Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Edukacja

Wstęp - Sześciolatki delegowane do szkół. Rodzice przerażeni. Gminy nie mają wyjścia

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Właśnie rozpoczyna się rekrutacja do przedszkoli. W opresji mogą się znaleźć sześciolatki. Do niedawna ci rodzice, którzy nie zdecydowali się na przeniesienie córki lub syna do szkolnej zerówki lub posłanie do pierwszej klasy, byli pewni, że ich dziecko kolejny rok będzie chodziło do tej samej, bezpiecznej i przystosowanej do pobytu przedszkolaków placówki. To, co ze strony rodziców, a i często wspierających ich psychologów, wygląda na najlepsze rozwiązanie dla dziecka, spędza sen z powiek samorządowcom. Bo kłopoty z miejscami dla przedszkolaków znane są od lat. A od czasu, kiedy to gmina musi zapewnić je wszystkim chętnym maluchom, także trzylatkom, jest z tym znacznie trudniej. Można wprawdzie winić samorządy, że nie przygotowały się do tego "rozszerzenia", ale skąd mogły wiedzieć, że rządowa zmiana warty wywróci do góry nogami reformę oświaty. I sześciolatki zostaną w majestacie prawa w przedszkolach. Szukają więc sposobów na przeniesienie ich do szkół niejako wbrew woli rodziców. Jednym z takich pomysłów są oddziały zamiejscowe. Dziecko teoretycznie jest w tej samej placówce, ale w praktyce chodzi do szkoły. Jak wynika z sondy zrobionej przez DGP, w tym roku tego typu placówek zapewne przybędzie. Jednak czy tworzenie oddziałów jest zgodne z prawem? Są wątpliwości, choć kuratoria dopuszczają takie rozwiązania w gminach, o ile dobrze zostanie uzasadnione. Rodzice są jednak zrozpaczeni. Bo szkoła to ścisk, tabuny siódmo-, a od września i ósmoklasistów, niedostosowane pomieszczenia, kłopoty z posiłkami. Czy można temu zaradzić? Całkowicie pewnie nie, ale są gminy, które starają się problem łagodzić. Czyli nie zaskakują rodziców, ale tłumaczą im, że oddział zamiejscowy w szkole to nie takie najgorsze wyjście. Równolegle dostosowują obiekty szkolne do potrzeb najmłodszych. A potem sprawnie organizują przenosiny - z dotychczasowym personelem, do odpowiednio przygotowanych i wydzielonych od reszty szkoły sal, ba, nawet z dowożonymi z przedszkolnej kuchni posiłkami. W Świnoujściu, przynajmniej jak twierdzą przedstawiciele urzędu miejskiego, się udało. Pytanie, czy w innych miejscach też tak będzie. Bo zwłaszcza tam, gdzie problem wyniknie w ostatniej chwili, już po zakończeniu rekrutacji, dzieci rzeczywiście mogą ucierpieć.

@RY1@i02/2018/039/i02.2018.039.183000600.801.jpg@RY2@

Zofia Jóźwiak

zofia.jozwiak@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.