Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Infrastruktura

Panczeniści na wirażu

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 1 minutę

Pieniądze przeznaczone na budowę lub modernizację toru do łyżwiarstwa szybkiego nie muszą być pieniędzmi wyrzuconymi w błoto. Wystarczy spojrzeć na skoki narciarskie

Czy odwiedzając Zakopane, byli państwo kiedyś na skoczni? Ale nie na dole, tylko na górze? Nie? To zapraszam na wycieczkę. Jest słoneczny dzień, wieje leciutki wiatr. Obok zeskoku są schodki, wchodzimy. Jeden stopień, drugi, trzeci... Jeszcze parę i jesteśmy na progu. Łapiemy oddech, wyciągamy z plecaka picie, spoglądamy na bulę. Wysoko, ale spróbujmy wspiąć się wyżej. Jest belka, więc powolutku, noga za nogą, staramy się na niej usiąść. Tak, żeby nie poślizgnąć się i nie spaść w przepaść. Tam, gdzie szaleńcy z nartami na nogach rzucają się bez wahania, by po chwili pofrunąć w powietrze. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach powtórzyłby ich wyczyn? Oczywiście że nie.

A teraz zapraszam na drugą wycieczkę. Dzień niech będzie taki sam jak przy wspinaczce na skocznię. Ciepły, słoneczny. Więc dla przyjemności idziemy do hali, na nogi zakładamy łyżwy i... jedziemy. Trudności? Oczywiście że są, jest ślisko. Jacyś chętni mimo to? Słyszę, że sporo.

Po co nam ta wycieczka - spytają się państwo? By uzmysłowić, który z tych dwóch sportów jest niszowy, a który może być bardziej masowy i uprawiany przez większą liczbę osób. Nie tylko zawodowo, lecz także dla przyjemności.

Rozumowi na przekór

Jednak nisza niszą, a po sukcesach Adama Małysza rzucono się na budowę i przebudowę skoczni narciarskich. Takich różnej wielkości obiektów mamy ok. 20. I choć liczba korzystających z nich osób nie przekracza pewnie paru setek, nie słychać głosów o marnowaniu pieniędzy. Zamiast tego mamy zimową dumę narodową, mistrza świata i olimpijskiego Kamila Stocha, który doścignął lub nawet przegonił Adama Małysza. I jeszcze całą grupę utalentowanych skoczków, z których w zasadzie każdy może być kolejnym mistrzem. I bardzo dobrze.

Tymczasem po sukcesie Zbigniewa Bródki, gdy zaczęto mówić o potrzebie wybudowania krytego toru łyżwiarskiego, od razu pojawiły się głosy oburzenia. Na którą stronę przechyli się szala - nie wiadomo, choć minister sportu Andrzej Biernat złożył deklarację o przykryciu dachem jednego z czterech funkcjonujących w Polsce obiektów. Jednak od słów do czynów droga daleka i nie jest wykluczony też scenariusz, w którym nie zmieni się nic. A to błąd.

Gutek, 5-letni syn mojego kolegi, po obejrzeniu transmisji z Soczi zażyczył sobie pójścia na lodowisko. Ku rozpaczy ojca, dla którego tafla jest zdecydowanie za śliska, swój plan wcielał w życie niemal każdego dnia, pobierając nauki u miejscowego trenera. Sezon już się zakończył, więc obity niemiłosiernie chłopak ma czas na wyleczenie siniaków. Ale za rok młodzieniec znów podejmie próbę pokonania własnych słabości. Czy ma szansę zostać następcą naszego mistrza olimpijskiego? A widzieli państwo rozmowę z 12-letnim Kamilem Stochem? - Chciałbym wystartować na olimpiadzie, zdobyć złoty medal - mówił. Jemu się udało, bo znalazł się ktoś, kto postanowił zainwestować w skoki narciarskie. I to zainwestować długoterminowo. To Grupa Lotos i jej prezes Paweł Olechnowicz, który w 2005 r. uruchomił program "Szukamy następców mistrza". Zdecydował się nie tylko na to, by sponsorować ówczesnego orła Adama Małysza, ale by pomóc w wyszkoleniu jego następcy. - Przez te wszystkie lata nie miałem chwili zwątpienia - mówi prezes zarządu Grupy Lotos. - To kwestia pewnej filozofii. W biznesie i w sporcie. We wszystkim powinniśmy przeanalizować środowisko, możliwości i kształtować cel długoterminowo, zakładając, że będą wahania, wzloty i upadki. Ja nie patrzę w pierwszej kolejności na zysk firmy. Patrzę na model rozwojowy, w którym nie tracę ludzi, a podnoszę ich wartość. To jest największa wartość, która być może w ciągu pół roku nie przyniesie jeszcze mierzalnych efektów, ale zrobi to za 2, 3 czy 4 lata - wyjaśnia Paweł Olechnowicz. - Tak samo w sporcie. Drużynowo nasi skoczkowie są w czołówce, jest cała plejada młodych, juniorzy wygrali mistrzostwo świata, mamy również mistrza indywidualnie. To nie oznacza, że możemy dzisiaj zapomnieć o programie "Szukamy następców mistrza". Trzeba go kontynuować, trzeba jechać dalej. To filozofia rozwoju - dodaje. - Nie będzie sukcesu, jeśli ktoś przychodzi i mówi - wkładam pieniądze, a jeżeli do końca roku nie ma wyników, to mnie nie ma. My mamy długookresowe plany i wiemy jak je realizować. Wyniki są widoczne.

Wróćmy jednak do łyżwiarstwa. - Szukamy sponsora, rozmawiamy. To jest nasze 5 minut i trzeba to wykorzystać - mówi nam Grzegorz Kałowski, szef wyszkolenia Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego. - Raczej dziwne, żeby sponsorzy teraz nie zobaczyli, że jednak można wykorzystać wizerunek zawodnika, naszych medalistów. To jedna sprawa. Druga, to trzeba nam takiego sponsora, który stworzyłby możliwość finansowania młodzieży. To musi być myślenie perspektywiczne. Bo wiadomo, ci zawodnicy dziś są, a jutro już ich nie będzie - dodaje Kałowski. Cóż takiego robi Lotos, że o podobnej formie wsparcia marzą inni? Kupuje sprzęt sportowy dla młodych skoczków, najzdolniejszym funduje stypendia, a przede wszystkim organizuje dla dzieci i młodzieży zawody na skoczniach w Zagórzu, Zakopanem, Wiśle i Szczyrku. To właśnie z tego programu wyrosła cała kadra olimpijska z Kamilem Stochem na czele.

Szansa dla Gutka

Jednak jak twierdzi Michał Drelich, prezes zarządu agencji marketingu sportowego Sport Evolution, znalezienie dobroczyńcy nie musi być łatwe. - Po pierwsze dla potencjalnego sponsora ważna jest powszechność i popularyzacja sportu. Lodowisk nie mamy zbyt wiele, latem łyżwy można zastąpić rolkami, ale i tak na starcie przegrywają one np. z bieganiem. Plusem jest z pewnością Zbigniew Bródka. Media uwielbiają takie historie - na co dzień strażak, w wolnych chwilach mistrz. Potencjał jest przeogromny. Ale czy pociągnie cały sport? Może zaskoczyć, ale nie musi - mówi. - Po drugie - związek, czyli działacze. Oni muszą mieć pomysł na siebie i pomysł na umasowienie sportu, żeby to się dobrze sprzedało. Niestety z moich doświadczeń wynika, że związki działają trochę poza rynkowymi regułami i zależy im głównie na wynikach i medalach. Z tego są rozliczane, za to dostają pieniądze od państwa. Mam nadzieję, że tu myślenie będzie inne - kończy.

Jeśli takiego sponsora udałoby się znaleźć, syn mojego kolegi ma szansę pójść w ślady Zbigniewa Bródki. Może uda mu się nawet bez tego, bo ma przewagę nad innymi - Warszawę. Tu są Stegny - jeden z 4 torów do łyżwiarstwa szybkiego w Polsce (pozostałe są w Sanoku, Tomaszowie Mazowieckim i Zakopanem). Co prawda, bez dachu, ale i tak działający najdłużej - bo 4 miesiące w roku. Jego zmodernizowanie, zakrycie i stworzenie w nim centrum łyżwiarstwa, na którym mogłoby trenować aż 5 dyscyplin olimpijskich (łyżwiarstwo szybkie, short track, łyżwiarstwo figurowe, hokej i curling), niewątpliwie by te szanse jeszcze zwiększyło. Taki warszawski scenariusz jest zresztą możliwy.

- Bez owijania w bawełnę: utrzymanie toru jest najbardziej prawdopodobne w dużej aglomeracji - mówi Grzegorz Kałowski. - W zeszłym roku na Stegny przyszło 85 tys. osób, w tym powyżej 100 tys. Przy zadaszeniu toru i wydłużeniu jego okresu pracy powinno z niego korzystać od 150 do 200 tys. ludzi. To daje nam mniej więcej połowę rocznych kosztów utrzymania - wylicza szef wyszkolenia PZŁS. - Idźmy dalej. W przypadku takiego miejsca jak stolica okres od maja do lipca może być przeznaczony na różnego rodzaju targi. To brakująca druga połowa. Wpadną jeszcze pieniądze z wynajęcia lodowisk narodowym reprezentacjom. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że ten tor sam na siebie zarobi - dodaje Kałowski.

Jego roczny koszt utrzymania to ok. 4,5 mln zł. A pieniądze są w tej historii największym problemem. Modernizację Stegien szacuje się na 100 mln zł. Modernizacja toru w Tomaszowie Mazowieckim kosztowałaby ok. 30 mln. Skąd wziąć na to środki? - Z Ministerstwa Sportu - mówi Grzegorz Kałowski. - Do jego utrzymania mogłyby się dołożyć samorządy - dodaje. Szybko jednak zaznacza, że można się też zastanawiać nad innymi sposobami finansowania, np. nad partnerstwem publiczno-prywatnym czy prywatnym inwestorem. Dla porównania budowa skoczni w Wiśle-Malince kosztowała ok. 47 mln zł, w Szczyrku - kilkanaście milionów.

Zostawmy urzędnikom i działaczom poszukiwanie pieniędzy i wróćmy do 5-letniego Gutka. Gdy następnym razem wyciągnie tatę na łyżwy, będzie miał już sześć lat. Czy do tego czasu nie zakocha się w piłce nożnej, rowerze czy saneczkarstwie? Nie wiadomo, w końcu to dziecko, choć ponoć dość uparte i konsekwentne jak na swój wiek. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, za rok nauczy się sam jeździć, a za dwa, trzy lata wejdzie na profesjonalny tor, by zacząć treningi. Nawet jeśli nie wyrośnie z niego mistrz olimpijski, to przynajmniej będzie sprawniejszym fizycznie, zdrowszym mężczyzną. Bo choć medale są jakimś celem, to nie tylko o nie w tej historii chodzi.

@RY1@i02/2014/051/i02.2014.051.00000190a.802.jpg@RY2@

MATT DUNHAM/AP

Mirosław Mazanec

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.