Banki nie mogą machnąć ręką na fintech
PSD II to jedna z europejskich regulacji, które mają ułatwić życie konsumentom. Głównym celem nowych przepisów było otwarcie rynku przed firmami technologicznymi i start-upami (czyli fintechami), które tworzą coraz lepsze i łatwiejsze w obsłudze rozwiązania płatnicze, aplikacje do analizy wydatków i systemy oceny zdolności kredytowej. W ciągu kilku miesięcy fintechy potrafią stworzyć rozwiązania, jakich tradycyjne banki nie potrafią zbudować latami - mimo zasobów finansowych, ludzi i zaplecza organizacyjnego brakuje im determinacji, żeby wsłuchiwać się w potrzeby klientów.
Problemem fintechów jest to, że zajmując się sprawami finansowymi swoich klientów, nie mają dostępu do ich rachunków. Pieczę nad tym obszarem sprawują banki - instytucje zaufania publicznego, stojące na straży procedur i bezpieczeństwa depozytów klientów. Ale ta sytuacja wkrótce się zmieni - Komisja Europejska chce, żeby w ciągu najbliższych dwóch lat banki musiały otworzyć przed firmami technologicznymi dostęp do pieniędzy klientów i jednocześnie chce zmusi graczy fintech do przestrzegania podstawowych procedur bezpieczeństwa.
Jak na tę perspektywę reagują banki? Opinie są podzielone. Zespoły operacyjne, szczególnie te działające w obszarze płatności, zdają sobie sprawę, że na horyzoncie widać już falę uderzeniową. Ale specjaliści z innych obszarów rzadko widzą w PSD II duże zagrożenie - tu częściej słychać głosy bagatelizujące sektor fintech i jego siłę oddziaływania na sektor bankowy.
Czy banki rzeczywiście mogą machnąć ręką i zignorować rosnących konkurentów? Wprawdzie daleko nam do wskazywania prostych analogii i twierdzenia, że historia lubi się powtarzać, ale zachęcamy bankowców do tego, żeby spojrzeli na inny sektor i przyjrzeli się zmianom, jakie tam zaszły.
Zaczęło się od podstawowego biznesu telekomów, czyli rozmów telefonicznych. W 2003 r. wywodząca się z Estonii spółka Skype oznajmiła milionom internautów, że wcale nie muszą płacić za rozmowy telefoniczne i nawet z osobami na drugim końcu świata można się kontaktować zupełnie bezpłatnie.
Druga fala uderzyła w segment wiadomości tekstowych. Whatsapp, Viber i inne aplikacje tekstowe przejęły całą komunikację między użytkownikami. Choć liczba przepływających wiadomości skokowo rośnie, udział firm telekomunikacyjnych w tym biznesie jest coraz mniejszy. Przygotowując się na nadchodzące zmiany, Facebook wydzielił swojego Messengera. Kolejnym krokiem jest wypuszczenie desktopowej wersji aplikacji, dzięki czemu serwis ma stać się głównym kanałem komunikacji w godzinach pracy. Dla firm telekomunikacyjnych to oznacza całkowity schyłek "biznesu messagingowego" - eksperci oceniają, że w perspektywie kilku lat SMS-y będą pełniły wyłącznie funkcje techniczne, służące np. autoryzacji transakcji bankowej lub przekazaniu informacji od operatora.
Co ciekawe, przejęcie segmentu wiadomości tekstowych przez WhatsApp wcale nie oznacza, że firma przejęła ekwiwalent jego wartości rynkowej. Wręcz przeciwnie - podobnie jak to było ze Skypem - technologiczne start-upy odebrały tradycyjnym konkurentom ich biznes i cieszyły się z wysokiej dynamiki wzrostu liczby użytkowników, a jednocześnie nie miały pomysłu na to, jak swój sukces skapitalizować. Ich siłą były idące w dziesiątki milionów dolarów kolejne transze finansowania od inwestorów, którzy w zamian przejmowali pakiety akcji firm w nadziei na to, że kiedyś przyniosą im sowity zwrot. WhatsApp wciąż pracuje nad modelem, który pozwoliłby mu zarabiać.
Z monetyzowaniem swojego biznesu lepiej poradziły sobie firmy, które postawiły na segment wideo. Netflix swój sukces zbudował głównie na własnych, ciekawych produkcjach jak "House of Cards", przez użytkowników oceniany lepiej niż kultowi "Przyjaciele". Dzisiaj w USA w godzinach wieczornych, na które przypada szczyt oglądalności filmów, 40 proc. przepustowości łączy internetowych jest zajmowane przez użytkowników Netfliksu. Dzięki temu, że każdy z nich płaci miesięczny abonament, firmie udało się zbudować solidną bazę przychodową, a na giełdzie Netflix jest dziś wyceniany na ponad 37 mld dol. A co działo się z firmami telekomunikacyjnymi, kiedy gigant podbijał świat usług wideo? Realizowały kolejne inwestycje infrastrukturalne, kładły światłowody, podciągały kable do domów i stawiały stacje nadawcze po to, aby użytkownicy mogli oglądać upragnione seriale.
Co teraz? Kolejną falę już widać na horyzoncie. Teraz uderzy ona w e-tożsamość, bo telefon (numer lub karta SIM) mogą służyć do potwierdzenia tożsamości. Ale Facebook już intensywnie pracuje nad tym, żeby to login i hasło do konta stały się podstawowym narzędziem identyfikacji. Można sobie wyobrazić, że w perspektywie 2- 3 l at za pomocą credentiali z Facebooka będziemy się logować do swojego banku. Wysiłki Apple idą z kolei w kierunku wirtualnej karty SIM, co oznaczałoby, że tradycyjny procesor dystrybuowany przez telekomy mógłby stać się w ogóle niepotrzebny. Co więcej, wirtualna karta pozwoliłaby klientowi odczepić się od jednego operatora i przełączać się swobodnie pomiędzy różnymi dostawcami, w zależności od tego, ile liczą sobie za swoje usługi. To wywołałoby kolejną, ogromną presję na przychody firm telekomunikacyjnych.
Fakty są takie, że chociaż co roku wolumen danych przesyłanych przez sieć się podwaja i jeszcze nigdy tak intensywnie nie korzystaliśmy z możliwości, jakie daje internet, to nie firmy telekomunikacyjne są beneficjentami tego procesu. Śmietankę spijają firmy technologiczne, które są najbliżej klientów, dobrze rozpoznają ich potrzeby i problemy i szybko podsuwają rozwiązania. Marka dostawcy internetu dla większości klientów przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, a telekomy są coraz mocniej spychane do roli dostawców rozwiązań infrastrukturalnych - oczywistych i niezbędnych, które zauważa się dopiero wtedy, gdy przestają działać. To wszystko widać w cyfrach: podczas gdy na przestrzeni ostatnich siedmiu l at wartość firm telekomunikacyjnych wzrosła średnio o 10 proc., wielkich firm technologicznych - o kilkadziesiąt procent, a wyspecjalizowanych dostawców usług OTT - kilkakrotnie.
Czy można założyć, że podobny scenariusz czeka sektor bankowy? Każda branża ma własną dynamikę, a w przypadku finansów dochodzi wiele ograniczeń i wymogów regulacyjnych. Ale nie mamy wątpliwości, że wielu graczy łakomie przygląda się biznesowi bankowemu i przygotowuje się do przejęcia jego części. Chociaż w Warszawie tego jeszcze nie widać, to fintechowe start-upy w Londynie, Berlinie czy Sztokholmie pozyskują miliardy dolarów od inwestorów i pracują nad rozwiązaniami, które skokowo uproszczą procesy płatności, oceny wiarygodności kredytowej, pozwolą klientom łatwiej zarządzać ich oszczędnościami czy wybierać najlepsze dostępne na rynku oferty. Prace trwają, chociaż fintechy wciąż tkwią w blokach startowych. Kiedy padnie strzał i PSD II otworzy przed nimi dostęp do kont klientów, będą przygotowani.
@RY1@i02/2016/142/i02.2016.142.000001400.801.jpg@RY2@
Robert Stanikowski
partner i dyrektor zarządzający, szef zespołu technologicznego w BCG Warszawa
@RY1@i02/2016/142/i02.2016.142.000001400.802.jpg@RY2@
dr Jakub Zwierz
ekspert w zespole telekomunikacji i technologii, BCG Warszawa
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu