Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Edukacja

Rząd na półmetku - bilans reform. Edukacja i szkolnictwo wyższe

Ten tekst przeczytasz w 22 minuty

DWA LATA RZĄDU DONALDA TUSKA

Zdaniem dzisiejszej opozycji - bo to ładnie brzmi. Według polityków PO - dlatego że właśnie inwestycje w naukę, edukację i wiedzę miały być według premiera i jego partii jednym z podstawowych impulsów do modernizacji kraju, drogą do "Polskiego cudu" i tego "By żyło się lepiej. Wszystkim".

Platforma startowała więc w wyborach, zapowiadając m.in. wprowadzenie bonu edukacyjnego i spójnej podstawy programowej dla wszystkich szczebli edukacji, podwyżki nauczycielskich pensji, obniżenie wieku szkolnego oraz reformę systemu szkolnictwa wyższego i finansowania nauki. Tuż po giertychowej nocy w polskim szkolnictwie i koncepcjach reform sprowadzających się do efektownych aktów w stylu wycinania Gombrowicza z list lektur czy wprowadzania do szkół mundurków założenia PO mogły wydawać się bardzo ambitne.

Dlatego już w chwilę po utworzeniu przez Donalda Tuska rządu dało się wyczuć pewną konsternację - nawet wśród przychylnych Platformie komentatorów. Dwie nowe panie minister - Katarzyna Hall, która objęła resort edukacji, i Barbara Kudrycka, której przypadł resort nauki i szkolnictwa wyższego, wydawały się mieć zbyt słabe zaplecze, by stać się lokomotywami edukacyjnych reform. I Hall (choć pracowała przez lata w trójmiejskim samorządzie), i Kudrycka (choć była już europosłanką Platformy) nie miały specjalnego doświadczenia w wielkiej polityce. Nowa minister edukacji była za to dyrektorką renomowanej szkoły w Gdańsku, a szefowa resortu nauki rektorem białostockiej uczelni. Pozycja obu w środowisku edukacyjnym i akademickim w porównaniu na przykład z wymienianym przed wyborami jako potencjalnym kandydatem na ministra (i edukacji, i nauki zresztą) pierwszym intelektualistą PO Jarosławem Gowinem nie wyglądała imponująco.

Dość szybko też obie minister trafiły na rafy. Dla Katarzyny Hall okazał się nią firmowany przez MEN, a powszechnie skrytykowany przez ekspertów pomysł zakończenia edukacji ogólnej po pierwszej klasie liceum. "Minister edukacji walczy z polską inteligencją" - pisał wtedy w Dzienniku Marcin Król. A Piotr Zaremba przestrzegał, że reforma zmierza w kierunku "produkowania przez szkoły superpragmatycznych cyborgów".

Z kolei Barbara Kudrycka naraziła się środowisku akademickiemu, przedstawiając pierwsze pomysły na zmianę systemu finansowania uczelni wyższych - z likwidacją bezpłatnych studiów włącznie.

Szybko też okazało się, że PO - przede wszystkim z przyczyn politycznych - nie będąc w stanie zebrać większości koniecznej do zmiany odpowiedniego przepisu w konstytucji - nie zdoła przeforsować planu wprowadzenia bonu edukacyjnego. Dlatego ministerstwa edukacji i nauki już w pierwszych miesiącach rządów Platformy znalazły się na cenzurowanym. Nazwiska Katarzyny Hall i Barbary Kudryckiej zaczęły dość regularnie pojawiać się w rozmaitych zarówno medialnych, jak i kuluarowych spekulacjach dotyczących ewentualnych rekonstrukcji gabinetu Tuska.

Prawdziwe wielkie bitwy miały jednak dopiero nadejść. Dla Katarzyny Hall próbą ognia okazał się ogłoszony na początku 2008 roku projekt wysłania do szkół sześciolatków. Dość zagmatwany harmonogram tej reformy i kompletne nieprzygotowanie szkół do przyjęcia najmłodszych uczniów wywołało panikę wśród rodziców. Powstała słynna strona RatujMaluchy.pl - a opozycja miała niecodzienną okazję do przedstawiania minister edukacji jako dręczycielki małych dzieci. Krytyka nie zatrzymała zmian. Opóźnił je dopiero plan cięć budżetowych zmniejszający nakłady na reformę ponadośmiokrotnie.

Z kolei minister Kudrycką czekała gigantyczna batalia ze środowiskami akademickimi dotycząca kształtu reformy szkolnictwa wyższego. Serie artykułów rektorów i szanowanych profesorów - także w DGP - nie zostawiały suchej nitki na pomysłach ministerstwa. Szczególne emocje budziły plany dotyczące zniesienia habilitacji, potem utworzenia naukowych ośrodków wiodących i zmiany modelu finansowania uczelni. Wreszcie w ostatnich miesiącach rozegrał się kolejny bój - tym razem o przygotowanie narodowej strategii rozwoju szkolnictwa wyższego. Barbara Kudrycka po etapie dość wyraźnego chowania głowy w piasek zastosowała jednak szczególną - jak na dotychczasowe polskie standardy - taktykę wobec tych sporów. Niemal na każdą serię zarzutów odpowiadała w prasie - nie stroniła od polemik, za każdym razem urządzała też serię spotkań z rektorami i przedstawicielami środowisk akademickich. Sprawiło to w końcu, że w niedawnej rozmowie z DGP minister Michał Boni mógł z zadowoleniem stwierdzić, że "porozumienie ministerstwa i rektorów jest teraz - zdaniem obu stron - na poziomie 80 procent zgodności".

Minęły dwa lata. Barbara Kudrycka ma co prawda coraz większe prawo mówić o dialogu, a nie sporze z rektorami. Ale projekt zmian w szkolnictwie wyższym dopiero miesiąc temu został przyjęty przez rząd. Nie wiadomo jeszcze, jakie będą jego losy w parlamencie.

Katarzyna Hall raczej niechętnie udziela się w mediach. Ale od długich miesięcy nie słychać też szczególnej krytyki jej poczynań. Przycichły nawet protesty nauczycielskich związkowców - może dlatego, że PO udało się częściowo spełnić przynajmniej jedną z edukacyjnych zapowiedzi wyborczych i nieco zwiększyć nauczycielskie pensje. Czy to wystarczy jednak, by uznać, że dla rządu Tuska edukacja i szkolnictwo wyższe są rzeczywistymi priorytetami?

Bo w sferze słów z pewnością nimi pozostały. Wszak sztandarowe hasła opublikowanego w czerwcu kolejnego ważnego dokumentu programowego - raportu "Polska 2030" to - a jakże - "społeczeństwo wiedzy" i "kapitał intelektualny".

Działalność tych ministerstw i ministrów w ostatnich dwóch latach oceniam bardzo odmiennie. MEN zaczynało nieco nerwowo, z licznymi projektami zmian, ale stopniowo porzucona została idea kolejnej reformy szkolnictwa, których próby podejmowano za często, natomiast udało się zrealizować kilka istotnych projektów. Bardzo mi się podoba projekt edukacji szkolnej dla sześciolatków. Podobają mi się również zmiany w minimach programowych, które zwiększają swobodę nauczycieli.

Natomiast nie podoba mi się system matury państwowej. Wiem, że ministerstwo też zdaje sobie sprawę z jego ułomności i - być może - w ciągu dwóch lat nie dało się go zmienić, ale zasadniczy projekt zmiany jest niezbędny. Tym bardziej że projekt został wprowadzony bez porozumienia ze szkołami wyższymi i dalej takiego porozumienia brak, co utrudnia dobór młodzieży na studia. Polepszyła się sytuacja materialna i emerytalna nauczycieli, chociaż nie na tyle, na ile jest to niezbędne. Ale to jest problem wszystkich demokracji, które zawód nauczyciela traktują bez należytego szacunku, jakby zapominały, że od jakości nauczycieli zależy jakość obywateli. Wszędzie nauczyciele marnie zarabiają i poza "misjonarzami" do zawodu tego idą tylko najgorsi.

Natomiast zdumienie budzi działalność Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Najpierw odrzucono daleko już posunięty projekt zmiany ustawy, jakby wszystko, co wynegocjowano w czasach PiS-u, było nie do przyjęcia. A to był pozytywny wyjątek. Potem ministerstwo czy też pani minister zarzucali nas (czyli wyższe uczelnie) pomysłami, których tylko minimalna część weszła (i na szczęście) w życie. Próbowano skasować habilitację, utworzyć nowy typ profesorów, a teraz odrzuca się udział Konferencji Rektorów w reformowaniu szkolnictwa wyższego.

Wreszcie nierozsądne są preferencje dla kierunków rzekomo potrzebnych gospodarce, bo kształcenie studenta trwa 5 - 6 lat i nikt nie wie, co będzie potrzebne za ten czas. Równocześnie ministerstwo nie potrafiło rozwiązać wielu zasadniczych spraw: nierówności szkół wyższych oraz skandalicznego często poziomu szkół niepublicznych (chociaż niektórych publicznych także). Można uznać, że jest to taki sam rynek jak każdy inny, ale nie jest to moralne, gdyż mamy do czynienia z często nieświadomą jeszcze młodzieżą i z licznymi oszustwami lub półoszustwami. Zaś ostatnio wprowadzane pomysły płacenia za podjęcie drugiego kierunku studiów także wpłyną na obniżenie poziomu uczelni. Przecież wystarczy - i tak jest obecnie - zezwalać na drugie studia tylko tym, którzy mają wysokie oceny.

Niepotrzebnych nonsensów jest wiele, a co najgorsze, ostatnio słychać, że nowa ustawa o szkolnictwie wyższym ma lada chwila stanąć pod obrady rządu. Daj Boże, że rozrywki z jednorękimi bandytami spowodują odłożenia jej ad acta.

@RY1@i02/2009/226/i02.2009.226.000.0012.001.jpg@RY2@

Marcin Król, historyk idei, profesor UW

Marcin Łobaczewski

Zmiany wydają się być skoordynowane od ogólnych zasad po drobne szczegóły. Przykładowo wprowadzenie minimalnej ogólnej liczby godzin przeznaczonych na realizację podstawy programowej z poszczególnych obowiązkowych zajęć w całym cyklu kształcenia gimnazjalnego (co jest zmianą wobec godzinowo-tygodniowych planów nauczania) jest spójne z wprowadzaniem procesu bolońskiego w szkolnictwie wyższym. Z procesem bolońskim ma także wiele wspólnego wprowadzenie przez MEN przejrzystego systemu kwalifikacji oraz elastycznego systemu egzaminów zawodowych.

Z drugiej strony zarówno w szkolnictwie wyższym, jak i w edukacji na niższych poziomach wprowadza się ułatwiającą życie elektronizację obiegu dokumentów. Prowadzenie dzienników lekcyjnych w wersji elektronicznej ma swój odpowiednik w proponowanym elektronicznym indeksie.

Za dobrą zmianę uważam potraktowanie czasu nauki w gimnazjum oraz w szkole ponadgimnazjalnej jako okresu spójnego programowo, a nie - jak dotąd - jako dwóch odrębnych okresów kształcenia. Pozwoli to na pogłębienie wiedzy i uniknięcie powtarzania tematów.

Z pozoru drobną zmianą, ale mającą dalekosiężne skutki ,jest przywrócenie obowiązkowego egzaminu maturalnego z matematyki. Daje ona nadzieję na to, że powstrzymany zostanie obniżający się od lat poziom przygotowania kandydatów na studia techniczne i ekonomiczne.

Ze zmian proponowanych (i przyjętych przez rząd) w zakresie prawa szkolnictwa wyższego wyróżniłbym odejście od państwowego dyplomu ukończenia uczelni. Wprowadzenie dyplomu sygnowanego przez uczelnię da wyraźny sygnał, kto odpowiada za jakość kształcenia. Dotąd taką odpowiedzialność formalnie ponosił minister. Warto tu wspomnieć, że w skali międzynarodowej dyplomy uczelniane są regułą. Brak takiego rozwiązania w prawie polskim prowadzi do problemów z wydawaniem dyplomów wspólnych dwu uczelni: polskiej i zagranicznej.

Inną istotną zmianą jest uelastycznienie oferty kierunkowej dla wybranych uczelni, to znaczy możliwości konstruowania własnych programów nauczania. Z punktu widzenia dotychczasowych zwyczajów i przepisów to rewolucja, ale osobiście traktuję to jako wstęp do dalszej liberalizacji prawa. Te i inne rozwiązania (np. zniesienie wymogu zatwierdzania regulaminów studiów i statutów uczelni przez ministra) zwiększają autonomię uczelni istotnie ograniczaną dotychczas przez obowiązującą ustawę.

Za zaniechanie uważam odstąpienie od propozycji wprowadzenia bonu edukacyjnego. Ale jego wprowadzenie wymaga głębokich zmian w całym systemie finansów publicznych.

@RY1@i02/2009/226/i02.2009.226.000.0012.002.jpg@RY2@

Marek Rocki, senator PO, były rektor SGH

Piotr Kowalczyk

witold.glowacki@infor.pl

historyk idei, profesor UW

senator PO, były rektor SGH

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.