Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Bezpieczeństwo

Zbroić trzeba się z głową

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Gdy nad Europą zawisła groźba wojny, II RP zwiększyła wydatki na armię do niemal 40 proc. rocznego budżetu. Cóż z tego, skoro bardzo źle wydano te pieniądze

Wydaje się wyjątkowo mało prawdopodobne, że aneksja Krymu zaspokoi na dłużej imperialne ambicje Rosji. Rosnący w Warszawie niepokój jest więc całkowicie uzasadniony. Zwłaszcza jeśli założyć, iż polskie siły zbrojne musiałyby samotnie bronić kraju. Były wiceminister obrony narodowej gen. Waldemar Skrzypczak ocenił, że Rosjanom marsz na Warszawę zająłby 3-4 dni. Ta diagnoza może być nawet zbyt optymistyczna.

Wprawdzie polskiego nieba strzeże 48 myśliwców F-16 i 30 zmodernizowanych MiG-29, ale nie istnieje całościowy system obrony przeciwlotniczej. Wojska pancerne wzmocniono dzięki zakupowi ponad 200 niemieckich czołgów Leopard 2, ale stacjonują one pod zachodnią granicą. Po uzawodowieniu nasza armia liczy ponad 100 tys. żołnierzy, ale sami wojskowi przyznają, iż do działań bojowych nadaje się jakieś 16 tys. Za to mamy w służbie czynnej ponad setkę generałów, tylko dwa razy mniej niż armia chińska, trzymająca pod bronią 2 mln ludzi.

W takiej sytuacji przebudowa sił zbrojnych i zwiększenie wydatków na ich wyposażenie wydają się rzeczą nieuchronną. Agresywna polityka Rosji sprawiła, że wokół tej kwestii może na dłużej zapanować w Polsce polityczny konsensus. Niesie to jednak z sobą spore niebezpieczeństwo: w wydatkach na zbrojenia łatwo topić ogromne kwoty, nie zwiększając przy tym potencjału obronnego. Takiej sztuki już raz u nas dokonano. W połowie lat 30. przeczuwano, że konflikt zbrojny w Europie będzie nieuchronny i na przygotowania do niego wydano największe z możliwych sum. Na koniec polska armia okazała się nie być gotowa na żadną wojnę.

Kupować czy produkować

Afera z budową fabryki amunicji w Starachowicach stanowiła dla ludzi odpowiedzialnych za uzbrojenie polskiego wojska bardzo bolesną nauczkę. W styczniu 1920 r. Główny Urząd Zaopatrzenia Armii podpisał niezwykłą umowę z Towarzystwem Starachowickich Zakładów Górniczych. Spółka, niemająca nic wspólnego z przemysłem zbrojeniowym, otrzymała zamówienie na wyprodukowanie 250 tys. pocisków artyleryjskich i 30 mln nabojów karabinowych. Najpierw jednak musiała zbudować fabrykę amunicji. I zrobić to w 13 miesięcy.

TSZG na gwałt zaczęło poszukiwania zagranicznego inwestora. Z racji posiadanego zamówienia udało się zainteresować współpracą francuski koncern zbrojeniowy Schneider et Cie oraz angielskiego Vickersa Ltd. Oba zgodziły się na kooperację pod warunkiem przedłużenia terminu uruchomienia wytwórni amunicji do 21 miesięcy. Ponadto domagały się dodatkowego kontraktu na zbudowanie fabryki produkującej karabiny i działa oraz monopolu na dostawy uzbrojenia dla polskiej armii. Ministerstwo Spraw Wojskowych potrzebowało rodzimej wytwórni amunicji, przyjęło więc ustalenia niekorzystne dla Polski. Tymczasem, o ile zarząd Zakładów Starachowickich starał się o terminowe wykonanie prac budowlanych, obaj zagraniczni kontrahenci zwlekali z dostawami maszyn i udostępnieniem licencji. "W ciągu dwóch lat firma Schneider et Cie zdążyła jedynie wyremontować wielki piec, jej pomoc finansowa sprowadzała się do zakupu pewnej liczby akcji Starachowic i spekulowania nimi na giełdzie paryskiej" - pisze Jerzy Gołębiowski w monografii pt. "Przemysł wojenny w Polsce 1918-1939".

W międzyczasie Francuzi kupili spory pakiet udziałów w czeskim koncernie Skoda, po czym usiłowali wymusić na polskim Ministerstwie Spraw Wojskowych zawarcie kontraktu na dostawy sprzętu artyleryjskiego z fabryki w Pilznie. Nie zważając na to, iż Czechosłowacja, po zaanektowaniu Śląska Cieszyńskiego, pozostawała dla Polski krajem wrogim. Te starania uciął nowy minister spraw wojskowych Kazimierz Sosnkowski. Generał, choć miał dopiero 35 lat, okazał się twardym graczem. Na jego polecenie w podróż do Paryża i Londynu udał się inżynier Józef Krzyżanowski. Przeprowadził on rozmowy z przedstawicielami obu zachodnich koncernów, a to, co przesłał do Warszawy, zabrzmiało jak dzwonek alarmowy. Zdaniem Krzyżanowskiego zagraniczne firmy wcale nie chciały budować w Polsce zakładów zbrojeniowych. Co więcej - celowo sabotowały ich powstanie. Natomiast bardzo starały się zachować pozycję głównego dostawcy uzbrojenia dla II RP, oczywiście produkowanego w ich własnych fabrykach.

Od tego momentu gen. Sosnkowski zaczął forsować program budowy przez państwo rodzimych wytwórni uzbrojenia. Za ich powstanie i późniejszą działalność odpowiadał utworzony w kwietniu 1922 r. Centralny Zarząd Wytwórni Wojskowych (CZWW), w którym dyrektorem generalnym został inżynier Krzyżanowski. Na przeprowadzenie zaplanowanych inwestycji zaciągnięto od Francji kredyt w wysokości 400 mln franków.

Francuskie numerki

Dopóki ministrem spraw wojskowych był Sosnkowski, współpraca z Francją nie odbijała się państwu polskiemu bolesną czkawką. Ale zmiana układu sił politycznych spowodowała, iż odszedł z urzędu w 1923 r. Jego następcy nie dorównywali mu kompetencjami, zaś gdy na początku 1924 r. ministrem został znany frankofil gen. Władysław Sikorski, nastąpił wysyp niezwykłych wydarzeń.

W departamencie żeglugi powietrznej kierujący nim płk Włodzimierz Zagórski wspierał rozwój spółki Francusko-Polskie Zakłady Samochodowe i Lotnicze "Frankopol". Według kontraktu budowały one zakłady lotnicze mające w ciągu dekady dostarczyć Polsce 2,6 tys. samolotów i ponad 5 tys. silników lotniczych. Firma wzięła dwie ogromne zaliczki na sumy ówczesnych: 200 tys. dolarów i 700 tys. zł, by potem zbudować... dwa baraki. Pieniądze wypłacone z budżetu państwa rozpłynęły się w powietrzu. Niezrażony tym departament żeglugi powietrznej zupełnie nie egzekwował ustaleń zawartych w kontrakcie, za to zamówił od francuskich koncernów lotniczych: Bleriot, Breguet, Morane-Saulnier prawie 700 przestarzałych samolotów po zawyżonych cenach. Tym razem Polska dała się nabrać na ten sam numer, jaki zastosowano już w przypadku fabryki amunicji w Starachowicach.

Afera z "Frankopolem" nie była jedyna. Autorem równie głośnej stał się inny protegowany Sikorskiego, młody gen. Michał Żymierski. Zaraz po tym, jak awansował na zastępcą szefa administracji armii do spraw uzbrojenia, zajął się doposażeniem sił zbrojnych w sprzęt chroniący przed atakiem gazowym. Dziwnym trafem w tym samym czasie, czyli we wrześniu 1924 r., powstała w Radomiu spółka Protekta z udziałem kapitału francuskiego produkująca maski przeciwgazowe. Prezesem jej rady nadzorczej został poseł Karol Popiel, prywatnie zaprzyjaźniony z Sikorskim. Protekta oczywiście stanęła do wojskowego przetargu. "Wpłynęły oferty na cenę od 3 do 38 zł za maskę. Rozstrzygający o przyjęciu oferty zastrzegał sobie, że decydującą będzie nie tylko najniższa cena, lecz także solidność wykonania towaru. Żymierski przyjął ofertę po 41 zł za maskę, której jakość istotnie była bardzo dobra" - zapisał w pamiętniku pracujący w biurze szefa administracji armii mjr Kazimierz Duch. Tych zaprezentowanych na przetargu przez Protektę zapewne tak, ale kiedy rok później okresową ocenę sprzętu przeprowadzał płk Alojzy Gluth z Korpusu Kontrolerów, okazało się, że 42 proc. nowych masek przeciwgazowych z Radomia nie nadaje się do użycia. Na ich zakup wydano 2 mln zł.

Wielkie malwersacje przy kontraktach zbrojeniowych nagłośniono dopiero po przewrocie majowym. Józef Piłsudski i jego ludzie skrzętnie wykorzystali nieuczciwość wrogów politycznych, by ich skompromitować. Zagórski i Żymierski trafili za kratki, Sikorski przezornie wyjechał do Francji. Wprawdzie potem Zagórski zniknął w tajemniczych okolicznościach, a Żymierski uparcie twierdził, że jest uczciwym człowiekiem. Co akurat nie przeszkodziło mu w podjęciu współpracy z sowieckim wywiadem wojskowym (po wojnie dzięki niej awansował na marszałka Polski Ludowej).

Wprowadzający własne porządki w sektorze zbrojeniowym piłsudczycy wrócili do koncepcji Sosnkowskiego. Ograniczono współpracę z Francją i wznowiono rozbudowę własnego potencjału przemysłowego. Jednocześnie rozporządzeniem prezydenta RP z 17 marca 1927 r. nastąpiło wydzielenie państwowych przedsiębiorstw przemysłu zbrojeniowego i ich komercjalizacja. Odtąd miały one zarabiać na utrzymanie za sprawą sprzedaży wyprodukowanego sprzętu. Centralny Zarząd Wytwórni Wojskowych zlikwidowano. Pomysł samofinansowania się zbrojeniówki wydawał się znakomity. I faktycznie taki był - dopóki w Europie panował pokój.

Czym się bronić

Bolesne przebudzenie nastąpiło 7 marca 1936 r. Tego ranka dziewiętnaście batalionów Wehrmachtu przekroczyło granice Nadrenii, łamiąc ustalenia traktatu wersalskiego: w strefie zdemilitaryzowanej znalazły się niemieckie wojska. Francja mogła wówczas uderzyć i w kilka dni odebrać Adolfowi Hitlerowi władzę w III Rzeszy. Ale Paryż nie miał na to dość odwagi. Uświadomienie sobie tego wprawiło polskich polityków w stan najwyższego zaniepokojenia. Niemcy były gospodarczym kolosem i wystawienie potężnej armii w krótkim czasie nie stanowiło dla tego państwa poważnego problemu. Wprawdzie podpisano z Berlinem pakt o nieagresji, ale wiedziano, że w Niemczech nikt nie przebolał utraty części Górnego Śląska i Pomorza Gdańskiego.

Dlatego 1 kwietnia 1936 r. prezydent Ignacy Mościcki zwołał naradę na Zamku Królewskim. Przybyli na nią generalny inspektor sił zbrojnych Edward Rydz-Śmigły, premier Marian Zyndram-Kościałkowski, minister spraw zagranicznych Józef Beck oraz ministrowie: skarbu, przemysłu i handlu. Przeprowadzone podsumowanie stanu przemysłu obronnego nie wypadło za dobrze. Polska posiadała 15 fabryk państwowych oraz 38 fabryk i warsztatów podległych bezpośrednio armii, z branżą zbrojeniową kooperowało 207 firm prywatnych, łącznie pracowało w nich 32 tys. robotników. Według przyjętych dekadę wcześniej założeń, po wybuchu wojny istniejące fabryki powinny całkowicie zaspokajać potrzeby armii. Tymczasem okazywało się, że potrafią tego dokonać w 50 proc. w przypadku broni strzeleckiej i zaledwie 18 proc., jeśli chodziło o artylerię. Na spotkaniu u prezydenta zapadła decyzja o rozpoczęciu intensywnej rozbudowy przemysłu obronnego i modernizacji armii. Aby pozyskać na to dodatkowe środki, dziewięć dni później prezydent wydał dekret powołujący do życia Fundusz Obrony Narodowej. Zadaniem FON stało się gromadzenie pieniędzy pochodzących ze sprzedaży nieruchomości należących do państwa i przeprowadzanie zbiórek wśród ludności. To ostatnie weszło na stałe do codziennego życia, a Polacy bardzo ofiarnie oddawali na dozbrojenia armii nie tylko gotówkę, ale biżuterię i dzieła sztuki.

FON pozyskał łącznie ponad 1 mld złotych (roczne wpływy do polskiego budżetu w tym czasie wynosiły ok. 3 mld zł). Jednocześnie zwiększono wydatki zbrojeniowe, przeznaczając na nie ponad 30 proc. dochodów państwa. O spożytkowaniu tych sum miał decydować utworzony w maju 1936 r. Komitet Obrony Rzeczpospolitej. Na jego czele stanął prezydent Mościcki, a wiceprzewodniczącym został wkrótce awansowany na marszałka Rydz-Śmigły. Komitet wydawał wytyczne dla rządu, aprobował pomysł na rozwój potencjału zbrojeniowego i plany modernizacyjne sił zbrojnych.

Wstępny projekt rozbudowy przemysłu obronnego przygotował gen Sosnkowski. Przewidywał zbudowanie sześciu nowych fabryk, co miało kosztować ok. 260 mln zł. Projekt ten uznano za zbyt skromny i Centralny Okręg Przemysłowy rozpoczęto tworzyć na podstawie planu opracowanego przez ministra skarbu Eugeniusza Kwiatkowskiego. Według jego założeń powstać miało aż 17 wytwórni sprzętu militarnego oraz hut. Aby tereny COP, obszar województw kieleckiego i lubelskiego, przyciągnęły jak najwięcej kapitału prywatnego, zniesiono obowiązek płacenia podatków przez prywatnych inwestorów. Dzięki poparciu wojska otrzymywali oni łatwiej kredyty bankowe, gwarantowano im też kontrakty, nim jeszcze postawili swe zakłady. Nic dziwnego, że w takich warunkach nowe fabryki powstawały w błyskawicznym tempie. Wyposażono je w najnowocześniejsze urządzenia. Łącznie w cztery lata, do 1939 r., Polska wydała na sprawy związane z obronnością 4 mld zł. Połowę tej sumy zainwestowano w COP. Gdyby takie same proporcje zastosować współcześnie, oznaczałoby wydanie przez Polskę w trakcie czteroletniego planu rozbudowy armii ok. 400 mld zł. Podjęty przez II Rzeczpospolitą wysiłek finansowy był więc ogromny, ale przyniósł bardzo mizerne rezultaty.

Błąd za błędem

COP zlokalizowano tak, by nie mogły go zbombardować samoloty niemieckie ani sowieckie. Fabryki stawiano na terenach, gdzie nie istniała infrastruktura, co bardzo podnosiło koszty inwestycji. Z tego powodu ubyło środków na zamawianie nowego sprzętu wojskowego w istniejących już wytwórniach. Miało się to zmienić pod koniec 1940 r. po zakończeniu głównych inwestycji. Optymistycznie zakładano, że Hitler i Stalin poczekają z wojną do tego czasu. Brak środków spowodował, że zaniechano cyklicznej modernizacji lotnictwa i polscy piloci musieli latać na wysłużonych myśliwcach PZL P.11. Wprawdzie Polskie Zakłady Lotnicze produkowały dużo lepsze myśliwce P.24, ale dekret komercjalizacyjny wymuszał samofinansowanie się, więc je eksportowały. We wspomnieniach "Dwie wojny" gen. Józef Zając opisał przechadzkę z dowódcą polskiego lotnictwa gen. Ludomiłem Rayskim wiosną 1939 r. po Okęciu. Generał Zając w pewnym momencie zobaczył stojące w szeregu, koło magazynów PZL, pomalowane na czerwono, nowiutkie P.24. "Uświadomiłem sobie wówczas, że samoloty te przewyższały niemal o 50 km/h nasze P.11. Już wtedy rzuciło mi się w oczy, że lepsze płatowce mamy wywozić z kraju, a sami mamy gorsze" - zapisał. Zapytany o to gen. Rayski odpowiedział, iż samoloty kupiła Turcja. "Wytwórnie nie mają zamówień krajowych, muszą przyjmować i wykonywać zamówienia obce" - skonstatował Rayski. Potem we wrześniu polskiego nieba broniło 200 sztuk stareńkich P.7 oraz P.11. Ponad 300 egzemplarzy P.24 służyło w lotnictwach innych państw, także sojuszniczych III Rzeszy, jak np. Rumunia.

Lista grzechów popełnionych przy modernizowaniu obrony powietrznej kraju wcale na tym się nie skończyła. Choć brakowało pieniędzy na myśliwce, spore środki zainwestowano w projekt stworzenia nowoczesnego bombowca PZL.37 Łoś. Powstała znakomita maszyna, z której powodu dumę czuła cała Polska. Ale podczas wojny obronnej łosie zupełnie się nie przydały. Pozbawione osłony polskich myśliwców, łatwo padały łupem niemieckich myśliwców. W kilka dni zostało zestrzelonych ponad 50 proc. łosi, resztę ewakuowano do Rumunii.

Trzeba oddać Ministerstwu Spraw Wojskowych, iż starało się, aby Rzeczpospolita posiadała nowoczesne samoloty myśliwskie. Równocześnie trwały prace aż nad trzema projektami: PZL.38 Wilk, PZL.45 Sokół i PZL.50 Jastrząb. W efekcie rozproszenia wysiłków przez pięć lat nie ukończono żadnego. Wszystkie prototypy miały gorsze osiągi od myśliwca P.24. A to dlatego, że jak po niewczasie skonstatowano, w Polsce brakowało wytwórni potrafiącej wyprodukować odpowiednio mocne silniki lotnicze dla cięższych maszyn. Zaczęto ją budować dopiero pod koniec lat 30.

W kwestii nowoczesnej artylerii przeciwlotniczej urzędnicy z Ministerstwa Spraw Wojskowych radzili sobie z podobnymi sukcesami. Zakłady w Starachowicach opracowały udaną konstrukcję działa przeciwlotniczego kaliber 75 mm, ale aż przez cztery lata nie otrzymywały na niego zamówienia, bo ministerstwo koniecznie chciało kupić licencję na podobną konstrukcję we Francji. Dopiero po fiasku rozmów z Paryżem podjęto jego produkcję. Zdążono zbudować 52 sztuki. Spółka Akcyjna H. Cegielski w swej fabryce w Rzeszowie od maja 1938 r. produkowała na licencji szwedzkiego Boforsa znakomite działka przeciwlotnicze kaliber 40 mm. Zgodnie z dekretem o komercjalizacji prawie 250 egzemplarzy sprzedano Wielkiej Brytanii i Holandii. W Polsce pozostało niewiele ponad 100 sztuk rodzimej produkcji plus 200 zakupionych wcześniej w Szwecji.

Podobnie rzecz się miała ze świetnymi armatkami przeciwpancernymi kal. 37 mm, wytwarzanymi przez SMPzA Pruszków. Do Wielkiej Brytanii sprzedano 250 sztuk, podobną liczbę do Rumunii. Polską armię wyposażono w ok. 1,2 tys. egzemplarzy, co okazało się liczbą zdecydowanie zbyt małą. "Sprzedawaliśmy jeszcze dla powiększenia niby naszego zasobu złota produkowane u nas doskonałe - podobno, armaty przeciwtankowe. Nieustannie męczyło mnie pytanie: »Głupota czy zdrada?«" - zapisał w pamiętniku ekonomista Stanisław Grabski.

Kwestia produkcji działek przeciwpancernych uderzyła rykoszetem w program rozwoju broni pancernej. Państwowe Zakłady Inżynierii zaprojektowały udany czołg 7TP. Dużo lepszy od będących wówczas podstawowymi czołgami w Wehrmachcie PzKpfw I oraz PzKpfw II. Jednak wojsko zdecydowało się ograniczyć zamówienia, ponieważ w ministerstwie uznano, iż lepiej posiadane środki zainwestować w rozbudowę fabryki produkującej armatki przeciwpancerne (te sprzedawane potem Brytyjczykom). W efekcie PZI musiały zredukować liczbę budowanych maszyn do 130 sztuk.

Gdy nadeszła wojna, okazało się, że Polska posiada nowoczesne zakłady zbrojeniowe, lecz nie wykorzystujące mocy produkcyjnych. Zaś znakomite uzbrojenie przez nie wytwarzane w dużej mierze poszło na eksport. Co gorsza, niemieckie samoloty z łatwością mogły bombardować obszar COP, bo obrona przeciwlotnicza nie istniała. Podobnie jak równie konieczna na nowoczesnym polu walki broń pancerna. Polscy żołnierze musieli się więc bić, wyposażeni w przestarzały sprzęt. Pieniądze potrzebne, aby wymienić go na nowy, zainwestowano gdzie indziej.

@RY1@i02/2014/056/i02.2014.056.000001800.803.jpg@RY2@

Narodowe Archiwum Cyfrowe

Dopóki ministrem spraw wojskowych był gen. Kazimierz Sosnkowski, współpraca z Francją nie odbijała się państwu polskiemu bolesną czkawką. Ale zmiana układu sił politycznych spowodowała, że odszedł z urzędu w 1923 r. Jego następcy nie dorównywali mu kompetencjami, gdy zaś na początku 1924 r. ministrem został znany frankofil gen. Władysław Sikorski, nastąpił wysyp niezwykłych wydarzeń

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.