Dziennik Gazeta Prawana logo

Potrzebna jest nowa ustawa o zawodzie nauczyciela

30 sierpnia 2018

Marek Olszewski: Pracodawca powinien mieć możliwość docenienia dobrych pracowników i pożegnania się z tymi, którzy nie spełniają jego oczekiwań

Marek Olszewski wójt gminy Lubicz, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP

Szkoły i przedszkola wkraczają w drugi rok reformy oświatowej. Co dla samorządów było największą bolączką przy wdrażaniu zmian?

Reforma systemu edukacji, choćby oparta na najszlachetniejszych ideach, niesie z sobą także zagrożenia. Tej, która jest właśnie realizowana, od początku towarzyszy pośpiech. Akty prawne, na podstawie których wprowadzano reformę, zostały podjęte zaledwie na kilka miesięcy przed jej startem. Samorządy z ogromną determinacją zabrały się do pracy i zrobiły wszystko, by 1 września ubiegłego roku uczniowie spokojnie zasiedli w ławkach reformowanej szkoły. To przyniosło efekty, bo gdy wiosną tego roku przeprowadziliśmy badania stanu wdrażanej reformy, to pokazały one dość stabilny obraz organizacji i finansowania zadań oświatowych przez samorządy. Podkreślano jednak kłopoty wynikające z pośpiechu, niepełne przekonanie do likwidacji gimnazjów, problemy lokalowe i kadrowe.

Dlaczego w niektórych miejscach są przepełnione szkoły podstawowe, a z kolei budynki po stopniowo likwidowanych gimnazjach stoją puste?

W każdej gminie miejskiej lub wiejskiej sytuacja lokalowa wygląda inaczej. Paradoksalnie, najłatwiej do reformy dostosować się samorządom, które prowadziły w poprzednim ustroju szkolnym zespoły szkół podstawowo-gimnazjalnych. Tam najłatwiej przejść transformację, która prowadzi do szkoły ośmioklasowej. Z kolei małe szkoły, dotychczas sześcioklasowe, nie pomieszczą ośmiu oddziałów. Typowe, wzorcowe budynki gimnazjalne bywają więc bezużyteczne. Dobrze, jeśli można w nich umieścić przedszkole lub placówkę kultury. Ale istotnie, chaos lokalowy będzie tu i ówdzie dokuczał uczniom i rodzicom do czasu wykonania przez samorządy niezbędnych inwestycji. To wysoka cena za pośpiech i prymat idei nad działaniem praktycznym.

Na razie receptą na przepełnienie jest dwuzmianowość… Można to zmienić?

Dwuzmianowość jest trudna do wyeliminowania przy zmieniającej się liczbie uczniów, programów i całego systemu. Nawet jeśli założymy, że będzie on stabilny i wieloletni, że unormują się podstawy programowe, wykonana zostanie rzetelna prognoza demograficzna, a samorządy zainwestują w budynki szkolne w oparciu o te dane, to nikt nie zadekretuje migracji ludności lub mody na konkretne szkoły. Przez najbliższe kilka lat będziemy mieć niż demograficzny w szkołach podstawowych, więc problem nie powinien narastać. Zwłaszcza że słyszałem, iż MEN wycofuje się ze zmian związanych z przerwami lekcyjnymi i z wprowadzenia 40-minutowej przerwy obiadowej. Gdyby ta zmiana weszła w życie, dwuzmianowość zostałaby niejako umocniona. Ale decyzja w tej sprawie ma pozostać w gestii dyrektora szkoły. Oczywiście dwuzmianowość nadal będzie dotyczyła gmin podmiejskich, objętych żywiołową urbanizacją. No i szkół ponadpodstawowych, gdzie dojdzie do kumulacji roczników.

Przejdźmy do kosztów reformy. Władze Gdańska twierdzą, że jej wdrożenie kosztowało ich 40 mln zł, a z rezerwy MEN otrzymało kilkaset tysięcy złotych. Czy nie ma w tym przesady?

Gdańsk istotnie mógł wydać 40 mln zł, choć nie ma pewności, czy tylko na reformę i czy musiał. Po prostu nie jest łatwo wyodrębnić z wydatków oświatowych w samorządzie tylko te związane z reformą. Słyszymy o dużych wydatkach w samorządach miejskich. Nasze wiosenne badania w gminach wiejskich pokazują nieco mniejszą skalę kosztów. Jest jednak pewne, że reforma istotnie pochłonie bardzo dużo pieniędzy. W skali kraju to będą dziesiątki miliardów złotych. Już teraz to odczuwamy.

Na co trzeba było wydać pieniądze?

Wydatki związane z reformą to przede wszystkim te, które były niezbędne ze względu na konieczność przystosowania budynków szkolnych. To proces długotrwały i kosztowny, a środki z budżetu państwa dotyczą niewielkiego katalogu zadań. Kolejne koszty były związane z przygotowaniem pracowni przedmiotowych, pomocami dydaktycznymi związanymi z wprowadzeniem nowych podstaw programowych, uzupełnieniem księgozbiorów szkolnych bibliotek i zatrudnieniem nauczycieli do wprowadzonych nowych przedmiotów. Wydatki te nakładają się oczywiście na te, które ponosimy zwykle, choćby poprawiając warunki nauki w naszych szkołach.

W związku z reformą zmian wymaga też system wynagradzania i premiowania nauczycieli. Oświatowa Solidarność chciała nawet, aby ich pensja rosła wraz ze wzrostem średniej krajowej lub PKB. Co pan o tym sądzi?

Podwyżki wynagrodzeń nauczycieli to temat stały. Związki zawodowe, zgodnie ze swoją misją, zawsze będą o to zabiegały. Nauczyciele powinni godnie zarabiać, bo to niełatwa praca. Potrzebna też jest pozytywna selekcja do zawodu i nieco większe zainteresowanie mężczyzn tym zajęciem. Możliwe jest powiązanie wysokości wynagrodzeń nauczycielskich ze średnią krajową, ale podstawową zasadą powinno być wynagrodzenie za pracę i jej jakość. Nie można odrywać płacy od pracy, bo to niesprawiedliwe i demoralizujące w każdym zawodzie. Wynagrodzenia nauczycielskie powinny więc też mieć motywacyjny charakter. Obecne dodatki wyrównujące do średnich w grupach awansu zawodowego są absurdalne. Przecież to powinny być pieniądze na wynagrodzenia za pracę.

Doszliśmy do Karty nauczyciela. Według wielu ekspertów wymaga ona zmian. Co powinno być ich przedmiotem?

Karta nauczyciela jest dokumentem archaicznym i żadna kolejna trzechsetna nowelizacja tego nie zmieni. Potrzebna jest nowa ustawa o zawodzie nauczyciela, doceniająca tę szczególną profesję, ale odpowiednia dla współczesnego rynku pracy. Błędne jest przekonanie, że wszyscy nauczyciele to znakomici specjaliści owładnięci misją nauczania i wychowania. Są dobrzy i źli, pracowici i leniwi, jak w każdym zawodzie. Prawo musi to uwzględniać. Musi dawać pracodawcy możliwość docenienia dobrych i pozbycia się złych. Dobrze wynagradzać zdolnych i pracowitych, finansowo napominać nierzetelnych. W poprzednich latach, a także w obecnej kadencji parlamentarnej i rządowej widać próby modyfikowania Karty nauczyciela, ale jak zawsze jest to działanie bardzo nieśmiałe.

Związek Gmin Wiejskich RP przekonał MEN, aby decydującą ocenę dyrektora szkoły wystawiał samorząd – organ prowadzący, a nie kurator. Dlaczego to ważne?

Bardzo o to zabiegaliśmy, traktując przesunięcie tych kompetencji w stronę kuratora jako kolejny przejaw centralizacji w zarządzaniu oświatą. Wiem jednak, że po stronie samorządowej nie ma w tej sprawie jednomyślności. Niektórzy koledzy chyba nieco żartobliwie uważają, że trudne i niepopularne decyzje można było zostawić kuratorowi.

Przy okazji oceniania jednostki samorządu terytorialnego muszą się nastawić, że będą wypłacać wyróżniającym się nauczycielom dyplomowanym dodatek w postaci 500+. Co pan sądzi o tym pomyśle?

Jeśli budżet państwa jest przygotowany do zrekompensowania jednostkom samorządu terytorialnego tego wydatku w całości, to nie mam nic przeciwko temu. Jeśli jednak miałby to być kolejny przypadek współfinansowania centralnego pomysłu lokalnymi pieniędzmi, to jest to niedopuszczalne.

Należy pan do orędowników, aby nie tylko sześciolatków, ale też pozostałe przedszkolaki objąć subwencją oświatową. Czy wtedy oferta dodatkowych zajęć byłaby większa i czy można byłoby zrezygnować wówczas z tzw. złotówki za każdą dodatkową godzinę pobytu dziecka w placówce powyżej bezpłatnej podstawy programowej?

Prowadzenie przedszkoli było zawsze zadaniem własnym samorządu. Jednak teraz, gdy obowiązek ten objął wszystkie przedszkolne roczniki, jest to zadanie o zupełnie innej skali. Uważam, że prowadzenie przedszkoli powinno być także subwencjonowane z budżetu państwa. Oczywiście skala tego i katalog zadań pozostaje do uzgodnienia. Uważam, że wówczas niepotrzebna byłaby „złotówka”, czyli pobieranie dodatkowych opłat od rodziców. A i oferta zajęć dla przedszkolaka mogłaby być bogatsza.

Czy można już mówić, że samorządy wdrożyły reformę i dostosowały szkoły do nowego systemu?

Wdrożenie reformy, szczególnie tak głębokiej jak obecna, trwać będzie wiele lat. Pamiętać trzeba, że reforma z 2000 r. w całości nie została wdrożona. To nie likwidacja gimnazjów kończy cały proces. Ona go dopiero rozpoczyna. Zmiany w szkolnictwie ponadpodstawowym i zawodowym jeszcze się właściwie nie zaczęły. Nowy system edukacji można będzie ocenić za 20 lat, jeśli nie będzie wcześniej znów zmieniany.

Za co samorządy powinny się zabrać po wyborach, jeśli chodzi o edukację? Co potrzebuje pilnych zmian?

Problemy pozostają niezmienne. Karta nauczyciela, system finansowania zadań oświatowych, decentralizacja zarządzania, stabilność programowa. Bardzo interesujące, dopiero podejmowane zadanie to reforma szkolnictwa zawodowego.

Gdyby prawdziwe okazały się pogłoski o tym, że Anna Zalewska odejdzie ze stanowiska do europarlamentu, to od czego, pana zdaniem, powinien zacząć urzędowanie nowy minister edukacji narodowej?

Od przeczytania dotychczasowych samorządowych stanowisk w sprawie oświaty.  © 

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.