Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Podręcznik pisania podręczników

28 czerwca 2018

@RY1@i02/2014/036/i02.2014.036.00000080z.101.jpg@RY2@

81 podręczników do klas I-III (zarówno do języków obcych, jak i edukacji wczesnoszkolnej), 129 do klas IV-IV, 222 do gimnazjum, 241 do liceów, techników i szkół zawodowych. Czyli łącznie 663 tytuły książek i to bez tych dla mniejszości narodowych i do nauki przedmiotów zawodowych. Sporo, szczególnie biorąc pod uwagę, że jeszcze piętnaście lat temu było ich niemal o połowę mniej. A to i tak tylko mały wycinek podręcznikowego rynku. Jak wynika z danych branżowego magazynu "Biblioteka Analiz", w 2012 r. łącznie z ćwiczeniami, książkami metodologicznymi dla nauczycieli i książkami zawodowymi wydano ponad 4,8 tys. podręcznikowych tytułów. Dziś to praktycznie jedyny segment rynku wydawniczego, który z roku na rok się powiększa. I to pomimo tego, że liczba uczniów w ciągu ostatnich lat spadła o blisko o jedną piątą.

Ale podręcznikowy biznes stał się chłopcem do bicia. - 840 mln zł, jakie wydano na książki do szkół w 2012 r., to granda i żerowanie na rodzicach - niemal jak mantrę powtarzają premier Donald Tusk i minister edukacji narodowej Joanna Kluzik-Rostkowska. Wydawcy tak samo często odpowiadają jedną formułą: na edukacji dzieci nie można oszczędzać.

I jedna, i druga strona ma rację. Czy możliwe jest jednak stworzenie dobrego podręcznika w tak krótkim czasie, jak zapowiada MEN? - To jak robienie gazety. Przygotowuje się szpigiel (makietę - red.), pisze się teksty, redaktor je czyta, wybierane są ilustracje, korekta, a potem do drukarni - Joanna Kluzik-Rostkowska w ten dosyć niefrasobliwy sposób odpowiadała na pytania dziennikarzy, jak jej resort chce w kilka miesięcy stworzyć podręcznik dla tegorocznych pierwszaków. Kluzik-Rostkowska wie, jak się robi gazety, w końcu była dziennikarką. Nie oznacza to jednak, że wie, jak się robi podręczniki. O to postanowiliśmy wypytać ich autorów, redaktorów i metodyków.

Wydać Falskiego

"Warto wyjaśnić, że stworzenie pakietu edukacyjnego jest nieco bardziej skomplikowane niż stworzenie, dajmy na to, kiepskiej ustawy. W przeciwieństwie do ustaw pakiety są tworzone przez kilkudziesięciu autorów i ilustratorów, którzy naprawdę znają się na swojej robocie. Potem są jeszcze opracowywane i opiniowane przez kilkunastu redaktorów i ekspertów, przechodzą długą i wyboistą ścieżkę doskonalenia, ulepszania detali, aby na końcu uzyskać numer dopuszczenia MEN i wylądować na szkolnych ławkach" - tak w emocjonalnym liście rozesłanym do redakcji pisze pewien autor podręczników, który sam siebie nazwał "krwiopijcą", bo tak jego pracę przedstawia dziś rząd. "Efekty tego procesu są zaś takie, że dzieci mogą na co dzień uczyć się na tekstach najlepszych polskich autorów (np. Chotomska, Usenko, Kasdepke, Widłak, Stanecka, Strzałkowska), obcować ze światowej jakości ilustracjami (np. Ekier, Wasiuczyńska, Fąfrowicz, Żelewska, Kozyra-Pawlak), wykonywać urozmaicone, wciągające, zabawne ćwiczenia. To się nazywa jakość edukacji i na tym się nie oszczędza, jeśli się chce uchodzić za mądrego obywatela. Oszczędzić można na dresie na WF (nie musi być z logo Nike) lub na prezentach komunijnych (nie musi być to quad ani smartfon)" - dodaje rozżalony autor podręczników. Równie emocjonalni są i inni ich twórcy, z którymi rozmawialiśmy. - Kiedy słucha się premiera, wychodzi na to, że proces tworzenia książek, który opracowaliśmy i dopracowaliśmy w ostatnich latach, służy tylko wyciąganiu kasy z kieszeni rodziców, a w zamian jakieś buble im wciskamy. A przecież z tych książek uczą się też nasze dzieci, więc chcemy, by miały jak najlepsze podręczniki - żali się redaktor z dużego wydawnictwa edukacyjnego.

Można oczywiście zarzucać wydawcom złą wolę i wierzyć, że jedyne, na co liczą, to duże zyski. Kiedy jednak wszyscy, z którymi rozmawiamy, opowiadają o takim samym modelu działania, trudno uwierzyć, by długa praca nad książkami dla uczniów była tylko wymysłem wydawców w celu wydrenowania kieszeni rodziców.

- Tworzenie podręcznika niewiele ma wspólnego z pisaniem książki. To skomplikowany proces, w którym sama treść przedstawiana przez autora to tylko jeden kamyk w układance - mówi nam Waldemar Czerniszewski, dyrektor wydawniczy w WSiP. W tym samym tonie wypowiadają się też inni wydawcy.

Przyjrzyjmy się więc bliżej procesowi wydawniczemu. MEN marzy się tak naprawdę nie tyle podręcznik, który zastąpi wszystkie tomy potrzebne dotąd do nauki w klasach 1-3, ile raczej książka, która będzie podstawą nauki. Taki nowy XXI-wieczny "Elementarz" Falskiego. Ten najsłynniejszy polski podręcznik po raz pierwszy trafił do uczniów przeszło sto lat temu, w 1910 r. I był obecny w polskich szkołach przez niemal cały wiek XX. Łącznie miał 84 wydania w różnych wersjach. Za jego sukcesem stało to, iż nie był po prostu książką z podstawami nauki czytania i pisania. To był też pierwszy podręcznik, w którym metodologia nauczania była tak samo ważna jak treść. Marian Falski, który sam był nauczycielem, opracował do niego specjalną nowoczesną metodę łączącą elementy tradycyjnej dydaktyki literowo-głoskowej z nauczaniem syntetycznym. Sam zresztą opracował tę drugą metodę, opierając się na spostrzeżeniu, że czytający zwraca uwagę na początek i koniec wyrazu, dopiero później zauważa części środkowe oraz wyróżniające się. Bazując na tym odkryciu, tak konstruował wprowadzanie kolejnych liter oraz treść pojedynczych zdań, a potem czytanek, by nauka przychodziła dzieciom jak najbardziej naturalnie.

Na tyle naturalnie, że do dziś pokolenie, które uczyło się pierwszych liter z tej książki, na pytanie: "Co ma Ala?" odpowiada niemal automatycznie, że Asa lub kota (w zależności od tego, z którego wydania się uczyło). Ta metodologia działała przez kilka dekad. Tak naprawdę jedynymi poważnymi zmianami wprowadzanymi do "Elementarza" było jego dostosowanie do zmieniających się realiów otaczających dzieci. Czasem niestety także tych politycznych. Dlatego właśnie w powojennej wersji książki pojawiły się czytanki o Franku czekającym na ojca żołnierza, który wreszcie szczęśliwie wraca do domu, po czym cała rodzina jedzie na Ziemie Odzyskane. W tej wersji książki znalazły się też czytanki o zakładaniu spółdzielni produkcyjnych, spotkaniu polskich harcerzy z radzieckimi pionierami i obraz Bieruta.

Kolejne wydanie "Elementarza" z 1957 r. było już pozbawione portretów komunistycznych przywódców, a czytanki stały się mniej propagandowe. Taka wersja obowiązywała przez siedemnaście lat, aż do 1974 r., choć Marian Falski wielokrotnie interweniował z prośbami o bardziej unowocześnione wersje. Dopiero po jego śmierci w 1974 r. zmieniono szatę graficzną książki i wprowadzono czytanki o telewizji i locie na Księżyc. To wydanie było wznawiane aż osiemnaście razy do 1984 r., który był ostatnim oficjalnym rokiem używania książki Falskiego w szkołach.

Praca zespołowa

Dziś wydawcy mówią, że najlepszy nawet podręcznik żyje góra 6 lat. - Po trzech latach od wydania zgodnie z ustawą można w nim wprowadzać zmiany i wydać drugą wersję - tłumaczy Krzysztof Chrobot, dyrektor ds. wydawniczych w Grupie Edukacyjnej. Są oczywiście wyjątki, jak choćby "Wesoła szkoła", czyli zestaw podręczników do klas 1-3, który na rynku (choć dziś sprzedawany już w znikomej ilości) funkcjonuje od kilkunastu lat, ale rzeczywiście na 4,8 tys. podręcznikowych tytułów aż blisko dwa tysiące to wydawnicze nowości.

Podobnie jak zwykłe książki podręcznik szkolny może powstać na zlecenie wydawcy albo z inicjatywy autora. Najsilniejszym impulsem do powstawania nowych tytułów jest zmiana podstawy programowej. Waldemar Czerniszewski wyciąga ściśle zadrukowaną i licząca ponad 240 stron książeczką. - To jest właśnie podstawa programowa, przykładowo do gimnazjum. Po tym jak MEN publikuje takie wymagania - nie tylko co do tego, co uczeń ma wiedzieć, lecz także umieć i jakie ma mieć kompetencje - zaczyna się praca nad podręcznikiem, który spełni wymagania resortu. Wyłaniane są dwa zespoły nad nim pracujące: autorski i redakcyjny - opowiada dyrektor wydawniczy w WSiP i dodaje, że w pierwszym zawsze jest przynajmniej jeden wybitny naukowiec z danej dziedziny, bardzo często profesor belwederski, a do tego kilku metodyków i dydaktyków. - Zanim powstanie podręcznik pracujemy nad koncepcją i dostosowaniem go do odbiorcy. To, co napisze autor, przechodzi potem przez ich ocenę i wprowadzane są zmiany, jakie wskazują. Bo przecież w podręczniku nie chodzi tylko o to, by podać wiedzę, lecz także by zrobić to tak, aby dziecko mogło się z niego naprawdę nauczyć - opowiada Ewelina Włodarczyk, kierownik redakcji wczesnoszkolnej z Grupy Edukacyjnej.

Zespół redakcyjny - również składający się z kilku osób odpowiedzialnych zarówno za ogólną redakcję książki, jak i poszczególne rozdziały oraz korektę - pracuje nad materiałem dostarczanym zazwyczaj w częściach. - Oczywiście zdarzają się autorzy, którzy od razu piszą cały podręcznik, ale to wyjątek. Najczęściej książkę składamy po kawałku. Także dlatego, że to pozwala już w trakcie jej pisania przeprowadzać badania - dodaje Czerniszewski.

Równolegle trwa praca nad dobraniem do książki ilustracji i zdjęć. - Odkąd żyjemy w społeczeństwie znacznie bardziej obrazkowym, interaktywnym, zmienia się ich rola. Dziś muszą być bardziej dopracowane nie tylko pod względem wizualnym, lecz także dydaktycznym. Nie wystarczy zdjęcie z gotowych baz zdjęć, bo każda ilustracja jest równiez nośnikiem informacji. Często organizujemy specjalne sesje i przygotowujemy scenografie - zapewnia Krzysztof Chrobot.

Próbki tytułu, czyli jeden rozdział albo kilka lekcji wraz z projektem okładki przechodzą badania z udziałem nauczycieli, którzy poza próbką dostają rozkład materiału, czyli informacje o tym, co znajdzie się w dalszych częściach. Najpierw są to badania marketingowe, czyli sprawdzanie, czego prowadzący zajęcia oczekują od nowego podręcznika. Potem dopiero fokusy. - Nauczyciele siedzą w pomieszczeniu z lustrem weneckim i nie wiedzą, przez które wydawnictwo są badani. Do oceny dostają całe książki lub ich fragmenty wydane przez kilka różnych oficyn. I mogą do woli wybrzydzać nad każdym. Uwagi z tych badań są nanoszone na projekt książki i po zmianach ta znowu trafia do badań, czasem na lekcje próbne do szkół - dodaje redaktor z WSiP. Jeśli badania wypadają pomyślnie - ruszają prace nad resztą podręcznika.

Pisanie, badanie i poprawianie książki trwa zazwyczaj około roku, czasem półtora. - O dziwo, trudniejsze są podręczniki dla wczesnych etapów nauczania. Trzeba w nie włożyć znacznie więcej pracy metodycznej, bo dzieci i ich sposób przyjmowania świata bardzo szybko się zmieniają - tłumaczy Czerniszewski.

Gdy całość jest już gotowa, wydawca przekazuje pełny egzemplarz Ministerstwu Edukacji Narodowej do oceny przez recenzentów. Książkę recenzują zawsze trzy osoby: dwie od strony merytorycznej i jedna od strony językowej. Tylko jeśli ich opinia jest jednogłośnie pozytywna, podręcznik zostaje dopuszczony do użytkowania. Jeżeli ocena jest pozytywna, ale warunkowo, czyli są uwagi od recenzentów, wraca do poprawek i potem do ponownej oceny. Ale zdarzają się też oceny negatywne. - Gdy tylko jeden recenzent wystawi taką niepochlebną opinię, wydawnictwo może poprosić o ponowne jej zrecenzowanie przez kolejnego eksperta. Gdy ten wyda ocenę negatywną, książka nieodwracalnie traci szansę na pojawienie się na rynku. Ale nie są to specjalnie częste przypadki - opowiada Chrobot. Dopiero przeszedłszy cały ten proces, książka może trafić do drukarni. - Rok to iście rekordowe tempo, które może odbić się na jakości podręcznika. Aby przygotowac go w bardzo dobrej jakości, potrzeba raczej półtora roku, dwóch lat na cały ten proces - ocenia dyrektor z Grupy Wydawniczej.

Ile to kosztuje

Mimo gęstego sita selekcji i tak zdarzają się kontrowersje związane z podręcznikami już dopuszczonymi do użytku. W ostatnim czasie działo się tak w przypadku dwóch książek. Podręcznikowi do historii w liceum prawicowi publicyści zarzucali za płytkie opisanie roli prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a książka do WOS dla gimnazjalistów oburzyła sędziów, bo znajdował się w niej tekst: "Polskie sądy źle funkcjonują, w środowisku obowiązuje klanowa solidarność, nie eliminuje się sędziów złych lub skorumpowanych". W obu przypadkach książek jednak nie wycofano.

Wcale nie tak rzadko zdarzają się też - zazwyczaj drobne, ale jednak - błędy merytoryczne. I nie zawsze są to takie oczywiste wpadki jak pomylona data czy błąd ortograficzny. Doktor hab. Ewa Swoboda, dydaktyk matematyki i autorka wielu podręczników do tego przedmiotu, przygotowała też "Krytyczną analizę zadań w podręcznikach nauczania wczesnoszkolnego". Pokazuje w niej znacznie mniej jasne na pierwszy rzut oka wpadki, np. zadania raz pisane dużą, raz małą czcionką (co kilkulatka może niepotrzebnie rozpraszać), ćwiczenia uczące schematycznego myślenia (wielokrotne powtarzanie takich samych zadań), zapisy matematyczne nielogiczne dla dzieci w wieku 6-7 lat. Wydawcy niechętnie przyznają, że takie błędy wciąż się pojawiają i czasami jest ich tak dużo, że jeszcze podczas pisania książki trzeba niemal cały materiał wyrzucić i zaczynać od początku.

Gdy pomyłek i kontrowersji jest dużo, MEN może w ostateczności nawet wycofać już dopuszczoną do użytku i wydaną książkę. Potrzebny jest wniosek samego wydawcy lub opinia co najmniej dwóch rzeczoznawców, że książka utraciła aktualność lub przydatność dydaktyczną. Ale to bardzo rzadko praktykowane rozwiązanie, ostatnio po naciskach środowisk LGBT spotkało tylko dopuszczony w 2009 r. podręcznik do Wychowania do Życia w Rodzinie.

Ostatnim zadaniem, jakie stoi przed wydawcami podręczników, jest ich dystrybucja. Do tej pory nie mieli z tym większego problemu. Nauczyciele do 15 czerwca byli zobowiązani przedstawić rodzicom (a więc wydawcom praktycznie też), jakich książek wymagają. Firmy mogły więc wydrukować i dostarczyć niemal co do sztuki tyle książek, ile wynosiło zapotrzebowanie. MEN jednak chce usunięcia tego przepisu.

Na koniec zostaje nam podsumowanie kosztów całego procesu. Wydawcy więcej niż niechętnie wchodzą w szczegóły, podkreślając jedynie, że same tylko badania marketingowe i fokusy podręczników są bardzo drogie. Kilka lat temu więcej światła rzucił na to Dariusz Kaczmarek, prezes wydawnictwa Operon w "Bibliotece Analiz", który podał, że średni koszt przygotowania nowego, zgodnego z podstawami podręcznika do kształcenia zintegrowanego sięga nawet 1 mln zł. Tyle według niego wydawca przeznacza tylko na sam proces produkcyjny: zakup ilustracji, zdjęć i infografik, tantiemy dla autorów oraz wynagrodzenie redaktorów, korektorów i grafików. Drugie tyle kosztuje wydanie książek. Ile wydawnictwa inwestują w marketing oraz materiały dla nauczycieli szkół - a jak oceniają eksperci, to poważne kwoty - nie chcą zdradzić. 10-12 mln zł, które na rządowy podręcznik obiecał premier, w tym kontekście wydają się więc sumą naprawdę wystarczającą, a nawet zastanawiająco dużą.

MEN marzy się tak naprawdę nie tyle podręcznik, który zastąpi wszystkie potrzebne tomy dotąd do nauki w klasach 1-3, ile raczej książka, która będzie podstawą nauki. Taki nowy XXI-wieczny "Elementarz" Falskiego

Sylwia Czubkowska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.