Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo pracy

Obecny potworek prawny będzie obowiązywać bardzo długo

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

HENRYKA BOCHNIARZ Kodeks pracy mógłby zawierać maksymalnie 10 zasad wiary, bardzo ogólnych, dotyczących tego co wolno, a czego absolutnie nie wolno robić. Całą resztę należy zostawić pracodawcom i pracownikom

Kilka miesięcy temu poseł Łukasz Gibała apelował do przedsiębiorców, żeby się wreszcie sprężyli i "usunęli socjalizm z kodeksu pracy". Co pani na to?

Całym sercem jestem "za", bo nie przystaje on do realiów, w których żyjemy. Kodeks stworzono w zupełnie innym systemie politycznym, ekonomicznym i społecznym. Kiedy go uchwalano w 1974 roku, nikomu nie przyszło do głowy niepokoić się tym, że rozbudowane przywileje pracownicze będą w przyszłości hamować rozwój przedsiębiorczości. Zdecydowana większość Polaków pracowała wtedy w państwowych zakładach. Tymczasem dzisiaj prawie 50 proc. polskiego PKB generują firmy średnie i małe, zatrudniające od kilku do kilkunastu pracowników. Stanowią one ponad 99 proc. wszystkich przedsiębiorstw, a w kodeksie wciąż obowiązują relikty poprzedniej epoki. Im sztywniejsze są rozwiązania proponowane w prawie pracy, tym trudniejsze jest zatrudnianie i tworzenie miejsc pracy.

W III RP tę ustawę nowelizowano już kilkadziesiąt razy! Kilkadziesiąt razy mieliście okazję, żeby ze schedą socjalizmu raz na zawsze zerwać.

Ale nie zerwano. Pracodawca nadal nie ma prawa wyboru takiej formy zatrudnienia, która pozwala swobodnie rozstać się z pracownikiem, nie ryzykując sporu sądowego. Nadal nie może wypowiedzieć umowy o pracę podwładnemu, któremu brakuje mniej niż cztery lata do emerytury. Nadal musi honorować ciągnące się tygodniami zwolnienia lekarskie pracownika... W ponad 300 artykułach kodeksu takich zapisów jest cała masa. Ta ustawa usiłuje wejść w każdą, dosłownie każdą sferę stosunków między pracodawcą a pracownikiem. Im bardziej szczegółowo, tym lepiej, oczywiście dla związków zawodowych.

Ich przedstawiciele twierdzą, że gdyby nie pilnowali tych "szczegółów", wy, przedsiębiorcy, pod płaszczykiem walki z mitycznym "socjalizmem, wprowadzalibyście do kodeksu kolejne bezduszne rozwiązania. Aż w końcu zostanie tylko kapitalizm. Ale nie ten, jaki mają Niemcy, Austriacy, Duńczycy, tylko ten XIX-wieczny, dziki, oparty na przymusie i wyzysku.

Demagogia i nic poza tym. Porównywanie Polski do Niemiec, Austrii czy Danii w tym przypadku nie ma żadnego sensu. Nasz kapitalizm ma dopiero 25 lat. Ledwo skończył szkołę podstawową. Ciągle się uczy, ale sporo już pojął. Choćby to, że ci, którzy są pazerni i chodzą na skróty, nagminnie łamiąc prawo, długo się na rynku nie utrzymają. Dziś każdy poważny przedsiębiorca wie, że aby zbudować silną i stabilną firmę, trzeba dbać o pracowników, bo bez ich zaangażowania nie odniesie się sukcesu. Przykładów takiej dobrej współpracy pomiędzy pracodawcą a pracownikami mamy w Polsce coraz więcej - Pesa, Stocznia Remontowa w Gdańsku, Dr Irena Eris. Warto także zwrócić uwagę na to, co dzieje się obecnie w krajach europejskich. Niemcy dokonały zmian w swoim prawie pracy kilka lat temu, Hiszpanie rok temu. Przymierzają się do tego Francuzi, a zmiany zapowiedział również nowy premier Włoch. Wszystkie propozycje służą zwiększeniu elastyczności na rynku pracy.

Pesa, Stocznia... Wyjątki, które potwierdzają regułę - odpowiedzą pani związkowcy. Z kontroli Państwowej Inspekcji Pracy za rok 2013 wynika, że aż 53 proc. pracodawców dopuszczało się łamania praw pracowniczych.

Nie twierdzę, że w Polsce nie ma zjawiska łamania prawa pracy. Patologie zawsze będą. Trzeba z nimi oczywiście walczyć. Po to też są odpowiednie instytucje, aby chronić pracowników przed takimi praktykami. Przy okazji chciałabym jednak zwrócić uwagę na jeden istotny szczegół - 53 proc. pracodawców łamiących prawo odnosi się nie do ogółu przedsiębiorstw, czyli ponad 1,7 mln, ale do 25 tys. skontrolowanych przez PIP. Reszta działała uczciwie. Widzą to także pracownicy. Z badań przeprowadzonych przez Lewiatana wśród pracowników w całej Polsce wynika, że ponad 80 proc. z nich szanuje swojego pracodawcę.

Widocznie ci, którzy harują za 1200 zł na rękę, i to na śmieciówce, bez 8-godzinnego dnia pracy, nie dojrzeli jeszcze do tego, żeby się komukolwiek poskarżyć.

Nie twierdzę, że funkcjonujemy w idealnym świecie. Przypomnę jednak opinię Krzysztofa Rybińskiego, który uważa, że jest niemożliwością, aby jakikolwiek przedsiębiorca w Polsce nie łamał przepisów prawa pracy. Jest ich tyle i są tak skomplikowane, czasem pozbawione sensu, że każdy na pewno je łamie, nawet nieświadomie. Według mnie kodeks pracy mógłby zawierać maksymalnie 10 zasad wiary, bardzo ogólnych, dotyczących tego, co wolno, a czego absolutnie nie wolno. Całą resztę należy zostawić w gestii pracodawców i pracowników konkretnej firmy. Rynek pracy też się bardzo zmienia i w najbliższych latach, ze względu na zachodzące procesy demograficzne, to pracownicy coraz częściej będą decydować o formie zatrudnienia i dyktować warunki.

Pracodawcy zatrudniają na niepełny etat, chociaż ludzie pracują w pełnym wymiarze. Nie wypłacają w terminie pensji za świadczoną pracę. Potwierdzają w umowie, że pracownik zarabia minimalną płacę, choć faktycznie otrzymuje większą kwotę. Nie zgłaszają zleceniobiorców do ubezpieczenia społecznego... Akurat w tych kwestiach przepisy kodeksu pracy nie są ani skomplikowane, ani bez sensu. Wystarczy przeczytać i się zastosować.

Polecam lekturę niedawno opublikowanych badań prof. Juliusza Gardawskiego. Przeprowadził je na reprezentatywnej próbie firm państwowych i sprywatyzowanych. Okazało się, że dla zdecydowanej większości pracowników największymi autorytetami są ich przełożeni. Czyli kto? Krwiopijcy, cwaniacy, złodzieje i oszuści? Wolne żarty! Te badania to jeszcze jeden dowód na to, że opowieści działaczy związkowych o "dzikim polskim kapitalizmie" nie oddają rzeczywistości i są narracją służącą zaistnieniu w mediach. Zamiast się wzajemnie atakować, musimy wreszcie uznać, że praca to nasz wspólny najważniejszy interes. I trzeba zacząć rozmawiać o tym, jak sprawić, żeby i pracodawcom zapewnić możliwość działania, i pracownikom bezpieczeństwo. Wbrew pozorom taka wspólna rozmowa jest możliwa. Kiedyś potrafiliśmy się dogadywać nawet w tak niedoskonałym tworze, jakim była komisja trójstronna. Działo się to jednak w czasach, gdy wicepremierem był Jerzy Hausner, który autentycznie wierzył w ideę dialogu.

Tusk nie wierzy?

Cały rząd ma świadomość znaczenia dialogu, ale w działaniach na jego rzecz brakuje konsekwencji. Często się kończy na deklaracjach, że dialog jest potrzebny. Hausner poświęcał mnóstwo czasu na spotkania osobno ze związkowcami, osobno z przedstawicielami przedsiębiorców. Poznawał nasze racje, wyjaśniał, negocjował. Wiadomo było, że jeśli coś uzgodnimy, rząd na pewno to zrealizuje, bo Hausner będzie walczył do upadłego w dalszych negocjacjach i z ministrem finansów, i z premierem. Pracodawcy i związkowcy mieli do siebie takie zaufanie, że byliśmy w stanie podpisać porozumienie nawet w sprawie 19-procentowego podatku CIT, który okazał się jednym z filarów polskiego sukcesu gospodarczego. Było, minęło. Kiedy w czasach wicepremiera Pawlaka uzgodniliśmy wysokość płacy minimalnej, pan premier na posiedzeniu rządu usłyszał: "Figa z makiem!". A potem było jeszcze gorzej... W takich warunkach nie da się budować autorytetu komisji trójstronnej. A konsekwencja działania i negocjacje to klucz do powodzenia zmian społecznych i gospodarczych.

Czyżby zmierzała pani do tego, że dzisiaj łatwiej dogadać się ze związkami zawodowymi niż z rządem?

Myślę, że skuteczne rozmowy zarówno z rządem, jak i ze związkami zawodowymi, wymagają więcej czasu, energii i sprzyjających okoliczności niż wcześniej. Brakuje nam wspólnej definicji potrzeb. Ale czasami udaje się nam dojść do konsensusu. Dowodem może być porozumienie, które 16 czerwca podpisali przedstawiciele organizacji pracodawców i największe centrale związkowe - OPZZ, NSZZ "Solidarność" i Forum Związków Zawodowych - w sprawie konieczności oskładkowania umów cywilnoprawnych - zlecenia i o dzieło, przy jednoczesnej modyfikacji przepisów prawa zamówień publicznych i wprowadzeniu odpowiedniego vacatio legis. W polskich realiach to ewenement, ale i przedsiębiorcy, i związki zawodowe mają w tym wspólny interes. Bo jeśli Urząd Zamówień Publicznych stosuje kryterium najniższej ceny przy wyborze ofert, jest to jawne - podkreślam: jawne! - nakłanianie firm do tego, żeby chodziły na skróty.

Kiedy pani zdaniem, powstanie nowy kodeks pracy?

Niestety, jeszcze bardzo długo będzie obowiązywał obecny potworek prawny. Z jednej strony ciągle iskrzy między przedsiębiorcami a związkowcami. Z drugiej, do powstania nowoczesnego kodeksu niezbędna jest poważna inicjatywa ze strony rządu, która zmierzałaby do ułożenia na nowo relacji między pracodawcą a pracownikiem. Naszym zdaniem trzeba pozostawić więcej swobody w negocjacjach na poziomie zakładowym w zakresie czasu pracy, warunków zatrudniania i zwalniania pracowników czy kształtowania wynagrodzeń w dostosowaniu do kondycji finansowej firmy. Generalizowanie rozwiązań rodzi wiele problemów w praktyce. Inaczej funkcjonuje wielki pracodawca, a zupełnie inaczej mikroprzedsiębiorstwa, zaś kodeks pracy dotyczy ich w identycznym niemal zakresie, tylko z niewielkimi wyjątkami. To się powinno zmienić. Ale tak wielkich zmian nie da się wprowadzić bez prawdziwego dialogu, w którym wezmą udział na równi trzy strony.

@RY1@i02/2014/122/i02.2014.122.183000500.802.jpg@RY2@

FOT. WOJCIECH GÓRSKI

Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan

Rozmawiała Halina Retkowska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.