Nadchodzi reforma ETS. Czy inna polityka klimatyczna UE jest możliwa? [OPINIA]
System opłat za emisje CO2 dowiódł swojej skuteczności jako narzędzie dekarbonizacji, ale ma też krytyczne wady. Przez ostatnie kilka lat ten pogląd uchodził w Unii Europejskiej za herezję, ale dziś okoliczności sprzyjają podjęciu dyskusji na nowo.
„Wstrząs dla fundamentów polityki klimatycznej UE” oraz „napaść na najważniejsze europejskie prawo” w tej dziedzinie ogłosił w połowie lutego w jednym z nagłówków portal Politico.
Walka z ETS wchodzi na salony? Mainstream UE martwi się cenami energii
Chodzi o falę krytyki, która spadła na system ETS, obciążający opłatami emisje dwutlenku węgla w sektorach energetyki i przemysłu. Jej apogeum przypadło na niedawny szczyt w Antwerpii. O otwartość na zmiany w mechanizmie zaapelował tam m.in. kanclerz Niemiec Friedrich Merz, wskazując, że jeśli ETS okazuje się niewystarczająco skuteczny jako narzędzie ograniczania emisji i wsparcia dekarbonizacji gospodarki, UE powinna dopuścić „jego rewizję albo przynajmniej odłożenie w czasie”. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku nowego systemu, który miał objąć emisje z sektorów transportu i budynków (ETS2). Pierwotnie ten „młodszy brat“ systemu obowiązującego w energetyce i przemyśle miał być uruchomiony już od początku 2027 roku. Ostatecznie jednak w sprawie przesunięcia tego terminu o jeszcze jeden rok porozumiały się kraje członkowskie i przedstawiciele europarlamentu.
O tym, że wysokie ceny energii w połączeniu z kosztami uprawnień do emisji przyspieszają „dezindustrializację zamiast dekarbonizacji”, mówił z kolei prezydent Francji Emmanuel Macron. Nawiązując do pierwotnych prognoz cenowych dla pakietu legislacyjnego Fit for 55, ocenił, że notowania uprawnień powinny dziś mieścić się w przedziale 30–40 euro za tonę, a są dwukrotnie wyższe, co mocno obciąża m.in. gospodarki ze środkowo-wschodniej części Europy. Macron opowiedział się również za „technicznymi zmianami”, które ograniczą koszty generowane przez system opłat za CO2 i ograniczą spekulacje na rynku.
Wypowiedź kanclerza Niemiec jawi się szczególnie znacząco, bo to właśnie Berlin był dotąd jedną ze stolic najmocniej przywiązanych do systemu ETS jako filaru europejskiej polityki energetyczno-klimatycznej. I choć już dzień później Merz starał się łagodzić wydźwięk swojej wypowiedzi z Antwerpii, podkreślając, że rynek handlu uprawnieniami CO2 dowiódł swojej skuteczności, a obecnie wymaga jedynie korekt, to liczni komentatorzy, tak jak przywoływane tu Politico i jego reporterka Zia Weise, stwierdzili, że doszło do „naruszenia tabu” i „uderzenia w serce” Europejskiego Zielonego Ładu.
Włochy sięgają po osinowy kołek. Ale muszą czekać na decyzję Brukseli
Jakby na potwierdzenie tych wypowiedzi, w drugiej połowie tygodnia, od słów do czynów w kwestii ETS i wpływu tego systemu na ceny energii postanowiła przejść premier Włoch Giorgia Meloni. Zgodnie z przyjętym przez jej gabinet „dekretem energetycznym” ponoszony przez elektrownie gazowe koszt zakupu uprawnień CO2 ma być im rekompensowany z budżetu państwa. – Uprawnienia ETS są de facto obowiązującym z woli Europy podatkiem, wymierzonym w najbardziej emisyjne formy produkcji energii (…). To ma sens. Problem w tym, że obecnie uprawnienia ETS mają wpływ na cenę wszelkiej energii, w tym tej ze źródeł odnawialnych, które nie ponoszą kosztów ich zakupu – oświadczyła szefowa włoskiego rządu.
Pośrednio zyskać mają odbiorcy końcowi, o których rachunkach decyduje w istotnej mierze koszt produkcji energii z gazu (zgodnie z zasadą merit order cenę energii elektrycznej na rynku hurtowym wyznacza najdroższe źródło w miksie). – Chcemy oddzielić koszty ETS od cen energii ze źródeł odnawialnych – przyznała Meloni. Elektrownie gazowe odpowiadały w 2025 roku za ponad 40 proc. energii produkowanej we włoskim systemie, a OZE za prawie 49 proc.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.