Co energetyka może zrobić dla nas, a nie my dla niej
Na temat liberalizacji i konkurencji na rynku energii wypowiadają się energetycy i odbiorcy końcowi, jak również politycy. Kilka dni temu prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zwrócił uwagę na strukturę rynku, która nie sprzyja konkurencji, oraz na konieczność roztoczenia większej troski nad odbiorcą końcowym.
Chciałbym dorzucić tu kilka słów. Struktura rynku, jaka powstała w wyniku konsolidacji na rynku energii, stwarza wyjątkowo trudne warunki dla rozwoju konkurencji. Mamy oto na rynku czterech graczy, z których tylko jeden ma nadwyżkę mocy pozwalającą na sprzedaż energii innym. Pozostałym energii mniej lub więcej brakuje. Wielka czwórka, pomijając subtelności częściowej prywatyzacji jednego z nich, to gracze, którzy mają jednego właściciela. Dla porządku dodajmy, że jest również konkurencja (rozumiana podmiotowo) w postaci dwóch zagranicznych przedsiębiorstw pozbawionych w zasadzie źródeł wytwórczych, które zajmują marginalną pozycję na rynku.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden czynnik, który nazwę tutaj genetycznym, polegający na tym, że wieloletni brak fluktuacji kadr powoduje znacząco większą personalizację relacji pomiędzy przedstawicielami różnych graczy niż to ma miejsce w innych sektorach. Energetyka jest więc pewnie fenomenem nie tylko prawniczym i ekonomicznym, ale w dużym stopniu socjologicznym i politologicznym. Wielka czwórka nie rywalizuje między sobą o odbiorców, uzgadnia stanowiska występując razem na konferencjach (nie obniżymy cen dla przemysłu, bo...), prowadzi wspólny lobbing wobec organów władz publicznych.
Póki co trudno więc zauważyć rywalizację, grę odmiennych interesów, charakterystyczną dla tego układu relacji na rynku, który nazywamy konkurencją, a skutek jest pewnie nie najlepszy dla odbiorców końcowych. Brak konkurencji i niska efektywność (struktura wewnętrzna każdej z grup skonsolidowanych liczy od kilkudziesięciu do kilkuset spółek, układy zbiorowe uniemożliwiają restrukturyzację, zmienność zarządów uzależniona od koniunktury politycznej utrudnia prowadzenie stabilnej polityki etc.) odbijają się czkawką odbiorcom końcowym straszonym widmem braku energii oraz czarnymi wizjami lawinowego wzrostu cen w przyszłości.
Po części pewnie te wizje mają swoją podstawę, jeżeli weźmiemy pod uwagę skutki, które może przynieść ze sobą realizacja pakietu energetyczno-klimatycznego UE. Inwestycje w energetyce, które są w tym kontekście niezbędne, wymagają racjonalizacji, która (taką mam nadzieję) dokona się w najbliższej odsłonie polityki energetycznej Polski do 2030 roku. Zapowiadana prywatyzacja sektora energetycznego dokłada tutaj jeden ciekawy element. Trudno dziś przewidzieć, jak będzie się kształtowała polityka inwestycyjna przyszłych właścicieli (pozwolę sobie nie rozważać tutaj nieco surrealistycznego wątku budowy kilkudziesięciu tysięcy MW nowych mocy zadeklarowanych przez sektor przed końcem 2008 r.).
Tym samym istnieje niebezpieczeństwo, że polityka energetyczna przekształci się w listę pobożnych życzeń. Oprócz uwzględnienia tego faktu polityka energetyczna nie może przekształcić się w politykę energetyków. Nie może być więc tak, że stanie się tylko listą zapotrzebowania branży energetycznej oderwaną od uwarunkowań całości gospodarki.
Przyszła polityka energetyczna powinna przede wszystkim uwzględniać interes odbiorców końcowych (zarówno przemysłowych, jak też indywidualnych), jasno wytyczać rolę poszczególnych organów odpowiedzialnych za jej realizację, podkreślać znaczenie konkurencji. Dobrze byłoby, gdyby u jej podłoża znalazło się pytanie: co energetyka może zrobić dla nas, nie zaś - co my powinniśmy zrobić dla energetyki.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.