Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Zwroty akcji jak w filmie

12 kwietnia 2016
Ten tekst przeczytasz w 22 minuty

Dwoje z pięciorga wybranych w grudniu 2015 r. i zaprzysiężonych przez prezydenta sędziów TK orzeka, podkreślając jednak, że ich udział w rozprawach jest aktem protestu . Status pozostałych trzech jest zawieszony. Mamy też trzy osoby, od których głowa państwa nie odebrała ślubowania. I w takiej oto atmosferze dochodzi do wyborów sędziego na kolejne zwalniające się stanowisko

Na wtorkowy poranek zaplanowano posiedzenie sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka w celu zaopiniowania wniosku w sprawie wyboru na stanowisko sędziego Trybunału Konstytucyjnego (druk nr 369). Czy do niego doszło? Jeszcze kilka dni wcześniej (kiedy piszę te słowa) politycy wyrażali pogląd, że miejsce sędziego TK, które zwalnia 27 kwietnia prof. M. Granat, można w ramach uzgodnień politycznych obsadzić jednym z sędziów wybranych przez obecny Sejm w grudniu (zgłaszając go ponownie). Gdy państwo czytają ten tekst, posiedzenie się zapewne zakończyło. Nie ma wątpliwości, że obecne wybory sędziego TK odbywają się w szczególnym momencie i wypada im poświęcić uwagę. O monitorowaniu przez INPRIS i inne organizacje społeczne wyborów na ważne stanowiska państwowe związane z ochroną praw i wolności pisałem już dwukrotnie w 2015 r. Dotychczasowe doświadczenia obejmowały wybory sędziów TK, GIODO, RPO i prokuratora generalnego (więcej na stronie Inpris.pl). Ostatnio jednak Program Odpowiedzialne Państwo Fundacji im. Stefana Batorego, we współpracy z Polskim Towarzystwem Ekonomicznym, podejmował podobne działania przy okazji wyborów/nominacji członków Rady Polityki Pieniężnej, a w planach ma nawet (o ile procedury konkursowe nie zostaną zastąpione szybkimi nominacjami, co może mieć miejsce, bo zapowiadane są zmiany prawa) podobny monitoring wyłaniania prezesa Narodowego Banku Polskiego, szefa IPN czy członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Obok starych pojawiają się zatem nowe inicjatywy.

Rok precedensów

Warto w takim razie wrócić do tematu, tym bardziej że ciągle jesteśmy świadkami wydarzeń, o których się filozofom nie śniło. Cały zeszły rok był szczególny. Żeby się zbytnio nie powtarzać, przypomnę tylko krótko, że wszystkie monitorowane przez organizacje obywatelskie wybory w zeszłym roku były precedensowe.

W wyborach generalnego inspektora ochrony danych osobowych (styczeń 2015 r.) po raz pierwszy organizacje obywatelskie zgłosiły swojego kandydata (radcę prawnego M. Wróblewskiego, dyrektora w biurze RPO), który następnie został "przejęty" przez posłów. Jednak nie na długo, bo po jakimś czasie politycy się wycofali i zaproponowali swoją kandydatkę (dr E. Bielak-Jomaa, wybraną w kwietniu 2015 r. na urząd GIODO).

Co się nie udało przy GIODO, wypaliło przy wyłanianiu rzecznika praw obywatelskich. Doktor Adam Bodnar zgodził się "wystartować" z poparciem wielu organizacji obywatelskich. On ogłosił szczegółowy program działania (teraz go zresztą dość skrupulatnie realizuje), one zorganizowały mu coś na kształt społecznej kampanii wyborczej. W efekcie to, co wielu wydawało się nierealne, wydarzyło się: społeczny kandydat został zgłoszony przez posłów i wybrany na urząd RPO (proces trwał kilka miesięcy, ślubowanie nowy rzecznik złożył przed Sejmem we wrześniu 2015 r.). Komentatorzy chwalą biuro RPO zarówno za liczne wnioski zgłaszane ostatnio do Trybunału Konstytucyjnego, jak i konsekwentnie realizowany projekt podróży po Polsce (odwiedzania kolejnych regionów i odbywania spotkań z różnymi środowiskami, w tym z licznymi organizacjami obywatelskimi).

Równie precedensowe były wybory prokuratora generalnego, bo przeprowadzone po raz pierwszy i ostatni, w dodatku nie do końca, wedle procedury uchwalonej sześć lat temu. Po raz pierwszy kandydaci zgłaszali się do Krajowej Rady Prokuratury oraz Krajowej Rady Sądownictwa (przy pierwszych wyborach sześć lat temu KRP jeszcze nie było). Każda z rad w październiku 2015 r. wskazała zwycięzcę i zgodnie z prawem spośród tej dwójki prokuratorów Prokuratury Krajowej - K. Karsznickiego i I. Łozowickiej - wyboru powinna dokonać głowa państwa. Prezydent ani jego współpracownicy jednak nawet się do nich kurtuazyjnie nie odezwali (co kandydaci przyznali podczas wysłuchania publicznego zorganizowanego przez INPRIS i inne organizacje 19 listopada), choć odpowiednia ustawa nie została jeszcze zmieniona, a tylko zapowiadano jej zmiany. Zatem, mimo że wybrani zgodnie z prawem, wedle procedury wszczętej przed wyborami parlamentarnymi, zostali potraktowani nieelegancko. Historię dopełniło objęcie urzędu prokuratora generalnego przez ministra sprawiedliwości.

Nikt jednak nie przypuszczał, co niosły ze sobą wybory sędziów TK. Najpierw wybory październikowe, przeprowadzone w ciągu jednego tygodnia, mimo że terminy upływu kadencji poprzedników były znane i było mnóstwo czasu, żeby się do tego procesu przygotować. W pośpiechu, naruszając standardy. Po pierwsze poprzedni Sejm przegłosował niekonstytucyjny wybór dwóch sędziów na zapas, na podstawie zmienionej w ostatniej chwili ustawy. Po drugie jeden z kandydatów, prof. B. Sitek, budził poważne wątpliwości związane ze spełnianiem warunków formalnych (studia nie z prawa, ale z prawa kanonicznego), które wyjaśniano niemal w biegu, opracowując w nocy odnośne ekspertyzy. Październikowy proces wyłaniania sędziów nie został zakończony, bowiem żadna z wybranych osób dotąd nie złożyła ślubowania, a prezydent odmawia w tej mierze stosowania prawa i działania zgodnego z wyrokiem TK. Warto wspomnieć, że z bardzo podobną sytuacją będziemy mieli do czynienia w 2019 r. Wtedy także kadencja trzech sędziów upływa krótko po prawdopodobnej dacie wyborów parlamentarnych (3 grudnia 2019 r.). Ciekawe, czy ostatnia lekcja przyniesie skutki, i będziemy do tego przygotowani.

Jednak koniec 2015 r. przyniósł także wydarzenia, które mogłyby stać się kanwą sensacyjnego filmu. Na zajęte miejsca Sejm wybiera nowych sędziów w ciągu doby. Zgłoszeni 1 grudnia wieczorem, wybrani 24 godziny później. Osoby zainteresowane ich życiorysami mają kilka godzin (podczas których media ujawniają liczne kontrowersyjne polityczne powiązania kandydatów). Niedługo po wyborze nowi sędziowie składają przed prezydentem ślubowanie - w atmosferze tragikomicznej, pod osłoną nocy, by już rano w asyście panów z BOR zażądać wejścia do budynku trybunału.

Monitorowanie takich wyborów ogranicza się do rejestrowania faktów, nie ma czasu na standardowe działania: kontakt z kandydatami, wypełnienie przez nich kwestionariusza i przekazanie informacji na temat doświadczenia, opracowanie profili kandydatów, zorganizowanie spotkań z nimi. Jak wiemy dwoje z pięciorga wybranych sędziów orzeka (choć podkreślając, że ich udział jest aktem protestu, a nie legitymizowaniem nielegalnych ich zdaniem działań trybunału), status trzech jest zawieszony. I w takiej to atmosferze dochodzi do wyborów sędziego na kolejne zwalniające się stanowisko.

Jak gdyby nigdy nic

Jak więc potraktować te wybory? Jak się zachować? Uznać, że jest to niezależny proces, który może w spokoju przebiegać osobno? Abstrahować od obecnej sytuacji i wypowiedzi przedstawicieli rządu oraz ministra sprawiedliwości, który nie uznaje działań trybunału, a sędziom grozi, pisząc, że "jakiekolwiek próby działania TK (...) mogą jedynie stać się przedmiotem podjętej przez niego kontroli przestrzegania prawa"?

Jako koalicja organizacji: INPRIS, Fundacji Helsińskiej i Międzynarodowej Komisji Prawników, która od 2006 r. monitoruje wybory sędziów TK, kilka dni po ogłoszeniu druku sejmowego z nazwiskiem jedynego kandydata, prof. Zbigniewa Jędrzejewskiego (partie opozycyjne tym razem nie zdecydowały się na zgłoszenie kogokolwiek), skontaktowaliśmy się z profesorem. Poinformowaliśmy o prowadzonym monitoringu i jego metodologii, prosząc o stosowne informacje. Uznaliśmy też, że nie możemy nie odnieść się do obecnej sytuacji. Zadaliśmy więc dwa dodatkowe pytania: Jakie jest pańskie stanowisko w sprawie nieodebrania ślubowania od sędziów wybranych przez Sejm w październiku 2015 r.? Jakie jest pańskie stanowisko w sprawie nieopublikowania wyroku TK z 9 marca 2016 r.?

Czy kandydat odpowie na nasze pytania, nie wiem, sądzę jednak, że podobne pytania padną podczas posiedzenia komisji sejmowej. Wypada bowiem wiedzieć, czy osoba, która kandyduje do TK, uznaje działania jego sędziów (wybranych przez różne większości parlamentarne, bywało, że niemal jednomyślnie) za nielegalne; czy może uważa, że rozprawy, które trybunał tydzień temu wznowił, to spotkania towarzyskie?

Po co to wszystko?

I na koniec pytanie najważniejsze. Po co to wszystko? Czy prócz oficjalnie toczących się procedur wyborczych społeczny monitoring wyborów na ważne stanowiska jest potrzebny, a jeśli tak, to czego powinien dotyczyć? Przytoczę kilka poglądów, które padły przed dwoma tygodniami podczas seminarium w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym, gdzie dyskutowaliśmy m.in. o pierwszym monitoringu wyborów członków RPP (relacja wideo dostępna na stronie MonitoringKandydatow.org.pl).

Padały głosy za i przeciw. "Społeczny monitoring wyborów jest wyrazem braku zaufania do parlamentu" - brzmiał jeden z nich. "Obywatele w wyborach decydują, kto będzie rządził, podejmował decyzje, w tym personalne o obsadzie urzędów, które nas interesują, i to rządząca większość za ewentualne złe decyzje ponosi odpowiedzialność, o której my decydujemy w kolejnych wyborach". Wedle innego głosu "monitorować należy, ale same procedury i działania wybierających organów, a nie sylwetki kandydatów do urzędów". Odwoływano się również do tradycji anglosaskiej, publicznych transparentnych przesłuchań. Pytano wreszcie o to, kto monitoruje monitorujących?

Przypomnijmy zatem - dotychczasowy społeczny monitoring wyborów na ważne stanowiska obejmował, i nadal tak jest, dwa obszary działań. Z jednej strony przyglądamy się i dokumentujemy procedury oficjalne, wszystko, co dzieje się od zgłoszenia kandydata do objęcia przez niego urzędu. Ale z drugiej strony podejmujemy działania własne, które służą lepszemu poznaniu kandydatów z punktu widzenia ich kompetencji i braku przeciwskazań do sprawowania danego urzędu. Jest tak dlatego, że informacje prezentowane oficjalnie są bardzo ubogie, a posiedzenia komisji często nie dają możliwości lepszego poznania poszczególnych osób. Sami więc poszukujemy danych. I, jak pokazało doświadczenie, działania te, a także równoległa praca mediów, doprowadziły kilkukrotnie do wycofania kandydatur.

Czy możemy zatem zaufać parlamentowi? Z przykrością muszę odpowiedzieć przecząco. Gdyby, także w nawiązaniu do tradycji brytyjskich, oficjalne procedury zapewniały pogłębioną wiedzę o kandydatach, a ich publiczne przesłuchania były szczegółowe, to równoległe działania organizacji obywatelskich miałyby znacznie mniejszą rację bytu. Na razie jednak są nadal potrzebne. A ponieważ ich zasadą jest pełna transparentność, możliwa jest także kontrola monitorujących.

@RY1@i02/2016/070/i02.2016.070.07000040b.804.jpg@RY2@

Mateusz Jagielski/East News

Grudzień 2015 r., Sejmowi wystarczyła doba, by wybrać nowych sędziów TK

Warto wspomnieć, że z bardzo podobną sytuacją będziemy mieli do czynienia w 2019 r. Wtedy także kadencja trzech sędziów TK upływa krótko po prawdopodobnej dacie wyborów parlamentarnych (3 grudnia 2019 r.). Ciekawe, czy ostatnia lekcja przyniesie skutki i będziemy do tego przygotowani

@RY1@i02/2016/070/i02.2016.070.07000040b.805.jpg@RY2@

Łukasz Bojarski

prezes INPRIS - Instytutu Prawa i Społeczeństwa, były członek Krajowej Rady Sądownictwa powołany przez prezydenta RP (IX 2010 - IX 2015)

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.