Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Kraj

MAK kontra komisja Millera

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Załoga Tu-154M chciała wylądować i ignorowała zagrożenia, a dowódca sił powietrznych wywierał na nią bezpośrednią presję. Za to kontrolerzy lotniska nie popełnili żadnych błędów, które mogły mieć wpływ na katastrofę - podtrzymuje MAK.

Wczoraj rosyjska komisja odpowiedziała na raport Jerzego Millera. - Nie usłyszeliśmy nic nowego - kwituje szef MSWiA. Ale deklaruje, że chce się spotkać z Rosjanami.

Za bezpośrednią przyczynę wypadku oba raporty uznają zejście poniżej minimalnej wysokości przy nadmiernej prędkości opadania, w warunkach atmosferycznych, które uniemożliwiały wzrokowy kontakt z ziemią. Załoga za późno zaczęła odejście na drugi krąg. Jednak w kilku punktach raporty w sprawie katastrofy różnią się zasadniczo. Przede wszystkim inaczej interpretują zamiary załogi.

Rosyjski MAK podtrzymuje, że załoga za wszelką cenę chciała lądować. - Nie odeszli na II krąg, bo chcieli wylądować. Mówili o tej wysokości (100 metrów - red.), a nic nie zrobili, nie odeszli - mówił jeden z rosyjskich ekspertów. Członkowie komisji Millera są jednak pewni, że było inaczej. - Padła komenda pierwszego pilota: odchodzimy, drugi pilot ją powtórzył. W lotnictwie nie ma tak, że w takiej sytuacji nic się nie dzieje - odpiera zarzuty Rosjan dr inż. Maciej Lasek.

Z raportu Millera wynika, że załoga chciała wykonać próbne podejście do wysokości 100 metrów nad ziemią. Jak mówił szef MSWiA, załoga "podejmowała właściwe decyzje, tylko nie potrafiła ich zrealizować". Co innego twierdzą Rosjanie. - Podejmowała niewłaściwe decyzje i dlatego niewłaściwie je wykonywała - ripostował wczoraj Aleksiej Morozow, przewodniczący komisji technicznej MAK.

Zdaniem MAK wpływ na determinację załogi, aby wylądować, miał gen. Andrzej Błasik, dowódca sił powietrznych. Z raportu Millera wynika, że presja ta była pośrednia i nie miała wpływu na katastrofę. - Należy nazywać rzeczy po imieniu. To była presja bezpośrednia, bo jak inaczej nazywać sytuację, w której stoi nad głową pilota jego przełożony? - pytał Morozow. Według MAK obecność Błasika w kabinie doprowadziła do tego, że "ani dowódca, ani drugi pilot nie byli w stanie podjąć samodzielnej decyzji o rezygnacji z lądowania".

Za to MAK nie widzi żadnej winy po stronie kontrolerów na lotnisku w Smoleńsku. Raport Millera stwierdził, że okolicznością sprzyjającą katastrofie były błędne informacje podawane z wieży, które utwierdzały pilotów w przekonaniu, że są na właściwym kursie. Według MAK nie ma do tego podstaw, a kontrolerzy byli dobrze wyszkoleni.

Rosyjscy eksperci odpierali także zarzuty dotyczące stanu lotniska i zapewniali, że oprzyrządowanie i infrastruktura były sprawne. - Lotnisko było otwarte i działające, a nie "czasowo otwarte", jak zapisano w polskim raporcie - mówił Morozow. Podkreślał też, że różnice w interpretacjach biorą się z niechęci uznania przez stronę polską lotu do Smoleńska za międzynarodowy nieregularny (strona polska określa status lotu jako wojskowy). Morozow zarzucił części polskich ekspertów brak obiektywizmu.

Strona polska chce rozmawiać z rosyjskimi ekspertami. - Pracowaliśmy sześć miesięcy dłużej i odczytaliśmy więcej. Jesteśmy gotowi podzielić się ustaleniami - mówi jej wiceszef płk Mirosław Grochowski.

Agiel

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.