Od żłobka do szkoły - problemy od lat takie same
Początek roku szkolnego jest zawsze trudny. Tymczasem minął już prawie miesiąc od końca wakacji. Nie był łatwy - ani dla rodziców, ani dla pracowników placówek oświatowych. Trzeba było m.in. kupić podręczniki. Mają to ułatwić różne akcje refundacyjne, których realizacja spada na barki pedagogów, psychologów szkolnych. Papierologia jest ogromna. Bo za refundację kosztów zakupu podręczników odpowiada szkoła. Podobnie jak za pomoc finansową dotyczącą obiadów w szkołach. Za inne świadczenia odpowiadają zaś gminne ośrodki pomocy społecznej. Rodzice często nie wiedzą, gdzie trzeba się zwracać po jaką pomoc. Sami pedagodzy przyznają, że jest bałagan. No bo trudno szybko się zorientować, dokąd jaki dokument zanieść - zaświadczenie o zarobkach czy może tylko oświadczenie bez podpisu urzędnika. Dodatkowym problemem dla tych gorzej sytuowanych rodziców jest konieczność wydania pieniędzy - na podręczniki, na strój sportowy czy na zimowe buty. Niektórzy nie mają czego wydać, by potem dopiero starać się o refundację.
Może rozwiązaniem byłyby bony na zakupy, co postulują niektóre samorządy. Można by je wymieniać na określone artykuły. Rozumiem, że nie każdemu można dać do ręki pieniądze, bo mogą być wykorzystane niekoniecznie zgodnie z przeznaczeniem. Bon na książki czy ubranie ogranicza nieco takie niebezpieczeństwo. Wiem, że nie do końca, ale przecież dołączane do wniosku o refundację paragony także niekoniecznie musiały być wystawione na podręczniki dla danego dziecka.
Ze szkołami są i inne kłopoty. Nie wszystkie dzieciaki podlegają opiece społecznej, nie wszystkim należą się pieniądze refundacyjne za coraz droższe podręczniki. A pojawia się problem zwany zmianą programową. Starszy brat nie przekaże już podręcznika młodszemu. W popularnych ostatnio sklepach z książkami używanymi, często w dobrym stanie, też rozkładają ręce. - Tych książek nie weźmiemy, bo nieaktualne, a tego nie mamy, bo zmienił się system edukacji - mówią miłe panie. I dodają, że nauczyciele sami wybierają podręczniki z dość długiej listy. Koszty książek dla rodziców, którzy nie mogą wykorzystać tych po starszym rodzeństwie lub odkupionych za pół ceny od sąsiada, są znaczne. Podstawowy podręcznik kosztuje 30-40 zł. A ćwiczenia z nim związane to dodatkowo ok. 20 zł.
A teraz schodzimy z edukacją niżej. Propagowana jest duża rodzina. Bo przecież teoretycznie ktoś musi pracować na emerytury rodziców i dziadków. Choć dzisiejsi dziadkowie mówią, że za chwilę systemu obciążać nie będą, ze statystyk wynika, że wielu z nich dożyje pełnoletniości wnuków.
Posłanie dziecka do przedszkola często graniczy z cudem, a o publicznym żłobku nawet w dużym mieście nie warto nawet wspominać. W wielu miejscowościach do państwowej placówki najlepiej należałoby zapisać szkraba jeszcze w wieku prenatalnym. Są jeszcze prywatne placówki. Jednak koszty często są podobne do wynagrodzenia, które dostaje mama lub tata. Piękne są programy typu "Maluch". Tylko dlaczego w tylu miastach nie przekładają się na rzeczywistość? A może mamom, które chcą siedzieć z dzieckiem w domu do np. trzeciego roku życia, lepiej dać choćby niewielką finansową rekompensatę?
Ciekawe, że coraz bardziej popularna jest także szkolna edukacja domowa. Czyżby wracała guwernantka? Nie jestem zwolenniczką podobnych rozwiązań, ale tego typu pomysły mogą świadczyć o porażkach naszego systemu edukacji.
@RY1@i02/2013/181/i02.2013.181.08800020c.802.jpg@RY2@
Monika Górecka-Czuryłło redaktor dodatku Samorząd i Administracja
Monika Górecka-Czuryłło
redaktor dodatku Samorząd i Administracja
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu