Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Klimat i środowisko

Jeden do zera dla Eskimosa

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

Na Grenlandii robi się coraz cieplej. Na południu wyspy można dziś uprawiać ziemniaki i pomidory

W słoneczne popołudnie zatoka Disko lśniła od lodu. Płynęliśmy pośród gór wielkości autobusów, a nawet domów. Ale były to domy z innego świata - zamki i bajkowe groty, fantazyjne rzeźby ukształtowane przez morze, wiatr i ciężar padającego przez stulecia śniegu. Na wierzchu migotały sadzawki nieziemsko błękitnej wody. To był dopiero początek. Naszym oczom ukazały się pływające, wysokie na setki metrów lodowe klify, odrywające się od lodowca, który dociera do zatoki. Niektóre rozpadają się na kawałki, zanim tutaj dopłyną, ale niektóre istnieją od lat, równie wielkie i groźne jak w chwili, kiedy urodził je Jakobshavn Isbrae, najpłodniejszy lodowiec na półkuli północnej. Każdego roku od grenlandzkiej pokrywy lodowej odłamuje się ("cieli", jak to nazywają fachowcy) tutaj 35 mld ton lodu. Isbrae przesuwa się o 40 metrów dziennie.

Lodowce zawsze zmierzały do morza. Na gigantyczną czaszę lodową Grenlandii pada śnieg, którego ciężar rozpycha lód na boki. Ale najbardziej zaskakującą cechą Jakobshavn Isbrae - jak również prawie wszystkich lodowców grenlandzkich i większości światowych - jest prędkość, z jaką ostatnio porusza się jego czoło. W 2002 r. tempo było o połowę niższe, podobnie jak ilość lodu wyrzucanego do fiordu. Najstarsze znane mapy tego lodowca datują się na połowę XIX w., ale w latach 50. ubiegłego stulecia zintensyfikowano obserwacje. Wynika z nich, że tempo ruchu rosło cały czas, ale w ciągu ostatnich kilku lat proces ten wyraźnie przyspieszył. Lodowiec Hellheim, który odprowadza do morza 4 proc. grenlandzkiego lądolodu (Isbrae 6,5 proc.), w 2000 r. pokonał 8 km, w 2005 r. 11 km, a później "płynął" jeszcze szybciej.

Lodowce przyspieszają z prostego powodu: Grenlandia się rozgrzewa, i to szybciej, niż przewidywały modele komputerowe Europejskiej Agencji Środowiska. W ciągu minionych stu lat temperatura w Arktyce wzrosła trzy razy więcej niż średnia dla całego świata. W przededniu konferencji klimatycznej ONZ, która odbędzie się 7 grudnia w Kopenhadze, politycy uważnie przyglądają się Grenlandii i próbują zmierzyć się z niebezpieczeństwami, które zapowiadają losy lądolodu.

Grzechy przodków

Na wierzchu lodowca Jakobshavn, gdzie wylądowaliśmy helikopterem, duński urzędnik państwowy Frederik Schmidt nalał do szklanek whisky i wrzucił do niej kawałki lodu, które wcześniej odłupał od czoła lodowca. Po zetknięciu z alkoholem zaczęły musować. - Tysiącletnie powietrze! - powiedział z uśmiechem. W grenlandzkim lodzie zawarta jest historia zmian klimatycznych. Każdego roku osadza się nowa warstwa śniegu, który w pęcherzykach powietrza przechowuje ślady atmosfery czasów, kiedy spadł. Z upływem stuleci śnieg robi się coraz bardziej sprasowany, ale warstwy pozostają. Naukowcy wiercą wielokilometrowe otwory i wydobywają walce lodu, które potem są starannie przecinane i analizowane. Można na przykład zmierzyć zawartość dwutlenku węgla w pęcherzykach. W ten mozolny sposób badacze opracowali dzieje ziemskiego klimatu ostatnich 100 tys. lat.

Zmiany temperatury nigdy nie były powolne i stopniowe, lecz nagłe i szybkie - czasem w ciągu kilkudziesięciu lat klimat znacznie się ocieplał lub ochładzał. A to znaczy, że w systemie klimatycznym istnieją sprzężenia zwrotne, które przyspieszają wzrost lub spadek temperatury. Jeden z takich efektów można dzisiaj dostrzec na Grenlandii. Jeśli staniesz na lodowcu daleko od jego czoła, usłyszysz dziwny szum, którego źródła nigdzie nie widać. To szmer wody roztopowej, pędzącej na dół przez szczeliny. Po dotarciu na dno zwiększa ona poślizg lodu na skalnym podłożu, przyspieszając pełzanie lodowca. Im więcej wody roztopowej, tym większy poślizg i szybkość.

W lipcu tego roku, na balkonie najbardziej wysuniętego na północ czterogwiazdkowego hotelu świata, politycy i urzędnicy z 29 krajów świata patrzyli na zatokę Disko i fiord lodowy Ilulissat. Wezwał ich tutaj Connie Hedegaard, prostolinijny duński minister środowiska i były dziennikarz telewizyjny, który będzie przewodniczył obradom w Kopenhadze.

Dania jest szczególnie zainteresowana kwestią zmian klimatycznych, po części ze względu na poczucie odpowiedzialności - niektórzy powiedzą, że winy - wobec Grenlandii, kolonii duńskiej od XVIII w. Chociaż wyspa postawiła w tym roku ważny krok w stronę niepodległości, przejmując od metropolii nadzór nad sądownictwem, policją i wydobyciem surowców naturalnych, rząd duński nadal finansuje świadczenia socjalne, które są głównym źródłem utrzymania wielu mieszkańców.

Lodowiec Jakobshavn leży na zachodnim wybrzeżu Grenlandii, gdzie znajduje się większość osad ludzkich. Trudno nazwać ten obszar zielonym, ale rosną tam trawy i małe arktyczne kwiaty. Wschodnie wybrzeże jest jeszcze bardziej niegościnne - to głównie lód i skały. Koło osady Tasiilaq na wschodnim wybrzeżu poszłam na spacer do zaśnieżonej doliny, w której Duńczycy wielokrotnie próbowali uprawiać ziemniaki. Nie udało im się, więc zamiast tego zaczęli nawracać miejscowych na chrześcijaństwo. To okazało się wykonalne.

Zanim transport powietrzny otworzył kraj na świat, a zimna wojna przyniosła trochę pieniędzy dzięki bazom lotniczym i nasłuchowym, życie Eskimosów było naprawdę ciężkie. Uprawa roli i hodowla bydła nie wchodziły w rachubę, toteż Grenlandczycy jedli głównie ryby oraz foki. Ponieważ na wyspie nie rosną drzewa, łodzie trzeba było budować z tego, co wyrzuciło morze. Połowę roku spędzano w ciemnościach, głównie w ziemiankach wkopanych w cienką glebę i oświetlanych wielorybim tranem. Nie mając czym zmiękczyć skór zabitych zwierząt, Eskimoski żuły je przez większość zimy, garbując własną śliną. Dawni podróżnicy opowiadali, że nawet młode kobiety miały zęby starte do samych dziąseł.

Nic dziwnego, że Grenlandczycy nie modlili się do swoich bogów. Mieli mit stworzenia, ale nie zanosili próśb do podmorskiej bogini, z której włosów została wyczesana ludzkość. Wiedzieli, że są zdani wyłącznie na siebie.

Dzisiaj Grenlandia zmaga się z innymi problemami. To biedny kraj z wysokim bezrobociem. Ludzie uważają, że rząd duński zawsze ich zaniedbywał, interesował się wyspą tylko na wiadomość o odkryciu jakichś surowców naturalnych. Do problemów społecznych należy alkoholizm, słabe wyniki dzieci w nauce i ograniczone perspektywy dla ludzi młodych.

Jimmy Hymoller, nauczyciel, mówi, że zachęca rodziców do bardziej aktywnego udziału w edukacji swoich dzieci. Większość spotykanych na Grenlandii Duńczyków również stawia sobie różne szlachetne cele, to nowa fala świeckich misjonarzy, którzy chcą naprawić skutki grzechów swoich przodków.

Spotkanie z górą lodową

Rybak Lars Olsen zaprosił naszego fotografa, miejscowego przedsiębiorcę Toma Ostermanna i mnie na swoją łódź, z której poławia halibuty. Niewielka łódka zwinnie przemieszczała się między bryłami lodu o wielkości mebli i prawdziwymi górami lodowymi. Nie zabrał nas w pobliże czoła lodowca, gdzie wystająca ponad powierzchnię część gór lodowych była większa od wieżowca. To zbyt niebezpieczne.

Z bliska lód wygląda niegroźnie i statecznie. Część zanurzona - dziewięć dziesiątych całości - emituje jednostajny strumień pęcherzyków powietrza. Ale podczas podróży na otwarte morze góra lodowa potrafi się kilkanaście razy obrócić, ponieważ na skutek niejednakowego tempa topnienia części nadwodnej i podwodnej przesuwa się środek ciężkości. Poza tym płynąc obok, nie sposób ocenić, czy lodowy nawis jest stabilny, czy też nadłamany i zaraz runie.

Olsen pracuje jako rybak od 30 lat i mówi, że połowy drastycznie spadają, a ryby są mniejsze. Łowi halibuty, zostawiając na noc szereg wielometrowych wędek z haczykami co kilkadziesiąt centymetrów. - Zakładam coraz więcej żyłek, ale łapię mniej ryb. I ceny skupu ryb nie są dobre - powiedział do nas po grenlandzku. Olsen nie ma żadnych wątpliwości, że źródłem jego kłopotów są rabunkowe połowy. - Nie powinni wydawać tylu licencji.

Czy jego dzieci również zostaną rybakami? Absolutnie nie. Jego syn jest ekonomistą. Ale nawet ci Eskimosi, którzy mają pracę w szkołach, szpitalach i przetwórniach ryb, dalej łowią i polują. Na dachu każdego domu w osadach jest coś, co wygląda jak sznury do prania, tyle że suszą się na nich ryby. Poznaliśmy nauczyciela, który zabierał dzieci ze swojej klasy na wakacje na małą wyspę, żeby nauczyć je takich tradycyjnych umiejętności jak łowienie i patroszenie ryb.

Zupa z narwala

Eskimosi są urodzonymi myśliwymi, a Grenlandia to nie miejsce dla obrzydliwych. Podczas pierwszej wizyty zjadłam pyszną zupę z małymi kawałkami, które wzięłam za warzywa. Jak później wyjaśnił gospodarz, była to skóra narwala, jednego z najrzadszych ssaków świata. Później jadłam steki z wieloryba - smaczne, trochę jak dziczyzna. W jadłospisie była też foka, a raz odwiedziłyśmy fabrykę, w której obdzierano foczki z futra. Miały z niego powstać czapki, pantofle, kamizelki i szale sprzedawane w sklepie na lotnisku. Myśliwi narzekają, że sezon robi się krótszy, lód jest coraz bardziej zdradliwy i przez wiele miesięcy nie można po nim jeździć saniami. Z tych samych powodów na niektórych tradycyjnych obszarach łowieckich przez większość zimy nie da się łowić ryb.

Poza tym część gatunków, na które Grenlandczycy tradycyjnie polowali, szybko wymiera. W niewielkiej osadzie w pobliżu Tasiilaq widziałam rozciągniętą na drewnianej ramie skórę świeżo zabitego niedźwiedzia polarnego. Trochę cuchnęła i ociekała krwią i resztkami mięsa, ale futro było jedwabiste w dotyku. Sama skóra jest czarna - pochłania promienie słoneczne, dzięki czemu misiowi jest ciepło. Ale najbardziej zafrapowały mnie pazury - długie na ponad 20 centymetrów, zakrzywione i śmiertelnie groźne. Nic dziwnego, że Eskimosi nazywają niedźwiedzie Nanuk: mocarnymi myśliwymi zasługującymi na szacunek.

Na świecie zostało zaledwie około 20 tys. niedźwiedzi polarnych. Ich liczba spada wraz z kurczeniem się ich siedlisk. Misie polarne polują na foki z kawałków kry lodowej, między którymi pływają. Pojawiają się doniesienia o utonięciach - dawniej rzecz nieznana - ponieważ dystans pomiędzy najbliższymi kawałkami kry okazuje się zbyt duży. Część przychodzi do wiosek w poszukiwaniu jedzenia, niektóre zdychają z głodu.

Ekspedycja amerykańskich geologów zauważyła we wrześniu ponad sto zwłok morsów na wybrzeżu Arktyki, pozostałość większego stada, które widziano w tym miejscu kilka dni wcześniej. Oględziny ofiar, w większości cieląt i roczniaków, wskazywały, że młode morsy zostały stratowane przez innych członków stada, którzy szukali dla siebie miejsca na zatłoczonym brzegu.

Grenlandzkie ziemniaki

Wielu ekologów by zaprotestowało, ale brutalna prawda jest taka, że ludzie - nawet Grenlandczycy - mogą żyć bez niedźwiedzi polarnych i morsów. Poza tym, zanim Grenlandia całkiem się roztopi, miną tysiące lat. Wcześniej umrze tradycyjny grenlandzki model życia, który też będzie opłakiwany, ale przez niewielu. Gdyby problem dotyczył wyłącznie Arktyki, politycy nie przejeżdżaliby do Ilulissat. Prawdziwe zagrożenie klimatyczne nie polega na tym, że lód się roztopi (aczkolwiek to też przyspieszy proces globalnego ocieplenia, ponieważ lód odbija promienie słoneczne, a woda pochłania). Prawdziwe zaburzenia dadzą się odczuć daleko stąd: w Afryce na południe od Sahary, gdzie upał zrobi się nie do wytrzymania, w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie podnoszące się morze będzie zalewało coraz większe obszary, czy w południowej Europie, gdzie z powodu suszy uprawa roli stanie się niemożliwa.

Największe jest zagrożenie dla stabilizacji społecznej i politycznej na świecie - klęski głodu, susze, powodzie i burze mogą wywołać długotrwałe konflikty, masowe migracje, które spotkają się ze sprzeciwem w bogatych krajach Północy.

Grenlandczycy mają ambiwalentny stosunek do globalnego ocieplenia. Na południu niektórym udało się wyhodować ziemniaki - sto lat po tym, jak Duńczycy zarzucili tego rodzaju próby - a nawet pomidory. Hodują także bydło. W magazynie linii lotniczych Air Greenland globalne ocieplenie zostało nazwane "polepszaniem się klimatu".

Grenlandczycy są mistrzami świata w walce o przetrwanie, od tysięcy lat uparcie zmagają się z niewyobrażalnie trudnymi warunkami życia na najbardziej niegościnnej pustyni na ziemi. Ocieplenie nie jest im straszne. - Nie mam wątpliwości, że Grenlandczycy przeżyją i wszystko będzie w porządku - powiedział nam Tom Ostermann. - Zawsze umieliśmy się przystosować. Bardziej martwiłbym się o to, co będzie w takich krajach jak Holandia, kiedy wzrośnie poziom mórz. - Pochylił się w swojej łodzi i z filuternym uśmiechem dodał: - Jeden do zera dla Eskimosa.

@RY1@i02/2009/232/i02.2009.232.186.0008.001.jpg@RY2@

Tradycyjny model życia odchodzi w przeszłość. Dziś Grenlandia zmaga się z biedą, bezrobociem i alkoholizmem

BE&W

Fiona Harvey

tłum. TB

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.