Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Bezpieczeństwo

Przekręt na pożar

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Pali się wszystko. Domy, samochody, magazyny, ludzi, uprawy, sprzęt. Bo ogień rozprzestrzenia się błyskawicznie, pochłania wszystko w mgnieniu oka. Był dom i nie ma domu. Dlatego niemal zawsze, kiedy ktoś chce popełnić przestępstwo ubezpieczeniowe na dużą skalę, rozważa użycie ognia - mówi Robert Dąbrowski

Robertem Dąbrowskim

@RY1@i02/2014/066/i02.2014.066.000000400.803.jpg@RY2@

materiały prasowe

Robert Dąbrowski absolwent Uniwersytetu Szczecińskiego, Polsko-Francuskiego Instytutu Ubezpieczeniowego i podyplomowego studium oficerskiego Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. Wieloletni funkcjonariusz pionu operacyjnego i kryminalnego policji. Jest przewodniczącym Komisji Przeciwdziałania Przestępczości PIU. Z PZU związany od 1999 r. Obecnie jest dyrektorem Biura Bezpieczeństwa w PZU SA i PZU Życie SA

Przedsiębiorca z Jastrzębia-Zdroju wpada w długi, postanawia się odkuć finansowo. Dlatego zakłada bliskim wysokie polisy na życie i podpala dom. 40-letnia kobieta i czwórka dzieci giną. Byli dla niego warci milion złotych, bo na taką kwotę opiewały ponoć ubezpieczenia. O Dariuszu P. mówi dziś cała Polska, a ja się zastanawiam, jak dużym problemem są zbrodnicze podpalenia w branży ubezpieczeniowej. Ogień wydaje się takim użytecznym narzędziem...

Nie jestem w stanie odnieść się do konkretnych liczb, zresztą nawet nie chciałbym tego robić. Bo po co przestępcy mają wiedzieć, na ile rozpracowaliśmy ich działania. Kiedyś najpopularniejsze w wyłudzeniach były stłuczki oraz niby-kradzieże samochodów. I jeśli wówczas działa się jakaś krzywda, to blachom, materii nieożywionej. Dziś obserwujemy, że coraz więcej przypadków wyłudzeń dotyczy ubezpieczeń na życie i zdrowie. I sprawcy nie mają żadnych hamulców, dla pieniędzy gotowi są zabić lub okaleczyć. A czy takich spraw jest dużo? Gdybyśmy chcieli spróbować policzyć, to możemy się posłużyć dwiema metodologiami. Według pierwszej przestępstwa ubezpieczeniowe, a ściśle mówiąc, wyłudzone kwoty - stanowią ok. 3 proc. przypisów składki. Według innej metody nawet 10-15 proc. Czyli mówimy o sumie pomiędzy 1,5 a 4,5 mld zł rocznie. Oczywiście nie jest to na tyle dużo, aby przewrócić rynek ubezpieczeniowy wart 660 mld zł, jednak całkiem sporo. Mówiąc obrazowo - gdyby przerzucić ciężar spłaty tych wyłudzonych pieniędzy na społeczeństwo, każda polska rodzina musiałaby co dwanaście miesięcy wysupłać z portfela 50 zł. I to sprawia, że stawki ubezpieczeń są wciąż duże.

W Jastrzębiu mamy do czynienia z chciwością bezwzględnego człowieka. Jednak za podobne przestępstwa zabierają się gangi. Przykład wzięty z ostatniego raportu Polskiej Izby Ubezpieczeń: zorganizowana grupa wyszukiwała wśród bezrobotnych i bezdomnych najbardziej zdeterminowanych, którzy za parę złotych dawali sobie obciąć kciuki. A gangsterzy zgarniali ubezpieczenie z różnych towarzystw. Co ciekawe, reprezentowała ich kancelaria prawna działająca w ich imieniu.

No cóż, kciuk to najważniejszy palec w dłoni i jest wyceniany wyżej niż każdy inny - stąd wybór. A przestępcy coraz bardziej się profesjonalizują. To najzupełniej normalne, że kiedy jest kłopot z wypłatą odszkodowania za któryś z ich niby-genialnych pomysłów na przekręt ubezpieczeniowy, wynajmują prawników.

Tak nawiasem mówiąc, jest różnica, kiedy Kowalski czy Nowak, przy okazji stłuczki, dopisze do niej jeszcze jeden zderzak, żeby go zrobić na koszt ubezpieczyciela. Co innego, gdy psychopata morduje lub okalecza ludzi dla pieniędzy.

To oczywiste, że każdy z nas ma w sobie granicę, do której jest w stanie pewne rzeczy tłumaczyć czy tolerować. Kiedy chuda, biedna staruszka zostaje przyłapana na kradzieży bułki w sklepie, większość ludzi chciałaby ją przytulić i nakarmić, a nie karać. Natomiast na wieść o mordercy własnej rodziny nóż się nam w kieszeni otwiera. Inna rzecz, że jesteśmy jako społeczeństwo bardzo tolerancyjni dla zjawiska przestępstw ubezpieczeniowych. Jest na nie wielkie przyzwolenie społeczne, podobnie jak na oszukiwanie urzędu skarbowego. Wyszło to w ostatniej Diagnozie Społecznej, gdzie zapytano badanych o zaufanie do różnych instytucji finansowych, m.in. banków, ZUS, OFE oraz zakładów ubezpieczeniowych.

To zaufanie spada, począwszy od 2009 r., od początków kryzysu gospodarczego. Zakładom ubezpieczeniowym dziś nie ufa ponad 70 proc. Polaków (spośród tych, którzy mają zdanie na ten temat). I pewnie mają ku temu dobre powody. Ale wie pan co, wróćmy do podpaleń. Bo akurat ta grupa przestępstw ubezpieczeniowych mnie interesuje. Ze sprawozdań, choćby PIU, wynika, że ubezpieczycieli jakby mniej. Nie ma nawet odrębnej kategorii podpalenia, choć patrząc choćby w policyjne statystyki, można wywnioskować, że skala problemu jest, hm, paląca.

Ale powiedzenie, że Polska płonie, byłoby przesadzone. Zapewniam. No i nasze analizy są dalece bardziej skomplikowane i szczegółowe niż to, co pokazujemy i w ogóle chcemy pokazać publicznie. Ale ma pani rację: pali się wszystko. Domy, samochody, magazyny, ludzi, uprawy, sprzęt. Wszystko, co ma jakąś finansową wartość albo pozwoli na szybkie pozbycie się problemu. Bo ogień rozprzestrzenia się błyskawicznie, pochłania wszystko w mgnieniu oka. Był dom i nie ma domu. Dlatego niemal zawsze, kiedy ktoś chce popełnić przestępstwo ubezpieczeniowe na dużą skalę, rozważa użycie ognia. Jednak większość osób cofa się, rezygnuje. Bo ogień to żywioł nieokiełzany, trudno go kontrolować. Tak samo jak skutki jego działania, które mogą być wielkie i bardzo tragiczne. Takie, których sprawcy nie chcą i nie oczekują. Kiedy ludzie zdają sobie z tego sprawę, sięgają po inne sposoby. Bardziej wyrafinowane, przynoszące równie wysokie zyski, ale mniej niebezpieczne dla otoczenia.

Eksperci twierdzą, że ogień to domena mniej inteligentnych, za to najbrutalniejszych przestępców. Dla których czyjaś śmierć czy kalectwo nie mają wielkiego znaczenia. Liczy się prostota - polejemy benzyną, przetniemy przewody instalacji elektrycznej, podłożymy świeczkę - i mamy szybki efekt.

No fakt, tuzy intelektu to z nich, tych podpalaczy, zwykle nie są. Nawet jeśli im się wydaje, że są sprytni.

Są też tacy, którzy podpalają, bo chcą, sprawia im to frajdę, albo muszą, bo są piromanami. Sprawcy często zresztą mają bardziej skomplikowane, piętrowe motywacje: do chęci wzbogacenia się dołącza żądza zemsty. Tak było w Kiełpinie na początku tego roku, gdy człowiek zwolniony z pracy w zakładzie stolarskim podpalił byłe miejsce pracy. Stu strażaków gasiło pożar, straty przekroczyły milion złotych. Albo, jak wierzyć doniesieniom medialnym, mam tutaj na myśli także to podpalenie jastrzębskie - do motywów materialnych dołączyła chęć pozbycia się kłopotu w postaci osób, które przeszkadzają na nowej drodze życia. Ludzie podżegając pożar, chcą często także pozbyć się dowodów swoich innych przestępstw. Od zwłok poczynając, na kompromitującej dokumentacji kończąc.

Interesujące jest także to, w jaki sposób potem tłumaczą się ze swoich czynów. Taki przykład: pewien przedsiębiorca miał kłopot z kontrolą skarbową i chciał się pozbyć niewygodnych rachunków. W swojej kalkulacji uwzględnił, że jeśli jego dom, w którym miał także biuro, spłonie, to on i jego rodzina nie będą mieli gdzie mieszkać. Więc wykupił polisę na wypadek pożaru. I w swojej świadomości, najgłębszym przekonaniu, nie popełnił przestępstwa ubezpieczeniowego, bo jemu przecież chodziło tylko o to, aby spalić papiery, nie o mury. Był zapobiegliwy, chciał odbudować dom. Tak mu wyszło z chłodnej kalkulacji. Z kolei prawdą jest, że najbardziej niebezpieczne są osoby, które oprócz żądzy zysku kierują się emocjami. Nienawiść, miłość, wściekłość. To są uczucia, które powodują, że rozumienie skutków czynów się w ich rachunkach zawęża. Przestają przewidywać. A skutki zawsze są tragiczne.

Kiedy sprawdzałam statystyki podpaleń, jedna rzecz mnie uderzyła: maleje liczba takich czynów, w każdym razie tych wykrytych, jednak liczba ofiar śmiertelnych utrzymuje się na podobnym poziomie.

Może dlatego, że wiele takich podpaleń dotyczy tzw. substancji mieszkalnej, czyli mieszkań, w których przebywa z sobą wiele osób?

Też o tym myślałam, ale proszę wziąć pod uwagę, że jesteśmy w 2014 r. i w mieszkaniach znacznie się przerzedziło. Polacy wybudowali mnóstwo domów jednorodzinnych, wzięli kredyty na TBS-y i mieszkają całkiem inaczej niż przed ćwierćwieczem, kiedy własne M2 było marzeniem ściętej głowy.

Tutaj trzeba by było sprawdzić, ile takich czynów jest związanych z willami kupionymi na kredyt, a ile ze skromnymi mieszkankami. Z moich doświadczeń wynika, że częściej podpalane są te biedne mieszkania, czasem rudery. Niewiarygodne? Powiem pani tak: nie ma gotówki, po którą ktoś nie zechciałby się schylić. Dla jednej osoby 100 tys. zł to kwota, którą jeśli ma na koncie, to się zastanowi, jaki wziąć kredyt, żeby kupić sobie dobry samochód. A dla drugiej to niewyobrażalne bogactwo, warte każdego, nawet najbardziej podłego czynu. Taki człowiek wyobraża sobie, że kiedy zdobędzie już taką gotówkę, będzie żył długo i szczęśliwie. Wybuduje sobie dom na Hawajach, a z odsetek wypłacanych z nadwyżki będzie prowadził miłe życie. Taki osobnik nie ma wystarczającej świadomości ani wiedzy, żeby pojąć, iż dom czy mieszkanie spalone już jest całkiem inaczej wyceniane niż to, którego wartość była liczona w jego okresie świetności. I odszkodowanie, jakie nawet uda się za nie wziąć, będzie dużo mniejsze niż kwota, którą spodziewa się dostać. Czasem nawet nie wystarczy tych pieniędzy na odbudowanie tego, co było. A o Hawajach nie ma mowy.

Według ekspertów połowa wszystkich pożarów to tzw. przestępstwa pożarnicze. Jednak takie duże - że wspomnę choćby o Wólce Kosowskiej, gdzie spaliło się tzw. chińskie centrum - zdarzają się rzadko. Na co dzień płonie drobnica.

Najczęściej płoną samochody, opuszczone magazyny, pola, a raczej to, co na nich rośnie. Wielkich tragedii, ogromnych pożarów zakładów pracy, jest na szczęście mało. Ale i tak jest przy czym robić.

Wie pan, co mnie uderzyło? Że straż pożarna nie prowadzi śledztw w sprawie podpaleń, choć przecież ona byłaby najbardziej do tego predysponowana. Inaczej niż w USA, u nas takimi sprawami zajmuje się policja i prokuratura. Strażacy mogą tylko gasić. Trochę to dziwne, moim zdaniem.

Jako państwo europejskie taki mamy system: wszystkimi śledztwami zajmują się organy ścigania. Faktycznie - całkiem inaczej wygląda to w USA. Ale tam uprawnienia do prowadzenia postępowań ma z 80 formacji, w tym także strażacy. Bierze się to z uwarunkowań kulturowych, etosu dzielnego szeryfa. I dlatego różne organizacje biorą na siebie zadania, które w innych krajach wypełnia państwo. Który z tych systemów lepiej działa? Nie podejmuję się orzec. Każdy ma swoje zalety i ograniczenia.

Ja w tym przypadku jestem za systemem amerykańskim. Bo kto ma większą wiedzę na temat pożarów niż strażak? Prokurator, który prowadzi setki spraw? Nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego, co mści się na jakości postępowań. Mam przykład z miejscowości Poręba, gdzie spłonął duży magazyn. Po skomplikowanej akcji gaśniczej - wewnątrz wybuchały butle z propanem-butanem - wszczęto śledztwo, które po trzech miesiącach umorzono z powodu braku znamion przestępstwa. Straty obliczono na 3 mln zł, gdyż w środku - jak się okazało - przechowywano automaty do gry, tzw. jednorękich bandytów. I gdyby nie namolność ubezpieczyciela, który sam prowadził śledztwo i powołał swoich biegłych, którzy ustalili, że to było celowe podpalenie, sprawcy byliby bezkarni.

Poruszyła tu pani kilka kwestii, więc po kolei. W naszym systemie policja i prokuratura mają do pomocy biegłych - w tym przypadku pożarników. To zresztą najczęściej strażacy, bo mają największe doświadczenie, a do tego zwykle skończone studia z zakresu chemii. Ale także byli policjanci, zwykle ci, którzy pracowali w laboratoriach kryminalistycznych, także skończyli chemię i wybrali potem w pracy zawodowej specjalizację polegającą na analizie pogorzelisk. Jednak miejsce zdarzenia - czyli np. dom mieszkalny, który się spalił - to szansa na zawodową przygodę dla specjalistów z wielu różnych dziedzin. W zależności od konkretnego przypadku zestaw fachowców będzie inny. W przytoczonym przez panią zdarzeniu ja widziałbym raczej przykład na dobrą współpracę ubezpieczycieli i policji, a nie czyjąś niekompetencję. Zresztą ta współpraca jest w Polsce modelowa - i faktyczna, nie na papierze. Spotykamy się na specjalistycznych seminariach, dzielimy doświadczeniami, jeśli jedna strona wyłapie jakiś nowy sposób działania przestępców, natychmiast informuje o tym drugą stronę. A w wydziałach przestępczości gospodarczej są funkcjonariusze, którzy się specjalizują właśnie w sprawach ubezpieczeniowych. Świat mógłby się tego współdziałania od nas uczyć.

To mamy powód do zadowolenia. Ale już fakt, że wykrywalność sprawców podpaleń nie przekracza 40 proc., to już trochę gorzej.

To byłby akurat świetny rezultat. Proszę wziąć pod uwagę, że w tej kategorii mieści się wiele spraw - choćby wypalanie traw na wiosnę.

Czytałam gdzieś, że ogień przemawia do specjalistów swoim własnym językiem. W pogorzelisku laik będzie widział jeden wielki bałagan - wszystko spalone, okopcone, i tyle. Co zobaczy specjalista?

Będzie czytał ślady, jakie ogień dla niego zostawił. Na początek zajmie się ustaleniem miejsc, gdzie płomień się pojawił - tam raczej nie będzie dużych zadymień ścian, w oczy będą się rzucać czyste, jaskrawe kolory. Bo dym idzie przed ogniem. Tam, gdzie się pożar zaczął, będą też zwykle najgłębsze wypalenia materiałów trudnopalnych - bo podlegały temperaturze najdłużej. Kiedy już mamy miejsce, można przystąpić do odczytywania przyczyn, dla których pożar wybuchł. Zwraca się uwagę na szczegóły - czy coś zostało zwęglone, czy stopione, jaką ma kolorystykę (mogło dojść do reakcji chemicznej, jeśli zostały użyte do podpalenia ciecze łatwopalne). Okopcenia - ich układ - powiedzą nam wiele o kierunku rozprzestrzeniania się ognia. Inne ślady powiedzą nam, czy coś wcześniej nie stało w pomieszczeniach, a zostało wyniesione przed pożarem (który był w rzeczywistości próbą ukrycia kradzieży). Inna rzecz, że praca na miejscu pożaru przypomina trochę robotę archeologa - trzeba przedzierać się przez warstwy. Na przykład kiedy spali się dom, na wierzchu leżą te elementy, które spaliły się najpóźniej - a więc konstrukcyjne, najbardziej odporne. Na dnie będą rzeczy, które zajęły się na początku. Trzeba zabezpieczyć próbki do zbadania w laboratorium, ale na pierwszym etapie kluczowe jest używanie głowy: np. dlaczego pożar zmienił kierunek? Może ktoś w tym czasie otworzył drzwi? Ale to są już sprawy techniczne, pewnie mało interesujące dla osób postronnych.

Przeciwnie, to jest fascynujące. A jaki materiał dla seriali sensacyjnych - nie tylko zbrodnia, ale i ogień. Wie pan, że jest mnóstwo gier komputerowych, gdzie trzeba podpalać?

Jakoś mnie to nie dziwi, ale jeśli chciała pani spytać, czy spotkałem się już z przeniesieniem scenariusza z gry do rzeczywistości, odpowiedź brzmi: nie. Niemniej jestem pewien, że tak się kiedyś stanie.

A zauważył pan prawidłowość, że im gorsza sytuacja gospodarcza, tym częściej wybuchają pożary? Ich liczba gwałtownie wzrosła w latach 2002-2003, potem w 2009 r. Ale ciekawa jest jeszcze jedna zależność - liczba pożarów na 100 tys. mieszkańców. Że w woj. mazowieckiem ten współczynnik jest wysoki, to ja się nie dziwię - dużo firm, przedsiębiorczy ludzie, to palą. Ale dlaczego łódzkie jest na końcu tabeli, z najniższym współczynnikiem w kraju? Różnice kulturowe?

Oj, na to pytanie ja już pani nie odpowiem. Potrzeba by było innego fachowca. A o Łodzi to już całe książki napisali. W jednej z nich, bodaj najsławniejszej, pożar w zasadzie nie gasł.

@RY1@i02/2014/066/i02.2014.066.000000400.804.jpg@RY2@

Thinkstock

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.