Strzebla za ekranem, czyli jak chronić europejską przyrodę
Opinia
Długi wiosenny weekend. Doskonały czas na majówkę. Taką unijną. Wszak mija już 10 lat naszego pobytu w Eurolandzie. Warto sprawdzić, czy przyroda też to odczuła.
Dokąd się wybrać? Bez Unii było prościej. Żubry mogliśmy obejrzeć w białowieskim rezerwacie, salamandrę plamistą w parku bieszczadzkim, a kozicę i świstaka przez lornetkę w Tatrach. Bardziej przyrodniczo zaawansowani wiedzieli, w jakim rejonie znaleźć mikołajka nadmorskiego, szarotkę, czy lilię złotogłów. Dziś parki narodowe, rezerwaty i pomniki przyrody wprawdzie są, ale ich rola i powierzchnia wydają się marginalne w porównaniu z obszarami Natury 2000, które przyszły do nas razem z Unią. I od razu namieszały.
Rezerwaty i parki miały wyraźne, jednoznaczne granice. Zakazy i nakazy obowiązywały tylko w nich. A unijne obszary Natura 2000 są praktycznie wszędzie, bo jest ich około tysiąca i zajmują 20 proc. powierzchni kraju. Nie bardzo widać, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą. Ale wiadomo, że wpływają. A właściwie to wszystkie rodzaje działalności Polaków wpływają na Naturę. Sprawdzać i dostosowywać trzeba niekiedy inwestycje umiejscowione 100 km od jakiegoś obszaru, ale inne da się zlokalizować opodal cennego terenu albo nawet na nim samym. Jednak jest to trudne, nawet bardzo. I wymaga pieniędzy. Pole do popisu dla wszelkiej maści uczciwych i mniej uczciwych przyrodników jest bowiem olbrzymie i trudno się dziwić, że samorządy wcale się nie cieszą, iż leżą na tak interesującym przyrodniczo terenie. A na wieść o możliwym rozszerzeniu form ochrony mieszkańcy są w stanie ostro protestować, nawet w Sejmie. Zbudowanie w takim miejscu drogi, zakładu przemysłowego bądź osiedla wymagać może kilkuletnich badań. W tym czasie unijne fundusze przepadną, a inwestor znajdzie miejsce w mniej ekologicznej okolicy. Z samej agroturystyki zaś całej gminie wyżyć trudno...
Ale zwierzętom się poprawiło. Zanim weszliśmy do UE, atrakcją było znalezienie gdzieś w głuszy na Mazurach drzewa pogryzionego przez bobra. Dzisiaj bobry z ginącego gatunku stały się prawdziwym utrapieniem, nadal zresztą chronionym. Są nawet na warszawskiej Pradze i skutecznie podtapiają okolice kanału Bródnowskiego, a nad niejednym strumieniem wycięły w pień rosnące przez dziesięciolecia olchy czy wiązy, zatapiając okoliczne łąki i uniemożliwiając prowadzenie atrakcyjnej w ostatnich latach hodowli bydła. Poprawiło się też wilkom. O ile 10 lat temu problemy z tym gatunkiem zdarzały się tylko w Bieszczadach, dziś to kłopot rolników w wielu miejscach kraju.
Tyle tylko, że kwitnącą przyrodę dostrzec trudniej, zwłaszcza podczas podróży samochodem. Bo jak Polska długa i szeroka wzdłuż dróg stanęły ekrany przeciwhałasowe. Za miastem podziwiać więc możemy najwyżej modele samochodów jadących z przeciwka. Kto podróżował po Eurolandzie, z pewnością zwrócił uwagę, że u nas ekranów jest jakoś więcej niż np. za zachodnią granicą. Z pewnością za dużo. Przyczyn tego jest wiele. Przez lata rząd utrzymywał wyjątkowo wysokie normy dopusz-czalnych poziomów hałasu. Na dodatek sanepid chciał, by taki ekran chronił nawet pojedynczy dom postawiony w sąsiedztwie drogi, a także tereny dopiero przewidziane w pla-nach zagospodarowania przestrzennego pod zabudowę mieszkaniową i to na prognozę natężenia ruchu za 20 lat. A terenów pod mieszkania, mimo, że plany pokrywają ledwie 1/3 powierzchni kraju, przewidziano dla ok. 60 mln Polaków. Znaczenie miała też możliwość wydawania pieniędzy na proste prace i elementy, bo ekrany wykonać mogła i w wyznaczonym miejscu ustawić firma bez wielkiego doświadczenia. Na dodatek drogi budowano pod presją czasu. Nie było kiedy wykonać precyzyjnych wyliczeń, poza tym dobrzy fachowcy kosztują, a projekty starano się robić jak najmniejszym kosztem, bo w przetargach liczy się tylko cena. Przeskalowane rozwiązania łatwiej też przechodziły wymagane uzgodnienia. Dlatego długie, wysokie tunele ciągną się setkami kilometrów, a jeśli znikają, to pojawia się siatka odgradzająca las od szosy. Ma uchronić przed kolizją z łosiem czy dzikiem, a i wiewiórki przed spotkaniem z pędzącymi potworami. Nie znaczy to, że zwierzaki nie mogą podziwiać rosnącego standardu życia Polaków. Obserwacje mogą prowadzić z mostów nad szosami ustawionych w tzw. korytarzach ekologicznych, czyli miejscach, którymi prowadzą szlaki migracyjne. Takie mosty, szerokie niekiedy jak autostrada, słono kosztują podatników - ale czego się nie robi dla dobra unijnej zwierzyny.
Czasami też droga malowniczo się odgina i trudno odgadnąć tego przyczynę. Jeśli w pobliżu są jakieś bagienka lub jeziorka to prawdopodobnie zasługa strzebli błotnej, niepozornej rybki, rzadkiej w Europie, a u nas dość popularnej. A także, jak wieść gminna niesie, wpuszczanej przez co bardziej zapobiegliwych właścicieli do sadzawek na swoim terenie właśnie po to, by drogę odgiąć i poprowadzić przez terytorium będące własnością gorzej zorientowanego sąsiada.
O ile siatki mają chronić przed niebezpiecznym spotkaniem z łosiem, o tyle przed spotkaniem ze starym drzewem rosnącym niebezpiecznie blisko drogi musimy się ustrzec sami. Bo w nim gnieździ się często chroniona pachnica dębowa. Wbrew nazwie mieszka nie tylko w dębie, ale i lipie, wierzbie, czy topoli. Wycięcie takiego drzewa jest praktycznie niemożliwe. Podobnie jak postawienie domu na działce, na której niechętny nam sąsiad dostrzegł niewielkiego motylka - modraszka telejusa, czy remont dachu pod którym zamieszkały jerzyki - przybyłe z gór do miast ptaszki podobne do jaskółek.
W UE zwierzęta mają się więc nieźle, niekiedy mamy wrażenie, że nawet trochę lepiej niż ludzie.
W Unii zwierzęta mają się nieźle. Czasami można odnieść wrażenie, że nawet trochę lepiej niż ludzie
@RY1@i02/2014/083/i02.2014.083.18300280k.804.jpg@RY2@
Zofia Jóźwiak redaktor DGP
Zofia Jóźwiak
redaktor DGP
@RY1@i02/2014/083/i02.2014.083.18300280k.805.jpg@RY2@
Jacek Skorupski ekspert w zakresie ochrony środowiska
Jacek Skorupski
ekspert w zakresie ochrony środowiska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu