak nie peroruje, że to on jest zwycięzcą, obaj twierdzą, że to właśnie ich duszą oprawcy.
Prawica ma za sobą klimat międzynarodowy (Orban na Węgrzech, widmo Frontu Narodowego we Francji, coraz bardziej europejski problem z terroryzmem, który wszędzie wzmacnia ksenofobiczne nastawienia), który pozwoli jej metaforycznym dłoniom zacisnąć się mocniej na szyi rzeczonego lewicowego Tatarzyna. Ale jej nadchodzące triumfy będą przede wszystkim wynikiem tego, że nie mamy nawyku szukania refleksyjnej równowagi. Żadna ze stron konfliktu nie wstępuje weń poświęcona zasadzie miłosierdzia interpretacyjnego. Żadna nie kapitalizuje potencjalnego szacunku, jaki może płynąć z bliskości historycznych wydarzeń państwotwórczych. Żadna z frakcji nie uważa empatycznego zrozumienia za strategię, która się może opłacić, bo oba fronty nie oczekują dobrej woli drugiej strony. Nie mamy nawyku prób uracjonalniania debaty o kwestiach moralnych, bo jesteśmy głęboko i nieusuwalnie przekonani o nieracjonalności drugiej strony.
W takiej sytuacji wygrywają te wartości, które można wykrzyczeć głośniej. Które mają większą potencję wzbudzania pasji. Nośniejsze emocjonalnie, głębiej cielesne. Te, które odmawiają nawet pretensji do racjonalnych uzasadnień, ale chełpią się swoją (zakładaną) ostatecznością i finalnością. Wartości lewicowe mają do siebie to, że często bywają abstrakcyjne i formalne, operują na poziomie metatolerancja, sprawiedliwość społeczna czy solidarność, już jako takie zakładają współistnienie z innymi, są nakierowane na zarządzanie wartościami szczegółowymi, na akomodację własnych przeciwieństw. Do Boga i ojczyzny mają się tak, jak spis treści do powieściowej tkanki. Mają przez to mniejszą siłę rażenia i słabiej pchają do działania. Bez silnych, zideologizowanych przez nie instytucji mają mniejsze szanse na przetrwanie. Bez kultury debaty, bez nawyku refleksyjnego balansowania moralnych poglądów nie mają szans na ringu. Wojna, taka wojna, jaka się dziś u nas toczy, może je tylko osłabić.
Możemy się więc obawiać (lub z niecierpliwością oczekiwać, jeśli kto woli) nie tyle nagłego zwycięstwa i wszechogarniającej kontrreformacji, ile bardzo długiej serii małych zwycięstw bitewnych prawicy. Pchana mocą poczucia prawości własnych osądów moralnych, z siłą niedostępną łatwiej wątpiącej lewicy, będzie miała coraz większą siłę rażenia, zwłaszcza w klimacie starć i potyczek, który pasji się domaga. A ponieważ bez wstydu akceptuje kolistość argumentacji moralnej, jeszcze długo będzie jej łatwiej krzyknąć z desperacją: "No, ale Wysoki Sądzie! No przecież...".
Wygrywają te wartości, które można wykrzyczeć głośniej. Które mają większą potencję wzbudzania pasji
@RY1@i02/2015/082/i02.2015.082.000003600.802.jpg@RY2@
JAKUB WOSIK/REPORTER
Karolina Lewestam
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu