Chiny zamykają się na śmieci, a Bruksela kończy z wysypiskami. Co dalej?
Unia mówi "nie" składowaniu śmieci i wprowadza zamknięty obieg odpadów. Sprzeciwia się też marnowaniu żywności. Dla Polski oznacza to konieczność mocniejszego przykręcenia środowiskowej śruby. A nasze dotychczasowe osiągnięcia i tak nie zachwycają
Odpady mają przestać istnieć
Parlament Europejski przegłosował 18 kwietnia nowe przepisy w sprawie tzw. pakietu odpadowego. Składają się na niego 4 sprawozdania i 6 dyrektyw. Regulacje mają poprawić gospodarkę odpadami i wprowadzić państwa członkowskie do nowoczesnego modelu circular economy (patrz ramka 1). I tak europosłowie zdecydowali, że do 2025 r. co najmniej 55 proc. odpadów komunalnych pochodzących z gospodarstw domowych i przedsiębiorstw powinno być poddawanych recyklingowi (dziś, w skali całej UE, jest to ok. 44 proc.). Nowe przepisy zakładają, że do 2030 r. cel ten wzrośnie do 60 proc., a do 2035 r. - do 65 proc. Z grubsza chodzi o to, by zamiast zastanawiać się, jak się pozbyć śmieci, wykorzystać je ponownie. Do odpadowej reformy nie dojdzie z dnia na dzień, ale już dziś warto, by jednostki samorządu terytorialnego zaczęły się do niej przygotowywać. Teraz koszty utylizacji i zagospodarowania odpadów obciążają najbardziej władze samorządowe i mieszkańców. W przeciwieństwie do innych uczestników rynku. Bo w Polsce opłaty produktowe, m.in. ze względu na handel fakturami i poświadczeniami o zagospodarowaniu odpadów, istnieją bardziej w teorii niż w praktyce. Tymczasem w innych krajach producenci są zobowiązani do realnego pokrywania kosztów zagospodarowania opakowań. Zdaniem ekspertów takie podejście wydaje bardziej sensowne, bo choć ostatecznie i tak zapłacimy my - przez wyższą cenę produktu, to jednak to, ile wypłynie z naszych kieszeni, będzie zależało od tego, ile kupimy. Mniej obciążone byłyby też gminy, pozostałoby im tylko zagospodarowanie tego, czego nie da się wyselekcjonować, oraz nadzór nad selektywną zbiórką śmieci. Czym są podyktowane zmiany? Otóż, jak podkreśla organizacja Zero Waste Europe, europejski model postępowania z odpadami tworzyw sztucznych wciąż opiera się głównie na ich spalaniu (około 40 proc.), składowaniu (około 30 proc.) i recyklingu, przy czym ok. 12 z 30 proc. odpadów przeznaczonych do odzysku eksportowano do Azji.
RAMKA 1
Czym jest gospodarka o obiegu zamkniętym?
To nowy, wspierany przez UE model produkcji i konsumpcji, który polega na dzieleniu się, pożyczaniu, ponownym użyciu, naprawie, odnawianiu i recyklingu istniejących materiałów i produktów tak długo, jak to możliwe. W praktyce oznacza to ograniczenie odpadów do minimum. Natomiast z chwilą, gdy produkt przestaje spełniać swoje funkcje, surowce i resztki, które z niego pochodzą, powinny zostać w gospodarce.
Mniej znaczy lepiej
Na posiedzeniu PE ustalono również, iż od 2025 r. niebezpiecznie odpady oraz tekstylia będą odbierane od gospodarstw domowych osobno. To samo od 2024 r. dotyczyć będzie odpadów ulegających biodegradacji. Alternatywą będzie ich recykling (kompostowanie) na terenie gosdpodarstw. Nowe unijne regulacje zakładają też, że państwa członkowskie powinny zmierzać do zmniejszenia ilości wyrzucanego jedzenia - o 30 proc. do 2025 r. i o 50 proc. do 2030 r. Aby zapobiec marnotrawstwu żywności, państwa członkowskie powinny zachęcać do zbierania niesprzedanych produktów żywnościowych i ich bezpiecznej redystrybucji. (czytaj str. C15)
Takie podejście kontrastuje z tradycyjnym, liniowym modelem ekonomicznym, który opiera się na schemacie "weź - wyprodukuj - użyj - wyrzuć". W efekcie prowadzi on do powstawania gór śmieci. Tymczasem jak przekonują unijni decydenci zapobieganie temu przez oszczędne w surowce projektowanie wyrobów (wg zasad tzw. ekoprojektu), ponowne użycie powstałych odpadów i inne działania do 2030 r. mogą przynieść przedsiębiorstwom w UE oszczędności netto sięgające 600 mld euro lub 8 proc. rocznego obrotu, prowadząc jednocześnie do ograniczenia łącznych emisji gazów cieplarnianych o 2-4 proc. rocznie.
Batalia przeciwko opakowaniom
Nowe regulacje dotyczą również konkretnych odpadów, np. opakowań. Europosłowie poparli przepisy, zgodnie z którymi do 2025 r. recyklingowi będzie trzeba poddawać 65 proc. materiałów opakowaniowych, a do 2030 r. 70 proc. Odrębne cele wyznaczone zostały dla konkretnych materiałów, takich jak papier i tektura, tworzywa sztuczne, szkło, metal i drewno (infografika).
@RY1@i02/2018/091/i02.2018.091.18300120a.801(c).jpg@RY2@
Najnowsze unijne przykazania odpadowe
Przekazać na składowisko? Tylko w ostateczności
Unijny projekt przepisów nakłada też ograniczenia wyrzucania odpadów komunalnych na składowiska - maksymalnie 10 proc. do 2035 roku. Nowych wymogów mogą się nie obawiać państwa w północno-zachodniej Europie. W takich krajach jak: Belgia, Holandia, Szwecja, Dania, Niemcy, Austria, Finlandia składowiska odpadów już praktycznie nie istnieją. Dominującą metodą gospodarowania odpadami jest tam ich spalanie i recykling. Są one nadal popularne we wschodniej i południowej części Europy. Jak pokazują statystyki, 12 krajów z tego regionu składuje co najmniej połowę wszystkich odpadów komunalnych. Przy czym poziomy te wahają się od ponad 80 proc. - Malta, Cypr, Grecja i Rumunia, przez ok. 60 proc. - Chorwacja, Łotwa, Słowacja i Bułgaria, do ok. 50 proc. w Hiszpanii, Czechach, Portugalii oraz na Węgrzech. Na tym tle nie wypadamy najgorzej. Udział wysypisk śmieci w usuwaniu odpadów w 2016 r. wynosił w Polsce ok. 37 proc. Zdaniem ekspertów liczby te nie powinny nas jednak napawać optymizmem. Masa śmieci wciąż bowiem ląduje w lasach lub jest nielegalnie zakopywana na terenach poeksploatacyjnych (pisaliśmy o tym 22 września 2017 r., "Toksyczne odpadowe pole minowe. Związane ręce czy zła wola gmin", TGP nr 37).
Dopiero w początkowej fazie realizacji jest też Baza Danych o Odpadach. Po wieloletnich opóźnieniach od 24 stycznia 2018 r., pod adresem www.bdo.mos.gov.pl, działa jej pierwszy moduł - rejestr podmiotów wprowadzających produkty, produkty w opakowaniach i gospodarujących odpadami. Na razie podmioty te mają jeszcze czas na zarejestrowanie się. Termin upływa 24 lipca.
PYTANIA DO EKSPERTA
Kluczem jest segregacja u źródła
@RY1@i02/2018/091/i02.2018.091.18300120a.802.jpg@RY2@
Julia Patorska lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte
Jak ocenia pani kierunek zmian przyjęty przez Parlament Europejski? Czy zaostrzanie wymogów dotyczących recyklingu to dobry pomysł w sytuacji, gdy wiele krajów nadal nie radzi sobie z obowiązującymi normami?
Uważam, że to bardzo potrzebne regulacje i to dobrze, że się pojawią za chwilę w ramach obowiązującego prawa. Polska ma przy tym sporo do zrobienia. Chociaż trzeba też przyznać, że udało się już nam wiele zmienić. Zwłaszcza jeśli porównamy sytuację dzisiejszą do tej sprzed np. dekady. Widzę jednak trochę niespójności w działaniach UE. Z jednej strony KE będzie niebawem ogłaszać informację w ramach tzw. early warnings (wczesnych ostrzeżeń - red.), które kraje są zagrożone w osiągnięciu najbliższych celów postawionych na 2020 r. w zakresie recyklingu odpadów oraz ograniczania składowania. A z drugiej przyjęta przez PE propozycja odsuwa w czasie wprowadzenie pakietu dyrektyw o obiegu zakmniętym. Uważam, że powinniśmy ten czas dobrze wykorzystać, bo wprowadzenie zmian nie zajmie nam roku, ale znacznie więcej. Lepiej będzie wdrażać je stopniowo, aby wszystkim dać szanse odpowiednio się przygotować. Warto też zwrócić uwagę, że aby podejmować dobre decyzje dotyczące rynku odpadów, trzeba mieć jak najwięcej danych o jego strukturze. A tego nie będziemy mieli, póki nie zacznie w pełni działać Baza Danych o Odpadach.
To jak uzdrowić ten rynek? Z jednej strony są gminy, które nie chcą obciążać mieszkańców zbyt wysokimi kosztami utylizacji śmieci. Z drugiej, są przedsiębiorcy, którzy odbierają odpady i coraz trudniej im wyjść na plus przy nieopłacalnym recyklingu i niedziałającej w gminach segregacji odpadów. Od czego właściwie trzeba zacząć zmiany?
Wiele badań wskazuje, że kluczem jest segregacja u źródła i świadomość mieszkańców, jak mają postępować i co się dzieje dalej z poszczególnymi frakcjami odpadów. Kolejna sprawa to kwestia standardów - zarówno segregacji, jak i umów z odbierającymi odpady, a także recyklingu. Muszą być obowiązywać już na etapie produkcji opakowań, a nie tylko w obszarze odpadów. Bo to, z jakimi odpadami mamy do czynienia, wynika z tego, co się na rynek wprowadza. Im bardziej jesteśmy w stanie to kontrolować i regulować, tym lepiej możemy zapanować nad odpadami, które powstają.
Ale przecież producenci opakowań i tworzyw sztucznych dążą do maksymalizacji zysków ze sprzedaży.
Musimy zmierzyć się z zasadą rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP, a z ang. EPR - extended producer responsibility), która teraz w Polsce jest bardzo ograniczona. - W sytuacji, kiedy producenci będą zmuszeni pokrywać koszty związane z zebraniem, transportem i segregowaniem odpadów po produktach oraz opakowaniowych, znajdzie się dodatkowy strumień pieniędzy, który powinien zasilić komunalne systemy gospodarowania odpadami. Obecnie mamy do czynienia z sytuacją, gdy ceny surowców z recyklingu nie pokrywają jego kosztów. Ale regulacje muszą być wdrożone nie w gminach, tylko przy wprowadzaniu produktów i opakowań na rynek. Bo ceny surowców nie powinny determinować, czy się coś opłaca czy nie. System powinien być tak skonstruowany, aby wprowadzane na rynek produkty i opakowania wykonane z materiałów trudno podlegających recyklingowi miały wliczone koszty związane z ich unieszkodliwieniem. W ten sposób nawet tani surowiec, jeśli jest trudny do odzysku/recyklingu, zmieni swoją wartość dla kupującego. Dzięki temu jest szansa na podniesienie standardów usług realizowanych przez firmy odpadowe bez konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów przez mieszkańców.
Dlaczego u nas wciąż jest źle, czyli zawracanie Wisły kijem
Polska wciąż szuka swojej drogi do gospodarki cyrkularnej. Niestety, na razie zamiast dążyć do celu, kręcimy się w kółko, a nawet cofamy
Gospodarka o obiegu zamkniętym pozostanie tylko światłą ideą, jeżeli najpierw nie zrobimy gruntownych porządków na lokalnym podwórku - zgodnie przekonuje branża i samorządy. Na czym miałyby one polegać? Przede wszystkim należałoby odciążyć finansowo gminy i mieszkańców, bo to je koszty utylizacji i zagospodarowania odpadów obciąża najbardziej. W przeciwieństwie do uczestników rynku, którzy realnie mogą wpłynąć na ograniczenie ilości śmieci.
Inaczej niż w Europie
Jak przekonuje Piotr Maciejewski, ekspert Związku Pracodawców Gospodarki Odpadami (ZPGO), Polska jest jedynym krajem w UE, w którym ciężar kosztów zagospodarowania odpadów, przede wszystkim opakowaniowych, został przerzucony na mieszkańców. - A gdy okazuje się, że nadal jest to niewystarczające, to próbuje się obciążać ich jeszcze mocniej. To kierunek odwrotny niż w innych krajach, gdzie to przedsiębiorcy są zobowiązani do pokrycia kosztów wprowadzenia na rynek swoich produktów - mówi ekspert.
Co prawda art. 22 ustawy o odpadach (Dz.U. z 2018 r. poz. 650) stanowi, że producenci i dystrybutorzy powinni - co miało być szczegółowo sprecyzowane w innych regulacjach - ponosić finansową odpowiedzialność za powstałe odpady. Szkopuł w tym, że nigdy nie zostało to odpowiednio uszczegółowione, tak by nie dopuścić do nieprawidłowości i niekontrolowanego rozrostu szarej strefy, z którą mamy teraz do czynienia. - Efekt jest taki, że wielkie międzynarodowe koncerny, które w innych krajach płacą spore pieniądze za to, żeby opakowania po ich produktach zostały zagospodarowane, u nas tego nie robią. A są to ogromne sumy, bo opakowania stanowią kluczową część strumienia odpadów. Tymczasem już część tych środków pozwoliłaby uczynić ten system opłacalnym - przekonuje Maciejewski.
Wtóruje mu Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami. - Dość wspomnieć, że według szacunków wprowadzający na rynek produkty w opakowaniach powinni w skali roku ponosić koszty selektywnego zbierania i przetwarzania tych odpadów w wysokości ok. 1 mld zł. Tymczasem faktycznie w skali roku do organizacji odzysku oraz urzędów marszałkowskich z tego tytułu wpływa niespełna 50 mln zł - twierdzi ekspert.
Ten negatywny trend dostrzega też prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu Jerzy Ziaja. Wyjaśnia, że obowiązujące przepisy nie są oparte na realnym, rzeczywistym recyklingu, tylko na potwierdzeniach wykonania tego obowiązku. Innymi słowy, chodzi o masowe produkowanie dokumentów potwierdzających odzysk lub recykling (DPO i DPR). A to, jak wskazuje Ziaja, nie ma nic wspólnego z faktycznym obrotem odpadami. Jego zdaniem powinniśmy wzorować się na rozwiązaniach przyjętych w innych krajach UE. Przykładem mogą być np. Niemcy. - Tam mieszkańcy płacą tylko za resztki, który nie zostały wysegregowane. Cała reszta spoczywa na producentach i firmach odpowiadających za odzysk. I dodaje, że wprowadzenie takiego mechanizmu zdjęłoby z gmin obowiązek uzyskania poziomu odzysku i recyklingu, na które to - jak przekonuje ekspert - samorządy nie mają wpływu, bo to konsument ostatecznie decyduje tym, co kupuje i w jakim opakowaniu.
Niech płaci wprowadzający
- To producenci powinni ponosić pełne koszty zbiórki i późniejszego zagospodarowania wprowadzonych na rynek opakowań. Być może rozwiązaniem byłoby wnoszenie większych dopłat przez producentów w przypadku np. bardziej złożonych, a więc utrudniających recykling opakowań. Analogicznie powinny być one niższe dla opakowań łatwych do recyklingu - przekonuje Ewa Rakowska z Krajowej Izby Gospodarki Odpadami. Nie ma przy tym wątpliwości, że taki system ostatecznie i tak obciążałby konsumentów, bo koszty zbiórki zostałyby przez firmy uwzględnione w ich cenie produktów. - Z tą tylko fundamentalną różnicą, że płaciliby oni proporcjonalnie do ilości kupowanych dóbr, a nie, tak jak obecnie, w formie comiesięcznego ryczałtu za odbiór śmieci. Taki system byłby dużo sprawiedliwszy - przekonuje ekspertka.
Lepsze projekty to łatwiejsze powtórne wykorzystanie
Eksperci podkreślają też, że w rozwiązaniach dotyczących rozszerzonej odpowiedzialności producentów powinien zostać położony nacisk na promocję ekoprojektowania opakowań. - Większość tworzyw sztucznych nie nadaje się do recyklingu z uwagi na złożony i problematyczny skład materiałowy. Obliczono, że ulepszenia w projektowaniu mogą zmniejszyć koszt recyklingu odpadów opakowaniowych z tworzyw sztucznych aż o połowę - wskazuje Tomasz Uciński, prezes KIGO. Jak mogłoby to wyglądać w praktyce? Zdaniem KIGO mógłby się sprawdzić np. system większych dopłat w przypadku bardziej złożonych opakowań.
OPINIE EKSPERTÓW
Podmioty publiczne umywają ręce od odpowiedzialności za wprowadzenie efektywnego systemu
@RY1@i02/2018/091/i02.2018.091.18300120a.803.jpg@RY2@
Daniel Chojnacki radca prawny z kancelarii Domański, Zakrzewski, Palinka
Głównym problemem, po części prawnym, jest jakość surowca pochodzącego z selektywnej zbiórki. O ile dobrze rozumiem bariery technologiczne, to nie jest możliwe uzyskanie odpowiedniego surowca ze strumienia odpadów zmieszanych. Surowiec taki powinien pochodzić ze zbiórki selektywnej. W moim przekonaniu poziom świadomości społecznej oraz przyjęty model odpowiedzialności prawnej za selektywną zbiórkę powoduje, że model ten, przynajmniej obecnie, nie jest efektywny. Uważam, że dobrym, choć niestety spóźnionym działaniem w tym kierunku było przyjęcie w zeszłym roku ujednoliconych zasad ustalania kolorystki pojemników na poszczególne frakcje odpadów (choć nie podzielam niektórych rozwiązań szczegółowych). Te zmiany nie są jednak, w moim przekonaniu wystarczające, aby zapewnić odpowiednią jakość surowca.
Jeśli zaś chodzi o wprowadzenie gospodarki obiegu zamkniętego (GOZ), wymaga to udzielenia odpowiedzi na podstawowe pytanie: jak pod względem efektywności kosztów ma być zbudowany system pozyskiwania surowca odpowiedniej jakości. Przede wszystkim chodzi o wyważanie i analizę tego, co można przy racjonalnych kosztach uzyskać od mieszkańców, a w jakim zakresie powinniśmy rozwijać i wdrażać technologie doczyszczania pozyskanego surowca. Kolejnym elementem wdrażania GOZ powinno być jasne określenie podmiotu lub podmiotów odpowiedzialnych za systemy selektywnej zbiórki z jednoczesnym zapewnieniem skutecznych instrumentów wdrożenia tej odpowiedzialności. W obecnym stanie prawnym funkcjonują de facto dwa modele odpadów ze zbiórki selektywnej, tj. z jednej strony jest to obowiązek gminy, a z drugiej zaś obowiązek podmiotów wprowadzających produkty w tychże opakowaniach. Relacja między oboma modelami jest niejasna. Wprowadzenie GOZ będzie wymagało jasnej i przemyślanej decyzji co do dalszego funkcjonowania obu modeli.
W przypadku GOZ zwróciłbym jeszcze uwagę na dwa zagadnienia. Po pierwsze, społeczną świadomość. Jej zwiększenie wymaga lat konsekwentnie prowadzonej edukacji. Po drugie, działalności podmiotów publicznych, w tym gmin i organów ochrony środowiska. Dzisiaj podmioty publiczne zdają się umywać ręce od odpowiedzialności za wprowadzenie efektywnego systemu selektywnej zbiórki. Gminy przerzucają obowiązki zapewnienia odpowiedniego poziomu zbiórki na podmioty odbierające odpady czy organy kontroli - nie patrzą na tę kwestię kompleksowo, a wyłącznie przez pryzmat działalności kontrolowanego podmiotu. Wygląda to mniej więcej tak: podmiot wybrany przez gminę odbiera z jej terenu odpady selektywnie zebrane i przewozi je bezpośrednio do recyklera. U recyklera jednak inspektorzy WIOŚ kwestionują, ze względu na poziom zanieczyszczeń, możliwość kwalifikacji odpadów jako zebranych selektywnie, nakazując ich kwalifikację jako odpadów zmieszanych. Jednocześnie zaś WIOŚ nie podejmuje żadnych działań w celu weryfikacji efektywności działania gminnego systemu zbierania odpadów.
Recykling udawany, czyli zaśmiecanie Azji
Wyższe standardy odzysku surowców i więcej recyklingu w Europie. Pytanie jednak, czyim kosztem. Do niedawna panaceum był wywóz do Chin
Jeszcze w ubiegłym roku było to nagminną praktyką. Również w Polsce. Od kiedy jednak Chiny, największy dotychczasowy importer odpadów, zamknął swoje granice dla śmieci produkowane na Starym Kontynencie, państwa członkowskie są zdane na siebie. I mają teraz nie lada utrudnione zadanie. Bo śmieci jest zbyt wiele, by z ich utylizacją poradziły sobie europejskie zakłady recyklingu. Tym bardziej że często nie są one w ogóle przygotowane do przetwarzania brudnych odpadów najgorszej jakości. Jakie są tego skutki? Takie, że bez podjęcia radykalnych działań może nam grozić całkowite załamanie rynku odpadów. Innymi słowy, konieczne będą znaczące dopłaty, by odbiór, utylizacja i przetwarzanie odpadów się komukolwiek opłacały. Alternatywą jest to, że śmieci nikt nie będzie odbierał i przyjdzie nam przyzwyczaić się do widoku hałd odpadów na ulicach europejskich miast.
RAMKA 2
Europa już ogranicza producentów
Do radykalnego kroku w kierunku redukcji odpadów z plastiku szykuje się Wielka Brytania. Już od przyszłego roku na jej terenie zakazana może być produkcja i sprzedaż np. patyczków do uszu, mieszadełek do kawy i plastikowych słomek. Konsultacje w sprawie wprowadzenia takich restrykcji mają odbyć się jeszcze w tym roku.
Nie byłby to pierwszy ruch po stronie wyspiarzy. Na terenie Wielkiej Brytanii już wprowadzono zakaz stosowania mikroplastiku w kosmetykach, a także nałożono opłaty na plastikowe torby. Jak informuje tamtejsze Ministerstwo Środowiska, Żywności i Wsi, doprowadziło to do radykalnego spadku ich użycia. W sumie liczba foliówek w dystrybucji zmniejszyła się o 9 mln sztuk. Wszystko wskazuje też na to, że wkrótce w Wielkiej Brytanii zmniejszy się chociażby liczba plastikowych butelek do napojów, których co roku wprowadza się na rynek ok. 13 mld sztuk. Jak donosi Agencja Reutera, tamtejszy rząd rozważa bowiem wprowadzenie systemu kaucjonowania lub zwrotu opakowań jednorazowych z tworzyw sztucznych. Przykłady innych krajów, które wprowadziły system kaucyjny na opakowania, mogą wskazywać, że jest to dobry kierunek rozwoju. Obowiązuje on już w 10 państwach, tj. Chorwacji, Danii, Estonii, Finlandii, Islandii, Norwegii, Szwecji i na Litwie. Unijnymi liderami w tej grupie są Niemcy i Holandia. Jak wynika z danych Eurostatu, państwa, które zdecydowały się na takie rozwiązanie, uzyskują ok. 90 proc. zwrotów opakowań.
Chiny zamykają granice
Kiedy rynek odczuł pierwsze załamanie? Eksperci wskazują, że problemy zaczęły się w zeszłym roku. - Od połowy 2017 r. ceny za surowce wtórne są coraz niższe. Pierwsze symptomy kryzysu branża zaczęła odczuwać na przełomie maja i czerwca - zwraca uwagę Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami. I dodaje, że miało to bezpośredni związek z sytuacją w Chinach, które w tym właśnie okresie drastycznie ograniczyły import surowców odpadowych (patrz ramka 3)
Stanowisko Ministerstwa Środowiska z 17 kwietnia 2018 r.
@RY1@i02/2018/091/i02.2018.091.18300120a.804.jpg@RY2@
Rozszerzona odpowiedzialność producenta (EPR - extended producer responsibility - przyp. red.) wraz z zasadą zanieczyszczający płaci mają kluczowe znaczenie w ramach rozwoju gospodarki o obiegu zamkniętym (GOZ), w której rozumieniu odpady są potencjalnym zasobem. Ideą GOZ jest ponowne wykorzystanie odpadów pod kątem surowcowym, czego efektem jest utrzymanie wyższego poziomu zasobowego surowców na rynku, a jednocześnie zmniejszenie ilości trwale składowanych odpadów. EPR przesuwa ciężar zarządzania odpadami powstającymi z produktów z administracji samorządowej i użytkowników na wprowadzających ww. produkty. Nałożenie na wprowadzających produkty obowiązków w zakresie finansowania i organizowania systemów zbierania i przetwarzania odpadów stymuluje producentów do takiego projektowania produktów i opakowań, aby zgodnie z hierarchią sposobów postępowania z odpadami zapobiegać powstawaniu nadmiernej masy odpadów oraz zwiększać ich potencjał recyklingu. Przepisy z zakresu gospodarowania odpadami opakowaniowymi, zużytymi bateriami i akumulatorami czy zużytym sprzętem nakładają na producentów obowiązek m.in. osiągania odpowiednich poziomów odzysku, recyklingu oraz zbierania. Warto również zwrócić uwagę na funkcjonujący mechanizm opłaty produktowej, który dotyczy wprowadzania opakowań, sprzętu, baterii i akumulatorów, olejów czy opon. Polega on na konieczności zapłaty opłaty produktowej w przypadku nieuzyskania minimalnych poziomów określonych w szczegółowych przepisach z zakresu ww. produktów, co skutecznie motywuje przedsiębiorców do osiągania tych poziomów.
Główne zmiany zawarte w projektach dyrektyw dotyczą wyznaczenia celów odpowiednio do 2025 r., 2030 r. lub 2035 r. w zakresie przygotowania do ponownego użycia i recyklingu odpadów komunalnych oraz opakowaniowych, a także redukcji składowania odpadów komunalnych. Zaproponowano również m.in. wprowadzenie nowych definicji lub zmiany obowiązujących definicji, rozszerzenie obowiązku selektywnego zbierania odpadów, określenie minimalnych wymagań w zakresie rozszerzonej odpowiedzialności producenta oraz zmiany w sprawozdawczości. Zakończenie prac w UE nad pakietem odpadowym będzie wiązało się z koniecznością dostosowania prawa krajowego do zmienionych przepisów prawa wspólnotowego.
Przypomnijmy, że w lipcu 2017 r. Państwo Środka powiadomiło Światową Organizację Handlu (WTO) o zakazie sprowadzania do Chin 24 rodzajów odpadów pogrupowanych w cztery kategorie. Są to domowe plastiki, papier niesortowany, różnego rodzaju odpady wydobywcze i z przemysłu tekstylnego. Jak to wyglądało w praktyce? - Nie wydawano nowych licencji importowych, zaczęła się dokładna kontrola towarów i zwroty do dostawców - mówi Matlak. Tymczasem według danych Eurostatu eksport odpadów z samych tylko tworzyw sztucznych poza UE wynosił dotąd około 3 mln ton rocznie, z czego ponad 85 proc. trafiało właśnie do Chin. W Europie były kraje, które eksportowały do Państwa Środka prawie całość swoich odpadów plastikowych (np. Irlandia - w 2016 r. aż 95 proc.). Według chińskich danych rządowych w 2015 r. kraj ten zaimportował łącznie 49,6 mln ton odpadów.
Chiny skupowały jednak nie tylko plastiki. Jak podaje portal Politico, z 56,4 mln ton makulatury wytworzonej przez obywateli UE w 2016 r. ok. 8 mln ton trafiło do Chin. Pod koniec ub. r. ta liczba zmniejszyła się jednak już do 6,4 mln ton.
Większość tworzyw sztucznych nie nadaje się do recyklingu z uwagi na złożony i problematyczny skład materiałowy. Obliczono, że ulepszenia w projektowaniu mogą zmniejszyć koszt recyklingu odpadów opakowaniowych z tworzyw sztucznych aż o połowę
prezes KIGO
Nie zanosi się, by sytuacja miała ulec w najbliższych latach znaczącej poprawie. Chiny zapowiedziały już bowiem, że z końcem tego roku rozszerzą obowiązujący zakaz sprowadzania odpadów o 16 nowych pozycji. Mowa tu m.in. o złomowanych statkach, prasowanej karoserii samochodowej, kablach elektrycznych. Na cenzurowanym znalazły się też chemikalia, a także odpady drewniane i złom stali nierdzewnej, tytanu, cynku i magnezu. Ich import zostanie zakazany z końcem 2019 roku.
O tym, że obecnie cała Europa dławi się nadmiarem nieprzetwarzanych odpadów mówią wprost eksperci KIGO. - Nasi partnerzy zrzeszeni w Municipal Waste Europe (europejska organizacja przedsiębiorstw gospodarki odpadami sektora samorządowego - przyp. red.) podkreślają, że tak jak i my napotykają podobne problemy rynkowe. I to mimo wyższego zaawansowania technologicznego i systemowego w gospodarce odpadami - mówi Ewa Rakowska. Mowa chociażby o naszych zachodnich sąsiadach. - Obserwując wartości popularnego wskaźnika rynku niemieckiego, widzimy, że w okresie od czerwca 2017 do marca 2018 r. spadek w notowaniach folii wyniósł, w zależności od gatunku, od 105 do 150 euro/tonę - informuje Dariusz Matlak.
RAMKA 3
Dlaczego śmieci w ogóle trafiały do Państwa Środka?
Chiny masowo skupowały odpady z całego świata już od lat 80. Plastik był bowiem wartościowym surowcem dla gwałtownie rosnącego chińskiego przemysłu. W efekcie druga gospodarka świata stała się największym producentem tworzyw sztucznych, który odpowiada za ok. 30 proc. światowego produkcji. Na tej sytuacji przez długi czas korzystali jednak nie tylko Chińczycy. Wysyłanie setek tysięcy ton odpadów na drugi koniec globu było również na rękę Europejczykom. Szczególnie że zgodnie z prawem unijnym państwa członkowskie przy obliczaniu osiąganego poziomu recyklingu mogą uwzględniać odpady przetwarzane za granicą. Innymi słowy, by wywiązać się z restrykcyjnych obowiązków recyklingowych niechciane odpady wysyłano do Azji, a nie utylizowano w kraju, które je wytworzył. W praktyce prowadziło to do sytuacji, że na lokalnym podwórku poddawano recyklingowi tylko odpady czyste i wysokiej jakości. Najbardziej zanieczyszczone wysyłano na drugi koniec świata. I jak zwraca uwagę organizacja Zero Waste Europe, nie ma wiarygodnych informacji, czy odpady te rzeczywiście recyklingowano, a jeżeli tak, to na jakich warunkach. Niewykluczone więc, że o jakimkolwiek odzysku nie było w ogóle mowy.
Polska w cenowym potrzasku
Także w Polsce nie ma wystarczającej ilości instalacji do przetwarzania surowców, zwłaszcza tworzyw sztucznych. Nie było bowiem bodźca ekonomicznego do ich powstawania - zagospodarowanie surowca w Chinach było tańsze. Dodatkowo niskie wymogi jakościowe powodowały, że wytwórcy nie musieli zwracać uwagi na jakość surowca czy stopień jego doczyszczenia. Większość surowców i tak można było sprzedać za dobrą cenę. Teraz krajowi recyklerzy nie mają możliwości przerobienia całości wytwarzanych w kraju odpadów. W efekcie zalegają one u podmiotów zajmujących się odzyskiem, a to wpływa na obniżenie cen zakupu surowców przez recyklerów.
Eksperci przekonują, że nie dość, iż oferowane ceny surowców wtórnych są niższe, to jeszcze podniesione zostały wymagania jakościowe, które stawiają recyklerzy. A tak wysokiej jakości funkcjonujące do tej pory w Polsce systemy selektywnej zbiórki odpadów nie zawsze są w stanie zapewnić. - W Polsce obserwujemy systematyczny spadek cen tworzyw od połowy 2017 r. I tak np. przed kryzysem folie LDPE w gatunku 98/2 można było sprzedać średnio za 1800 zł/tonę, a dzisiaj ceny wynoszą ok. 600-700 zł/tonę.
Niekorzystny trend cenowy zauważają też członkowie Krajowej Izby Gospodarki Odpadami. - Z naszej analizy wynika, że branża w całej Polsce obserwuje obecnie spadek cen opakowań z tworzyw sztucznych - mówi Tomasz Uciński, prezes zarządu KIGO. - Przykładowo, w województwie kujawsko-pomorskim odnotowano spadek ceny folii bezbarwnej o 35 proc,. a folii mix aż o 80 proc. W woj. małopolskim - w porównaniu do 2015 r. - cena za ten surowiec spadła aż o 80 proc. W woj. świętokrzyskim przetwarzający kolorowej folii nie mogą sprzedać nawet za symboliczną złotówkę za tonę. Na Mazowszu zaś do odbioru kolorowej folii należy dopłacić 110 zł za każdą tonę i ponieść jeszcze koszty jej transportu do odbiorcy. A jeszcze w 2016 r. sprzedawano tam folię za 170 zł za tonę - wylicza Uciński.
Eksperci podkreślają też, że negatywny trend widać w przypadku przetwarzania makulatury. - Parę lat temu papiernie wręcz zabiegały o dostawców, teraz recyklerzy papieru mogą swobodniej wybierać dostawców. Mogą kupować towar wysokiej jakości za stosunkowo niską cenę - mówi. I dodaje, że według europejskich wskaźników w okresie od maja 2017 r. do marca 2018 r. cena makulatury spadła o ponad 40 euro za tonę.
OPINIE EKSPERTÓW
Chiński kryzys to problem, ale i szansa
@RY1@i02/2018/091/i02.2018.091.18300120a.805.jpg@RY2@
Dariusz Matlak prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami
Decyzja Chin o wstrzymaniu importu odpadów spowodowała, że idea gospodarki obiegowej będzie trudniejsza do wprowadzenia, niż nam się wydawało. Jest wciąż wiele pytań. Czy wydatki inwestycyjne będą się zwracać w oczekiwanym tempie? Jesteśmy dzisiaj w patowej sytuacji. Inwestor prywatny ma problem z podjęciem ryzyka inwestycyjnego przy niestabilnych cenach na rynku wykorzystania surowców wtórnych, a podmiot publiczny nie podejmuje decyzji o recyklingu surowców, bo dysponuje zapleczem technologicznego MBP (mechaniczno-biologiczne przetwarzania zmieszanych odpadów komunalnych - red.). Przy czym on też ma kłopot ze zbytem zebranych surowców, ich jakością, spadkiem cen oraz potrzebą wyjaśnienia mieszkańcom - swoim wyborcom, że trzeba zapłacić więcej za odpady.
Tak więc import do Chin był dla Europy wygodny i tani. Trudno znaleźć szybko porównywalne rozwiązania. Dlatego gospodarka o obiegu zamkniętym wymaga zaangażowania wszystkich uczestników rynku. Biznes nie lubi marnotrawstwa i teraz musi zadbać o zasoby. Konsument musi chcieć być aktywnym uczestnikiem GOZ, a biznes musi widzieć w tym korzyści. Państwo powinno to umożliwić i wspierać przedsiębiorców. Ta triada wymaga zmiany zachowania konsumenta, realnych pieniędzy w systemie (z rozszerzonej odpowiedzialności producenta) i dobrych ram prawnych. Przy czym wobec coraz niższych środków dofinansowania nowych przedsięwzięć z funduszy unijnych rozwiązaniem mogłoby być PPP. Dialog pomiędzy partnerami, biznesem i administracją, będzie moim zdaniem motorem zmian.
Tylko dla poziomu
- Wysortowanie obecnie surowców ze strumienia odpadów komunalnych zmieszanych i zbieranych selektywnie jest dla przedsiębiorstw uzasadnione jedynie koniecznością osiągnięcia możliwie najwyższych poziomów odzysku i recyklingu oraz zmniejszeniem ilości kierowanych na składowisko pozostałości po sortowaniu, których zagospodarowanie jest bardziej kosztowne. Do zagospodarowania tego typu surowców, aby wypełnić wymagania prawne, RIPOK musi więc dopłacić - tłumaczy Ewa Rakowska z KIGO. Dodaje, że zakładanie zysków ze sprzedaży surowców wtórnych na pokrycie kosztów ich selektywnej zbiórki, które przedsiębiorstwa kalkulowały jeszcze parę lat temu (kiedy otrzymywały za nie godziwą cenę), jest w dzisiejszych warunkach rynkowych nierealne. - Część z RIPOK-ów z uwagi na podpisane wcześniej umowy przetargowe (np. trzyletnie) notuje straty i jest zmuszona do poszukiwania innych źródeł finansowania, np. poprzez podwyżkę cen za przyjmowanie do przetwarzania odpadów zmieszanych oraz selektywnie zbieranych dla innych odbiorców - mówi ekspertka. Tam jednak, gdzie umowy z gminami się kończą, RIPOK-i podnoszą ceny. A gminy nie mają wyjścia i obciążają tym mieszkańców, ustalając nowe, wyższe stawki za śmieci.
Polska marnotrawna, czyli chleb nasz (zbyt) powszedni
Bruksela nie godzi się, by do kosza trafiało rocznie ponad 90 mln ton jedzenia, które wciąż nadaje się do spożycia. Zwłaszcza gdy 793 mln ludzi na świecie cierpi z powodu niedożywienia. Polska w tym zakresie też ma wiele do nadrobienia
Nowe regulacje unijne mówią o zmniejszaniu poziomu marnowanej żywności. Głównie chodzi o nacisk na handlowców, by wielkie sklepy oddawały niesprzedane produkty, korzystając z pomocy organizacji pozarządowych. Ustawa w tej sprawie jest przygotowywana w Senacie. Ale także jednostki samorządu mogą w tej sprawie wiele zrobić i w części z nich już to się dzieje. Gminy są przychylne powstającym jak grzyby po deszczu jadłodzielniom, czyli miejscom, gdzie zostawia się jedzenie, którego nie można wykorzystać (np. z powodu wyjazdu lub dlatego, że kupiło się go za dużo). Organizują też z Caritasem czy bankami żywności akcje typu "Nie wyrzucaj jedzenia do śmieci". W ten sposób chcą uświadomić mieszkańcom, że zamiast produkować kosztowne odpady, mogą wcześniej pomyśleć i podzielić się jedzeniem z kimś innym.
Szlaki już przetarte...
Zakaz marnowania nadającej się jeszcze do użytku żywności wprowadziła już Francja. Nad Sekwaną pod karą grzywny zobligowano supermarkety (których powierzchnia przekracza 400 mkw.) do przekazywania niesprzedanych produktów organizacjom charytatywnym. Beneficjentami mogą być np. organizacje charytatywne. Żywność może też trafić do farmerów na pasze dla zwierząt lub jako organiczny kompost. Jak wylicza tamtejszy rząd, co roku we Francji do śmietników trafia ok. 7,1 mln ton żywności. Większość - 67 proc. - wyrzucają zwykli konsumenci, 15 proc. restauracje, a 11 proc. sklepy. Wartość tej zmarnowanej żywności to 12-20 mld euro rocznie. Rząd ma nadzieję, że do 2025 r. uda się ograniczyć to marnotrawstwo o co najmniej połowę.
Bardzo zbliżone rozwiązanie działa u naszych południowych sąsiadów. Od stycznia tego roku w Czechach wszystkie sklepy o powierzchni powyżej 400 mkw. są zobligowanie nieodpłatnie przekazywać organizacjom charytatywnym niesprzedaną żywność. Jest ona następnie redystrybuowana do beneficjentów pomocy społecznej (np. domów dziecka, niepełnosprawnych, samotnych matek). Obowiązkowo przekazywana jest m.in. żywność, która jest bezpieczna dla zdrowia i świeża, a nie spełnia biurokratycznych standardów określonych przez prawo żywnościowe. Innymi słowy są to produkty błędnie, niedokładnie lub niewłaściwie oznakowanie. Na podmioty, które się z tych obowiązków nie wywiązują, czeka kara do 10 mln czeskich koron (ok. 1,6 mln zł).
...ale jest szansa na miejsce w pierwszej trójce
Czy Polska jest gotowa włączyć się w walkę z marnotrawstwem żywności? Wydaje się, że tak - przynajmniej na poziomie legislacji. Mowa o senackim projekcie ustawy o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności (druk 2431), który 11 kwietnia skierowano do I czytania do sejmowej komisji gospodarki i rozwoju. Przewiduje on, że sklepy o powierzchni powyżej 250 mkw. (przy czym przez pierwsze dwa lata byłyby to tylko największe placówki handlowe powyżej 400 mkw.) miałyby obowiązek zawarcia z organizacją pozarządową umowy dotyczącej nieodpłatnego przekazania żywności na cele społeczne. W przypadku jej niezawarcia bądź niezastosowania się do warunków podpisanej umowy, sklepy będą musiały płacić 10 gr za każdy zutylizowany kilogram pożywienia. Co ważne, według zamysłu projektodawców również i te pieniądze trafiłyby do organizacji charytatywnych.
RAMKA 4
Jesteśmy pionierem... w zwolnieniu z VAT
Co ciekawe, Polska była pierwszym krajem, który skorzystał z nowej wykładni unijnego komitetu ds. VAT, który w 2013 r. autoryzował zwolnienie z daniny dla darowizny żywności o krótkim terminie spożycia. I tak zgodnie ze znowelizowanym (jeszcze w październiku 2013 r.) art. 43 ust. 1 pkt 16 ustawy o VAT wolne od daniny jest przekazanie żywności na rzecz organizacji pożytku publicznego (OPP) na jej działalność charytatywną. Wyjątkiem jest przekazanie napojów o zawartości alkoholu powyżej 1,2 proc. oraz mieszanek piwa i napojów bezalkoholowych powyżej 0,5 proc. Takie darowizny nie są już zwolnione z VAT.
Przed nowelizacją, która weszła w życie w październiku 2013 r., prawo do zwolnienia mieli tylko producenci żywności. Obecnie mogą z niego korzystać również sklepy i restauracje, którym wcześniej bardziej opłacało się wyrzucić żywność, niż przekazać ją w darowiźnie. Ulgi dotyczą również PIT i CIT. Przedsiębiorca darczyńca może bowiem pomniejszyć przychód o koszt wytworzenia bądź cenę nabycia żywności darowanej OPP. Wynika to z art. 16 ust. 1 pkt 14 ustawy o CIT oraz art. 23 ust. 1 pkt 11 ustawy o PIT.
Przy czym katalizatorem zmian w Polsce stała się słynna sprawa legnickiego piekarza, któremu organy podatkowe nakazały zapłacić ponad 200 tys. zł zaległego VAT. Piekarz twierdził, że przekazywał chleb stołówce dla bezdomnych. Przegrał jednak przed Naczelnym Sądem Administracyjnym, który uznał, że darowizna żywności była jedynie pretekstem do ukrywania faktycznych obrotów firmy. Nagłośniona przez media sprawa przyczyniła się jednak do zmiany przepisów.
Współpraca B.Ł.
Jak zwracają uwagę autorzy projektu, dziś nie mamy regulacji, które pozwalałyby przeciwdziałać marnowaniu jedzenia. Polskie prawo przewiduje jedynie ulgi podatkowe w VAT - w przypadku darowizn dokonywanych przez wytwórców produktów spożywczych, a od 2013 r. również dystrybutorów żywności (ramka 4).
!W Polsce nie ma obecnie regulacji, które pozwalałyby przeciwdziałać marnowaniu jedzenia - polskie prawo przewiduje jedynie ulgi podatkowe w VAT. To się jednak może zmienić, w Sejmie trwają pracę nad senackim projektem ustawy. Zgodnie z nim sklepy o powierzchni powyżej 250 mkw. będą musiały zawierać z organizacjami pozarządowymi umowy o nieodpłatnym przekazaniu żywności na cele społeczne.
Dlaczego duże placówki miałyby przewodzić rewolucji w walce z marnotrawstwem, skoro zgodnie z unijnymi statystykami najwięcej jedzenia wyrzucamy na końcu łańcucha produkcyjnego, czyli we własnych domach? Zdaniem projektodawców przemawia za tym "specyfika działalności tych sklepów, która ułatwia dostarczanie towarów żywnościowych, np. do banków żywności. Co więcej, ich centralna struktura decyzyjna pozwala na szybkie identyfikowanie towaru, któremu kończy się termin ważności i umożliwia wdrażanie rozwiązań ograniczających marnotrawstwo".
Opłata za marnowanie żywności i... wyjątki
Senatorowie przewidzieli też kij na sprzedawców, którzy nadal będą doprowadzali do marnowania żywności. Na mocy projektowanych przepisów musieliby oni płacić za taką niegospodarność. Stosowna opłata miałaby być wyliczana przez pomnożenie jednostkowej stawki i ilości marnowanej żywności (w kilogramach) przez obowiązany podmiot, który będzie ją uiszczał samodzielnie do 30 kwietnia następnego roku. Przy czym, jeśli wysokość opłaty nie przekroczyłaby 200 zł, to nie byłaby ona wymagana. Co ważne, pieniądze pochodzące z opłat mają być przekazywane organizacjom pozarządowym, z którymi sprzedawcy żywności zawrą umowy dotyczące nieodpłatnego przekazywania żywności na cele społeczne. Dla opornych przewidziano kary finansowe - od 500 do 10 tys. zł. Wymierzałby je wojewódzki inspektor inspekcji handlowej (WIIH). Należałyby się one za nieprzekazanie, przekazanie części kwoty opłaty dla organizacji pozarządowej lub przekazanie jej po terminie. Z kolei niezawarcie umowy z organizacją pozarządową grozić ma karą w wysokości 5 tys. zł. Przy czym kara za brak stosownego porozumienia nie byłaby wymierzana, jeżeli tylko sprzedawca udowodniłby, że na terenie własnego powiatu było to niemożliwe, bo nie funkcjonuje tam żadna organizacja.
Dla małych jest miejsce
Jednak z marnotrawstwem żywności skutecznie mogą walczyć nie tylko duże obiekty handlowe, ale każdy z nas. Pierwszą w Polsce jadłodzielnię - w maju 2016 r. - założyły na terenie Uniwersytetu Warszawskiego: Karolina Hansen, wykładowczyni na wydziale psychologii UW i Agnieszka Bielska, która kiedyś pracowała w bankach żywności. W półtora roku w stolicy stanęło dziewięć kolejnych. Idea rozniosła się już na cały kraj i w tej chwili społeczne lodówki czy szafki są w wielu miastach, m.in. w Toruniu, Łodzi, Krakowie. Karolina Hansen mówi, że władze lokale przychylnym okiem spoglądają na jadłodzielnie, ale specjalnie pomocy w ich tworzeniu czy promowaniu nie widać. - Idealnym miejscem na jadłodzielnie są miejsca użyteczności publicznej jak: biblioteki, domy kultury, świetlice, które tak czy siak podlegają pod miasto. A już na pewno obowiązkowo w tzw. miejscach aktywności lokalnej (placówki, które oprócz swojej codziennej działalności bycia np. domem kultury, klubokawiarnią, wspierają lokalne pomysły i działania społeczne) - mówi Hansen. W takim miejscu w stolicy jest jedna jadłodzielnia, przy ul. Paca.
Hansen podkreśla też rolę miasta czy gminy w promocji foodsharingu. Jak wyjaśnia, chodzi nie tylko o przekonanie osób prywatnych, by dbały o to, co się w ich lodówkach dzieje, ale też edukowanie firm, sklepów, restauratorów, by się zastanowili, co zrobić z nadmiarem jedzenia. - Duża firma może je oddać do banków żywności, średnia do organizacji pozarządowych, które darowiznę legalnie przyjmą i pokwitują. Drobny sklepik też może zrobić gest - postawić żywność obok śmietnika. Jest to wówczas tzw. porzucenie i każdy, kto przechodzi obok, może to sobie zabrać.
Nie tylko kwestia etyczna
Aspekt etyczny tej walki to jednak tylko jedna strona medalu. Drugą są koszty dla gospodarki i środowiska. A są one wysokie. Przykład? Biuro Analiz Parlamentu Europejskiego podaje, że w UE niszczy się każdego roku ponad 377 tys. ton pomidorów. Oznacza to, że na ich produkcję zmarnowaliśmy 90 km kw. ziemi uprawnej, 57 mld litrów wody i 7 mln godzin pracy. W sumie, jak wynika z danych Komisji Europejskiej, tylko w 2012 r. marnotrawstwo jedzenia kosztowało UE ok. 143 mld euro. A kwota ta może tylko się zwiększać, bo według szacunków PE już za niecałe dwa lata liczba wyrzucanej żywności może wzrosnąć aż do 126 mln ton.
Chociaż Polacy nie marnują najwięcej, to też daleko nam do najbardziej oszczędnych. Na tle Europy nasz kraj zajmuje bowiem piąte miejsce wśród najbardziej rozrzutnych. Wyprzedzają nas tylko Niemcy, Francja, Holandia i Wielka Brytania. Jak wynika z raportu "Nie marnuj jedzenia 2016", przygotowanego przez Federację Polskich Banków Żywności, niemal 40 proc. polskich obywateli przyznało, że zdarza im się wyrzucać jedzenie. Do kosza najczęściej trafiają produkty o krótkim terminie przydatności do spożycia.
Ziemia też płaci
Jak przekonują eksperci, ekonomia to jedno, a obciążenie środowiska na skutek naszego lekkomyślnego podejścia do zakupów i żywieniowych oszczędności, to drugie. - W końcu wszystkie składniki naszych posiłków wiążą się z produkcją, opakowaniem, transportem, energią i emisją odpadów przemysłowych. Wyrzucona żywność to zmarnowane hektolitry wody i energia zużyta do jej produkcji, transportu, przechowywania i przygotowania - przekonuje Marek Borowski, prezes zarządu Federacji Polskich Banków Żywności (FPBŻ). Dodaje, że problem ten najlepiej obrazują konkretne przykłady. - Wyrzucona do kosza kanapka z serem to aż 90 litrów zmarnowanej wody, z kolei kilogram ziemniaków to aż 300 litrów. O mięsie wołowym lepiej nie wspominać, gdyż na wyprodukowanie jednego kilograma wołowiny potrzeba od 5 to 10 tys. litrów wody - wylicza. I podkreśla, że produkcja żywności wymaga także energii, m.in. w postaci prądu. Na wyprodukowanie 1 kcal żywności zużywa się bowiem ok. 10 kcal z paliw, w tym benzyny podczas transportu.
Również Julia Patorska, ekspertka z Deloitte, podkreśla, że analizując koszty marnowania żywności, nie można abstrahować od wszystkich kosztów poniesionych w całym cyklu produkcji i dystrybucji. I o ile w uproszczeniu można przyjąć, że straty dla gospodarki wynoszą w sumie równowartość ceny produktu powiększoną o dodatkowe koszty odbioru i zagospodarowania odpadu (500-800 zł za tonę), o tyle szczególnie trudno jest oszacować koszty środowiskowe. - Z pomocą przychodzi nam jednak przelicznik odnoszący się do emisji gazów cieplarnianych. Badania przeprowadzone w 2010 r. na zlecenie DG ENVIRO wskazały, że tona zmarnowanej żywności to co najmniej 1,9 t dodatkowej emisji CO2 - mówi ekspertka. Cytowane przez nią wyliczenia potwierdzają też dane Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), z których wynika, że marnowanie żywności odpowiada za 8 proc. gazów cieplarnianych emitowanych na skutek działalności człowieka. - Z powodu zmarnowanej żywności Europejczycy wyemitowali 170 mln ton dwutlenku węgla. To tyle, ile emitują rocznie cała Holandia czy Wenezuela - szacuje Marek Borowski z FPBŻ. I zwraca przy tym uwagę, że nawet 20-krotnie groźniejszym gazem cieplarnianym niż dwutlenek węgla jest metan pochodzący z rozkładającej się żywności.
@RY1@i02/2018/091/i02.2018.091.18300120a.101(c).jpg@RY2@
Jakub Pawłowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu