Dziennik Gazeta Prawana logo

Wybory – łatwiej wygrać niż przenieść

28 czerwca 2022
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

P iS zapowiada, że z poselskim projektem ustawy przesuwającym wybory samorządowe na wiosnę 2024 r. wyjdzie najpóźniej w połowie lipca. Jak słyszymy, projekt będzie raczej miał charakter „blankietowy”, tzn. nie będzie w nim wskazania konkretnego terminu wyborów, lecz zapewnienie premierowi (który te wybory zarządza) większej elastyczności przy ustalaniu, kiedy się one odbędą. W debacie dotyczącej zasadności tego ruchu pojawia się jednak sporo kwestii wymagających wyjaśnienia. Oto najważniejsze z nich:

Konstytucja chroni kadencję JST. To argument, który już się pojawia i na pewno będzie wracał, jeśli projekt trafi do Sejmu. W tym kontekście krytycznie o ustawie wypowiadał się prezydencki minister Andrzej Dera. Sama ustawa zasadnicza w kontekście wyborów i kadencji władz samorządów jest bardzo lakoniczna. Odmiennie niż w przypadku parlamentu czy prezydenta nie mówi o długości kadencji, odsyła w tej kwestii do ustaw. To m.in. dlatego zwolennicy zmiany wywodzą, że trudno mówić o niezgodności z czymś, co nie jest zapisane. Co najwyżej kadencja nie powinna być skracana, by nie zmieniać reguł w trakcie gry na niekorzyść obecnie wybranych. Rodzi się jednak pytanie, co na to ci wyborcy, którzy chcieliby jak najszybciej zmienić obecne władze gmin czy powiatów. To jeden z powodów, dla których pojawia się konkurencyjny pogląd. Konstytucjonalista dr hab. Ryszard Piotrowski podkreśla, że przedłużenie kadencji samorządów jest w konstytucji uregulowane i dotyczy tylko wprowadzenia stanu nadzwyczajnego. A skoro tak, to w innych przypadkach nie można jej wydłużyć. Jeśli w takiej sprawie mamy spór, to powinna się ona oprzeć na opinii Trybunału Konstytucyjnego. Tyle że on już w tej sprawie się wypowiedział w wyroku z 1998 r. (sygn. K 17/98). Stwierdził wówczas, że kadencja organu urzędującego nie powinna być przedłużana. „Obywatele, wybierając określony organ władzy publicznej, udzielają mu jednocześnie pełnomocnictw o określonej przez prawo treści i określonym czasie «ważności». Upływ tego czasu oznacza wygaśnięcie pełnomocnictwa i utratę legitymacji do sprawowania władzy” – ocenił TK. Choć jednocześnie sędziowie dopuścili wyjątki. „Ingerencja taka jest dopuszczalna wyłącznie, gdy przemawia za tym konieczność urzeczywistnienia w określonych okolicznościach wartości chronionej przez konstytucję i pod warunkiem, że nie jest zakazana przez szczegółowy przepis konstytucyjny. Zarówno skrócenie, jak i przedłużenie kadencji organów samorządu terytorialnego w trakcie jej trwania podlega ocenie z punktu widzenia zasady proporcjonalności”. Jak widać, ustawa szykowana przez PiS jest potencjalnym kandydatem do zaskarżenia do trybunału. Tyle że problemem jest dziś jego legitymacja. Znaczna część opozycji nie widzi w nim arbitra, ale fragment obozu rządowego. Poza tym dwójka sędziów TK – Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz – byli posłami, gdy Sejm wydłużał kadencję samorządów. Pytanie więc, czy nie rodzi to konfliktu interesów, bo trudno podważyć zmiany, za którymi wcześniej samemu się zagłosowało.

Przesuwając wybory, unikniemy kolizji z wyborami parlamentarnymi. To istotny argument, bo np. mogłyby się pojawić problemy z klarownym rozliczeniem wydatków kampanijnych. Tyle że rozwiązujemy tylko problem z jesieni 2023 r. Zarówno kadencja europosłów, jak i samorządowców trwa pięć lat. Proponowana recepta powoduje, że już na stałe wpisujemy wybory lokalne tuż obok europejskich, które wypadną na przełomie maja i czerwca 2024 r. Tymczasem jeśli chodzi o wybory do Sejmu i Senatu, to ich kadencja jest o rok krótsza niż samorządowych, więc wypadałyby obok siebie raz na 20 lat. Następna kolizja byłaby w roku 2043, o ile wcześniej przyspieszone wybory do Sejmu nie zmieniłyby kalendarza.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.