Zmienić trzeba nawet mentalność
ABY TRAGEDIA SMOLEŃSKA się nie powtórzyła, nie wystarczy kosmetyka prawa. Przeobrażenia muszą dotyczyć przepisów, struktur i praktyki, i to zarówno na płaszczyźnie administracyjnej, jak i wojskowej
Raport o przyczynach katastrofy smoleńskiej, przedstawiony w piątek przez członków Komisji Badania Wypadków Lotniczych, wykazał nie tylko rażące braki w procedurach, lecz także brak szacunku do przestrzegania formalnych wymogów, zarówno ze strony wojskowych pilotów i ich dowódców, jak i samych polityków.
Błędy popełniano już na etapie planowania lotu państwowego - nie przejmowano się zasadami, jakie powinny przy tym obowiązywać. Nonszalancko podchodzono do procedur - na ich naginanie przymykano oko nawet na wojskowych szczytach.
Eksperci komisji Millera przedstawili kilkadziesiąt "zaleceń profilaktycznych" dla najważniejszych podmiotów aparatu państwa. Co naprawdę musi się zmienić, aby podobne tragedie jak ta smoleńska czy wypadek CAS-y się nie powtarzały?
Premier powinien zlecić uporządkowanie statusu dokumentów związanych z organizacją lotów HEAD, które odnoszą się do specjalnego transportu lotniczego. Dotyczy to m.in. regulaminu i instrukcji organizacji lotów w lotnictwie wojskowym (w tym np. instrukcji zabezpieczenia meteorologicznego), współpracy lotnictwa wojskowego z BOR, ale także np. porozumienia pomiędzy MON a rosyjskim ministerstwem obrony w sprawie zasad wzajemnego ruchu lotniczego wojskowych statków powietrznych z grudnia 1993 r. Ponadto szefowie MSZ i MON powinni ustalić procedury pozyskiwania informacji meteorologicznych z lotnisk, które nie przekazują takich danych. Obecnie żadnych żelaznych procedur w tym zakresie nie ma - dane na temat pogody na danym lotnisku ustalane są w każdym przypadku indywidualnie. Piloci wojskowi otrzymują je z wojskowych Służb Hydrometeorologicznych.
Zdaniem prof. Marka Żylicza z komisji Jerzego Millera zalecenia raportu mogłyby pójść jeszcze dalej. - Gdyby było więcej czasu, powinny zostać wskazane propozycje zmian w zakresie prawa lotniczego, zarówno polskiego, jak i międzynarodowego - mówi "DGP" i dodaje, że zmiany te powinny dotyczyć przede wszystkim uregulowania lotów państwowych, przynajmniej częściowo na wzór cywilnych. Chodzi między innymi o to, aby w stosunku do lotów samolotów państwowych obowiązywały standardy bezpieczeństwa jak te w międzynarodowym lotnictwie cywilnym. Teoretycznie mogłoby zatem być tak, że przy bardzo złej pogodzie nie uzyskiwałyby pozwolenia na lądowanie i definitywnie odsyłane byłyby na inne lotnisko.
Raport Millera wskazuje, że kancelarie premiera, prezydenta, Sejmu i Senatu powinny opracować zasady współpracy z Dowództwem Sił Powietrznych w zakresie zamawiania transportu lotniczego. To jedna z niewielu spraw, którymi już się zajęto. Instrukcję przygotował kilka miesięcy temu szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisław Koziej. Przewiduje ona m.in., że na pokładzie jednego samolotu nie mogą jednocześnie lecieć najważniejsze osoby w państwie: prezydent, premier i marszałek Sejmu. Na jednym pokładzie nie może też znajdować się więcej niż połowa rządu oraz połowa głównych dowódców wojskowych. Postulaty dotyczące zakazu jednoczesnego latania wysokich rangą wojskowych pojawiały się zresztą już po katastrofie CAS-y, ale wtedy nie wyciągnięto z nich wniosków. W tej chwili BBN analizuje, czy instrukcja wyczerpuje zalecenia raportu.
Zdecydowana większość zaleceń komisji Millera dotyczy struktur i procedur wojskowych. Zmiany w przepisach powinny objąć przede wszystkim sposób szkolenia pilotów. Raport wykazał bowiem rażące braki - piloci TU-154M nie odbywali szkoleń na symulatorach w trudnych warunkach, nie wiedzieli też, jak działa system ratujący życie ani z którego wysokościomierza skorzystać na nierównym terenie.
Kontroli, a następnie fundamentalnych zmian wymaga system dokumentacji, a także weryfikacji uprawnień załogi. Okazało się bowiem, że w 36. specpułku nagminnie łamano procedury - w dniu wylotu do Smoleńska tylko jeden z członków załogi miał ważne uprawnienia do wykonywania lotów na Tu-154M.
Raport stwierdza, że muszą zostać opracowane nowe zasady szkoleń pilotów, a "praktyczne szkolenie instruktorskie powinno być poprzedzone centralnym szkoleniem teoretycznym zakończonym egzaminem". Załogi latające na Tu-154M muszą znać możliwości tego samolotu i ćwiczyć trudne sytuacje na symulatorach. Do tego wszystkie załogi wieloosobowe muszą mieć instrukcje współdziałania. Tymczasem raport wykazał, że załoga w ogóle nie współpracowała i nie korygowała swoich błędów, a kpt. Arkadiusz Protasiuk w zasadzie wszystko robił sam.
Dopiero raport nakazuje także przetłumaczenie na język polski dokumentacji samolotów, na których lata 36. specpułk i zorganizowanie kursów językowych dla załóg. Eksperci stwierdzili, że tylko jeden z członków załogi znał język rosyjski, a strona polska zrezygnowała z rosyjskiego lidera. Konieczne jest także skuteczniejsze zabezpieczenie meteorologiczne - Szef wojskowej Służby Hydrometeorologicznej musi opracować nowe zasady jego organizacji i realizacji, a także poprawić jakość szkoleń meteorologów w lotnictwie Sił Zbrojnych.
Dowódca Sił Powietrznych gen. Lech Majewski (następca gen. Andrzeja Błasika, który zginął w katastrofie smoleńskiej) zaczął wprowadzać zmiany w 36. specpułku. Po objęciu przez niego stanowiska wprowadzono m.in. zakaz wstępu do kabiny pilotów w czasie lotu (raport Millera potwierdził, że w ostatniej fazie lotu do Smoleńska był w niej obecny gen. Błasik). To, że przepis zaczął obowiązywać dopiero teraz, obrazuje wcześniejszą lekkomyślność władzy i tendencję do jej nadużywania.
Zaczęto też zwracać uwagę na szkolenia załóg, np. obecnie pułk wynajmuje czas na symulatorach. To skutek m.in. spotkania dowództwa 36. specpułku z komisją Millera w sierpniu 2010 roku. - Przekazano wstępne uwagi co do kierunków, w których trzeba przeprowadzić zmiany, aby zaoszczędzić czas - mówi pilot Maciej Lasek, członek komisji.
Po publikacji raportu Siły Powietrzne wydały komunikat z opisem już dokonanych zmian. Wojsko po katastrofie opracowało plan działań naprawczych, m.in. wprowadzono karty szacowania ryzyka lotu przez pilotów, zmieniły się procedury w służbie meteorologicznej. Na początku roku lotnictwo wojskowe wprowadziło obowiązek szkolenia załóg samolotów rządowych na symulatorach. 36. specpułk został kilka miesięcy temu zreorganizowany.
Szef MSWiA Jerzy Miller stwierdził, że dziś skorzystałby z usług pilotów 36. specpułku. Niemniej nie znaczy to, że zmiany są wystarczające. - Instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo lotów wojskowych i nadzór nad nimi muszą działać inaczej niż dotąd - przyznaje były już szef MON Bogdan Klich.
Rekomendacje raportu Millera będzie już wcielał w życie nowy minister obrony - Tomasz Siemoniak. A jedną z pierwszych decyzji, jakie podejmie po objęciu stanowiska, będzie rozstrzygnięcie o przyszłości 36. specpułku. Pojawia się bowiem coraz więcej głosów, że należy go rozwiązać.
Lotnictwo wojskowe, odpowiedzialne za loty najważniejszych osób w państwie i dotąd uznawane za elitę wśród pilotów, stosuje standardy znacznie niższe niż lotnictwo cywilne. Wielu ekspertów lotnictwa cywilnego oceniało, że sytuacje opisane w raporcie byłyby nie do pomyślenia w lotnictwie cywilnym. Tam piloci, którzy nie przestrzegają procedur, tracą i licencję, i pracę. Politycy w niektórych państwach, np. skandynawskich, zrezygnowali z lotnictwa wojskowego i korzystają z cywilnego. - Jest wybór. Można korzystać do przewozu rządzących z lotnictwa cywilnego albo wojskowego. Ale to ostanie musi się zmienić na lepsze - podkreśla prof. Żylicz.
Tymczasem w Polsce rządzący stosują taką praktykę, która akurat jest wygodna albo też wymuszona przez okoliczności. Premier Donald Tusk na początku kadencji zapowiedział, że będzie w maksymalnym stopniu korzystał z lotów rejsowych. Trwało to krótko, potem przesiadł się do samolotów rządowych. Po katastrofie, kiedy został tylko jeden duży samolot, rząd zdecydował się na usługi lotnictwa cywilnego i wyczarterował embraery od LOT-u. Ale jednocześnie wciąż toczy się debata o konieczności zakupu nowych samolotów dla VIP-ów. Nawet jeśli zostaną kupione, z raportu Millera wynika, że najważniejsze będzie dobre wyszkolenie załogi. Bo najlepsza nawet maszyna nie jest w stanie zastąpić trzeźwo myślącego, odpowiedzialnego, dobrze wyszkolonego i doświadczonego pilota.
Innym ważnym zagadnieniem są oszczędności. Państwo, zwłaszcza w czasie kryzysu gospodarczego, musi ścinać wydatki na administrację. Ale raport Millera pokazuje, że trzeba to robić niezwykle rozważnie. Za czasów rządów PiS ścięto wydatki na szkolenia wojskowe, a PO kontynuowała redukcję wydatków w MON.
Zmiany w przepisach i praktyce powinny z czasem doprowadzić do zmian w mentalności. Raport Millera jest bowiem smutną diagnozą stanu państwa. Piloci uznający się za lotniczą elitę kompletnie lekceważą podstawowe procedury. Przykład idzie z góry - od dowódców, którzy od lat przymykają oko na nieprawidłowości i lekceważą przepisy, nie przeprowadzają kontroli, a jeżeli już, to nie wyciągają z nich wniosków.
Ci dowódcy podlegają władzom państwowym, czyli politykom. Oni zaś nie tylko dają innym przyzwolenie na omijanie przepisów, lecz często sami to robią. Dopóki w Polsce nie zmieni się stosunek do przepisów i spełniania wymogów formalnych - dopóty nie będzie można mówić o pełnym wyciągnięciu wniosków z raportu komisji Millera.
@RY1@i02/2011/147/i02.2011.147.000.0003.001.jpg@RY2@
Fot. AP
@RY1@i02/2011/147/i02.2011.147.000.0003.002.jpg@RY2@
Fot. Wojtek Basałygo/SE/East News
Katastrofa w Smoleńsku i wypadek CAS-y - dwa zdarzenia, z których trzeba wyciągnąć wnioski
Anna Gielewska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu