Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Edukacja

Czas uwolnić uniwersytety i korzystać z ich inwencji

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Już starożytni urzędnicy rzymscy kierowali się w imię dobra publicznego zasadą "Quod bonum, felix, faustum fortunatumque sit" (Oby wypadło dobrze, szczęśliwie i pomyślnie - red.), więc i ja, bazując na mym doświadczeniu, staram się poniższym tekstem dać próbę odpowiedzi na pytanie Franciszka Zabłockiego "Czy lepiej kiedy jest król, czy kiedy go nie ma?".

Za zasadnicze dla rozwoju polskiego szkolnictwa wyższego uważam uwolnienie kreatywności uczelni, a jednocześnie obciążenie ich odpowiedzialnością za prowadzone kierunki (programy) studiów. Autonomię uczelni definiuję między innymi jako: możliwość kreowania własnych kierunków studiów, wydawania własnego dyplomu, nadawania własnych tytułów zawodowych, a w dalej idącym wariancie także możliwość nadawania własnych stopni i tytułów naukowych.

Prawdziwa autonomia

Przyjęcie za punkt wyjścia tak zdefiniowanej autonomii oznacza konieczność głębokich zmian w filozofii przepisów wynikających z ustawy z 2005 roku. Powinny one polegać na:

- wprowadzeniu dyplomu sygnowanego przez uczelnię (obecnie wszystkie uczelnie wydają wyłącznie dyplomy państwowe),

- wprowadzeniu elastycznego systemu studiów, który oznacza swobodę wyboru przedmiotów składających się na drogę dojścia do wymaganej liczby punktów kredytowych w ramach wymagań definiowanych przez Krajowe Ramy Kwalifikacji. W zasadzie "elastyczny system studiów" wynika wprost z przyjęcia zasad deklaracji bolońskiej i systemu ECTS, ale ustawa w obecnym kształcie jest zaprzeczeniem tej deklaracji, bo przykładowo wymaga, by student najpóźniej po drugim semestrze był przyjęty na określony kierunek studiów,

- umożliwieniu uczelniom kreowania kierunków studiów (obecnie - z drobnymi wyjątkami - czyni to minister) zgodnie z własną, uczelnianą koncepcją kształcenia, która znalazłaby miejsce w deklaracji programowej. Obowiązkiem uczelni byłoby opublikowanie takiej deklaracji, a jej realizacja podlegałaby ocenie Państwowej Komisji Akredytacyjnej lub akredytacji środowiskowej,

- uwolnieniu zasad rekrutacji, tak by uczelnie mogły, a nie musiały, wykorzystywać nowe matury jako kryterium rekrutacji,

- zmianach zasad finansowania budżetowego uczelni poprzez wprowadzenie bądź odpłatności proporcjonalnej do kosztu studiów, bądź bonu edukacyjnego w połączeniu ze współpłatnością przez studentów. Wiązałoby się to oczywiście ze zniesieniem ustawowego limitu czasu studiów. Warto tu odnotować, że w uzasadnieniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 5 października 2005 w sprawie skargi konstytucyjnej Jacka Bąbki o zbadanie zgodności starej ustawy z konstytucją możemy znaleźć następujący fragment: "Trybunał zwraca uwagę, że art. 70 ust. 2 konstytucji w sposób generalny wiąże odpłatność za naukę z poziomem kształcenia, a nie z rodzajem studiów. Nie oznacza to, że obecny system pobierania opłat od studentów niestacjonarnych jest sprzeczny z przepisem konstytucji. Oznacza natomiast, że może być rozważana w ramach istniejących regulacji konstytucyjnych pewna postać opłat o charakterze powszechnym za korzystanie z określonych usług świadczonych przez uczelnie publiczne".

Nieco pełniejszego wyjaśnienia wymaga koncepcja "deklaracji programowej uczelni". Moim zdaniem zwornikiem obecnej ustawy jest art. 6, w którym zawarto ustęp stwierdzający, że uczelnia "ma prawo do wydawania dyplomów państwowych ukończenia studiów". Jeszcze mocniej to prawo określa artykuł 167: "absolwenci studiów otrzymują dyplomy państwowe ukończenia studiów wyższych, potwierdzające uzyskanie odpowiedniego tytułu zawodowego". Ponieważ obecnie minister określa, jakie mogą być tytuły zawodowe i kierunki studiów, to w konsekwencji określa on też standardy nauczania związane z tymi kierunkami.

Rewolucja na uczelniach

Usunięcie z przepisów pojęcia "dyplomu państwowego" - przy założeniu istnienia powstających aktualnie Krajowych Ram Kwalifikacji, które określą oczekiwane efekty kształcenia - może spowodować rewolucyjne skutki.

Autonomia szkół wyższych będzie wówczas oznaczała swobodę w zakresie definiowania szczegółowych efektów kształcenia deklarowanych przez uczelnię. Nie wyklucza to wykorzystania wzorców ustanowionych przez instytucje zewnętrzne wobec uczelni (Radę Główną, komisje akredytacyjne, stowarzyszenia pracodawców itp.).

W konsekwencji to uczelnia - a nie minister - będzie deklarowała treść merytoryczną dyplomu oraz dawała gwarancje związanych z tym kompetencji i wiedzy posiadacza tegoż dyplomu. Oczywiście, jeśli uczelnia (autonomicznie i na własną odpowiedzialność) zdefiniuje szczegółowe efekty kształcenia, to musi też mieć swobodę kreowania sposobów ich uzyskania. W następstwie możliwe będzie odejście od określanych przez ustawę lub ministra minimów kadrowych, etatowości, proporcji między liczbą studentów i nauczycieli, udziału "aktywnych form zajęć" i wykładów, limitu godzin zajęć z WF itd., itp. Wszystkie te charakterystyki powinny się znaleźć w publicznie dostępnej deklaracji programowej uczelni. Deklarację taką powinien uchwalać organ uczelni wskazany w jej statucie. Może ona mieć postać i strukturę obecnie stosowanego przez PKA "raportu samooceny". Deklaracja taka oczywiście musi być zgodna z misją uczelni i mieć swe odzwierciedlenie w jej strategii.

Koniec patologii

Koncepcja odejścia od obligatoryjnego obecnie dyplomu państwowego nie oznacza, że nie może istnieć taki dyplom. Prawo do jego wydawania może być uwarunkowane przepisami państwowymi istotnymi na przykład wtedy, gdy uczelnia chce korzystać z publicznych pieniędzy.

Moim zdaniem deklaracja programowa uczelni powinna zawierać określony czas i zakres obowiązywania. Prowadziłoby to do możliwości zatrudniania kadr akademickich na kontrakty wynikające z takiej deklaracji, przykładowo: kontrakt na prowadzenie zajęć dla kolejnych kohort studentów przez pięć lat lub roczny kontrakt na zajęcia dla jednej kohorty. Kontrakty nie wykluczają przy tym możliwości mianowania. System kontraktowy może też zawierać różnego rodzaju warunki, jak na przykład ograniczenie liczby lat mianowania na określonych stanowiskach lub wymóg uzyskiwania stopni naukowych.

Obecnie to typ zatrudnienia ma wpływ na dotację budżetową otrzymywaną przez uczelnie. Prowadzi to do patologii polegających na likwidacji stanowisk asystenckich, mnożeniu liczby doktorantów, unikaniu zatrudniania na część etatu. System kontraktowy będący konsekwencją wprowadzenia dyplomów uczelnianych powinien doprowadzić do uelastycznienia zatrudnienia. A w konsekwencji do podniesienia jakości badań naukowych i nauczania oraz lepszego powiązania ich z potrzebami odbiorców oferty naukowej i edukacyjnej uczelni.

@RY1@i02/2009/195/i02.2009.195.000.015a.001.jpg@RY2@

Igor Morye

Marek Rocki

Marek Rocki

były rektor SGH, senator PO

O reformie uczelni wyższych pisali już w "Dzienniku Gazecie Prawnej" profesorowie Tadeusz Luty, Mirosław Handke i Michał Kleiber

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.