Potrzeba prawa, które przyciągnie inwestorów
JURAND DROP Nie doczekamy się dalszego rozwoju infrastruktury telekomunikacyjnej, dopóki opłaty za zajęcie pasa drogowego pobierane przez samorząd będą tak wysokie
Resort administracji i cyfryzacji, powołując się na dyrektywę, chce przerzucić koszty związane z rozwojem usług i sieci telekomunikacyjnych na samorządy. Zdaniem włodarzy gmin ministerstwo nadinterpretuje unijne prawo w tym zakresie.
Moja wizja stanowienia prawa opiera się na założeniu, że nie chodzi tylko o to, aby zaimplementować dyrektywę do krajowego porządku prawnego jeden do jednego, czyli przepis po przepisie. Implementacja regulacji musi służyć naszym wewnętrznym celom. Stąd też, jeśli ktoś uważa, że chcemy wprowadzić nadregulację, wykraczamy poza to, co musimy uchwalić - to ma rację. Nasze założenia do ustawy są obszerniejsze, niż wynikałoby to jedynie z unijnych zobowiązań, ponieważ chcemy przyspieszenia budowy sieci telekomunikacyjnych w Polsce. Ustawa będzie służyć zarówno inwestycjom prywatnym, jak i finansowanym ze środków publicznych - mamy dużo pieniędzy z kolejnego unijnego budżetu i musimy wykorzystamy je mądrze, tak by w 2020 r. wszyscy obywatele mogli korzystać z taniego i szybkiego internetu. Do tego potrzeba nam prawa, które będzie przyciągało do gmin inwestorów, które ułatwi budowę sieci, stacji bazowych czy podłączanie nowych użytkowników.
Ale czy musicie robić to kosztem samorządu? Czy obniżenie dla przedsiębiorców stawek opłat za zajęcie pasa drogowego jest konieczne?
To zmiana, którą absolutnie musimy wprowadzić. Trzeba powiedzieć jasno: nie doczekamy się dalszego rozwoju infrastruktury telekomunikacyjnej, nie podłączymy internetu w każdej wsi, dopóki opłaty za zajęcie pasa drogowego będą tak wysokie. Mitem też jest, że stracą na tym samorządy. Proszę bowiem zwrócić uwagę, że obecnie jest tak, że za metr zajętej autostrady płaci się np. 20 zł, podczas gdy niektórzy samorządowcy za zajęcie metra lokalnej dróżki życzą sobie 150-200 zł. Czy to oznacza, że jak obniżymy maksymalne stawki, to lokalna społeczność straci? Nie. Teraz nie ma chętnych, aby zainwestować w sieci, w wielu miejscach żaden przedsiębiorca nic nie buduje, bo mu się to nie opłaci. Jeśli nie ma infrastruktury, to pieniądze nie trafiają do lokalnego budżetu, natomiast mieszkańcy wyprowadzają się do dużych miast, gdzie nie ma problemu z dostępem do internetu.
Z obliczeń MAiC wynika, że lokalne struktury w ciągu 10 lat od wejścia w życie nowelizacji ustawy o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych będą musiały zapłacić ponad 500 mln zł. Tymczasem samorządowcy mówią, że po stronie zysków dostrzegają tylko bliżej niesprecyzowane korzyści.
W ramach konsultacji publicznych opublikowaliśmy nasze wyliczenia w postaci, jaką otrzymaliśmy od analityków. I są tam zarówno potencjalne koszty, jak i korzyści. Jeśli niektórzy odnieśli wrażenie, że nie wiadomo, co samorządy otrzymają w zamian, to nie dotarli do wszystkich analiz.
Nie obawia się pan, że protest może opóźnić inwestycje?
Budowa internetu wymaga, aby chciały to zrobić trzy strony: przedsiębiorcy telekomunikacyjni, samorządy oraz ministerstwo. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że bez chęci działania z każdej strony, a szczególnie samorządowców, nie może się ona zakończyć sukcesem. Nie jest przy tym tajemnicą, że tak jak cel jest wspólny, tak drogi dojścia do niego są różne. W oczywisty więc sposób niekiedy samorządowcy oraz przedsiębiorcy mają przeciwstawne interesy. W takiej sytuacji, a w zasadzie prawie zawsze, projekty legislacyjne nie mogą zadowolić wszystkich. Dlatego jesteśmy otwarci na rozmowę i modyfikacje projektu - dokładnie po to prowadzimy szerokie konsultacje społeczne, przyjmujemy opinie, spotykamy się w różnych zespołach, np. w ramach Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. Wszystkie te opinie weźmiemy pod uwagę, wyważymy racje i przyjmiemy najwłaściwsze rozwiązania.
Wielu wójtów czy burmistrzów jednak wcale nie uważa, by powszechny dostęp do internetu był tak istotny. Mówią: nasi mieszkańcy sądzą, że przebywanie w pobliżu sieci telekomunikacyjnej powoduje nowotwory. Czy wzięliście to pod uwagę?
Oczywiście. Zwracamy uwagę, że nikt nic takiego nie wykrył i nie potwierdził tych obaw, mimo że od dziesięcioleci prowadzone są badania. Nasze sieci telekomunikacyjne są całkowicie bezpieczne. Co więcej, w niektórych przypadkach (stacje bazowe telefonii komórkowej) normy w Polsce są 20 razy ostrzejsze niż w państwach Unii Europejskiej. I to jest problem, bo znacznie zwiększa koszty budowy tych stacji - to zresztą jedna z barier inwestycyjnych.
Zastrzeżenia ma także Ministerstwo Finansów, które w opinii do projektu wskazuje bardzo zdecydowanie, że nie można ponad pół miliardem złotych kosztów obciążyć samorządów.
Dostrzegam problem i wierzę w znalezienie racjonalnego rozwiązania. Przedstawiony przez nas projekt przewiduje wprowadzenie zezwolenia zintegrowanego. W największym skrócie chodzi o to, aby przedsiębiorca mógł w jednym miejscu uzyskać zgodę na budowę sieci, a nie biegać od urzędu do urzędu, tłumacząc po raz n-ty, o co chodzi. Ma być dla niego szybciej, a co za tym idzie - taniej. To jednak może wymagać więcej pracy po stronie jednostek samorządu terytorialnego, które będą zajmowały się wydawaniem takiego zintegrowanego zezwolenia. Większość wydatków z tych ponad 500 mln zł w ciągu 10 lat stanowi koszt dodatkowych etatów. Ale przecież już teraz ktoś te zezwolenia wydaje - więc może w ogóle nie ma potrzeby zatrudniania nowych ludzi? To jest pytanie do samorządów. Mam nadzieję, że na ten temat wywiąże się dyskusja. Może samorządowcy stwierdzą, że wcale nie ma takich kosztów, a może będą chcieli wprowadzenia proponowanych rozwiązań pomimo tych kosztów? Według nas w dłuższej perspektywie opłaci się ono wszystkim, bo pozwoli na szybką budowę sieci, a co się z tym wiąże dodatkowe pieniądze dla samorządów.
Ale to nie ma większego znaczenia w kontekście opinii resortu finansów. Nawet jeśli to byłoby 50 mln, a nie 520 mln, to zgodnie z ustawą o finansach publicznych wydatki jednostek samorządu terytorialnego muszą mieć pokrycie. Tego pokrycia w państwa dokumencie nie ma. Może najprościej byłoby pokryć te wydatki z budżetu państwa?
Weźmiemy wszystkie opcje pod uwagę. W skali pieniędzy państwa 500 mln zł rozłożone na 10 lat - mając na szali projekt wart miliardy złotych, na który są zabezpieczone środki europejskie - to nie jest nierealny wydatek. Troska Ministerstwa Finansów jest zrozumiała, bo jego zadaniem jest pilnowanie państwowego skarbca. Na tym etapie za wcześnie jeszcze, by wyrokować, jaki będzie ostateczny kształt finansowania tych wydatków.
Nie jest tajemnicą, że coraz głośniej mówi się o likwidacji MAiC. Administracja ponownie miałaby zostać włączona do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, zaś sprawami cyfryzacji miałby się zajmować pełnomocnik prezesa Rady Ministrów. To dobry pomysł?
Zaszkodziłoby to zarówno omawianemu projektowi ustawy, jak również i dziesiątkom innych działań dotyczących cyfryzacji. Nie widzę absolutnie powodu, aby wracać do gorszego rozwiązania. Myślę, że tragedią polskiej informatyzacji było to, że każdy chciał robić wszystko po swojemu i w swoim zakresie odpowiedzialności zaczynać od początku. Informatyzacja, budowa sieci, stanowienie prawa, prowadzenie polityki międzynarodowej w sprawach internetu - to wszystko procesy wieloletnie, którym sprzyja stabilność i kontynuacja. Mam nadzieję, że w przyszłości skupimy się na usprawnieniu obecnego systemu, a nie na wprowadzaniu rewolucji i niszczeniu tego, co dotychczas budowaliśmy.
@RY1@i02/2015/158/i02.2015.158.18300070b.802.jpg@RY2@
FOT. WOJTEK GÓRSKI
Jurand Drop, podsekretarz stanu w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji
Rozmawiał Patryk Słowik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu