Biogazownie to coraz lepszy biznes
WSPARCIE PAŃSTWA dla energetyki odnawialnej jest na razie u nas takie, że wciąż bardziej opłaca się tzw. współspalanie i produkcja energii z wiatru niż budowa biogazowni czy instalacji biomasowych. Na szczęście zaczyna się to zmieniać
W Polsce obowiązuje jeden z dwóch z unijnych modeli wspierania rozwoju energetyki odnawialnej. Opiera się na tzw. kolorowych certyfikatach. Polega on na tym, że sprzedawcy prądu, zaopatrując się w nie u producentów, mają ustawowy obowiązek kupowania określonej ilości energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych. Ta ilość z roku na rok rośnie.
Dowodem na to, że sprzedawcy spełnili ten obowiązek, są tzw. zielone certyfikaty, które otrzymują firmy wytwarzające prąd w elektrowniach wiatrowych, wodnych czy biogazowych.
Nasz system był przez długi czas płaski, to znaczy, że jednakowe wsparcie otrzymywały wszystkie odnawialne źródła energii. Ostatnio zaczęło się to jednak zmieniać. Wprowadzono bowiem kolejne kolorowe certyfikaty, tym razem czerwone i żółte, dla elektrociepłowni, także tych bazujących na biogazie, które jednocześnie produkują prąd oraz ciepło i osiągają przy tym wysoką sprawność energetyczną. Fachowo nazywa się to wysokosprawną kogeneracją. Sprzedawcy prądu mają ustawowy obowiązek kupować określoną ilość energii elektrycznej także z tych źródeł, a dowodem na stosowanie się do tego nakazu jest kupienie odpowiedniej liczby czerwonych lub żółtych certyfikatów. Dzięki temu producenci energii ze źródeł odnawialnych, stosujący wysokosprawną kogenerację, mogą dostawać dwa rodzaje kolorowych certyfikatów - zielony i czerwony albo żółty. To zaś oznacza, że właściciele elektrowni biogazowych i kotłów na biomasę mają w zasięgu dwa razy większe wsparcie niż właściciele wiatraków, które wytwarzają tylko prąd.
Cena zielonego certyfikatu wynosi obecnie prawie 270 zł za 1 MWh i cały czas rośnie (podobnie jest w przypadku żółtych certyfikatów). Tymczasem średnia cena rynkowa prądu to dziś 197 zł za 1 MWh i także ma tendencję wzrostową. Jeśli do tego doliczy się wpływy z żółtych (116 zł za 1 MWh) czy czerwonych certyfikatów, okaże się, że polski system wspierania rozwoju energetyki odnawialnej jest dziś atrakcyjny, szczególnie dla firm zamierzających wykorzystywać biomasę i biogaz.
Od początku przyszłego roku będzie on dla nich jeszcze atrakcyjniejszy. Od stycznia będą one mogły bowiem otrzymywać nowy rodzaj kolorowych certyfikatów, tym razem nazwanych brązowymi. Dostanie się je za produkcję i wprowadzanie odpowiednio uzdatnionego biogazu do gazociągów. Będzie się on w nich mieszał z gazem ziemnym i trafiał w ten sposób do odbiorców, także do gospodarstw domowych. Brązowe certyfikaty są odpowiednikiem zielonych, co oznacza, że będą uzyskiwać tę samą cenę.
Takie wykorzystanie biogazu ma jedną podstawową zaletę. W biogazowniach produkuje się jednocześnie prąd i ciepło. Często jest jednak tak, że wyprodukowanej przez nie energii cieplnej nie ma jak wykorzystać albo można ją zużyć tylko częściowo. Instalacje biogazowe powstają bowiem często na wsi, gdzie zapotrzebowanie na ciepło jest niewielkie. To zaś obniża rentowność tych obiektów. Przy zatłaczaniu biogazu do sieci gazowniczych ten problem odpada.
Co jednak najważniejsze, firmy posiadające gazociągi, a więc przede wszystkim PGNiG, mają obowiązek kupna uzdatnionego biogazu i przyjęcia go do sieci. Nie ma więc ryzyka, że nie będzie go komu sprzedać. Kłopotem są jedynie koszty uzdatniania biogazu w taki sposób, by można było go tłoczyć do sieci. Zdaniem niektórych firm energetycznych obecnych na polskim rynku jest to na razie zbyt drogie, by ta działalność była wystarczająco rentowna. Zwolennicy takiego rozwiązania twierdzą jednak, że w sumie jest to opłacalne. Koszt produkcji metanu w biogazowni może zejść do poziomu 60 gr za m sześc. Tymczasem PGNiG sprzedaje go za ponad 90 gr za m sześc., dodając do tej ceny opłaty przesyłowe. Trzeba zaś w tym miejscu przypomnieć, że także właściciel biogazowni tłocząc gaz do sieci, będzie osiągał spore dodatkowe przychody z kolorowych certyfikatów. To zaś czyni wiarygodnymi zapewnienia, że na takim wykorzystaniu biogazowi również będzie można zarobić.
Jak to wszystko wygląda dziś w praktyce? Na razie wciąż bardziej opłaca się u nas budować wiatraki czy budować kotły na biomasę. Biogazownie są bowiem droższe od nich w budowie i eksploatacji. Obiekt o mocy 1 MW kosztuje 15 - 17 mln zł, ale im jest większy, tym koszt w przeliczeniu na moc niższy. W sporym uproszczeniu biogazownia powinna mieć moc co najmniej pół megawata, żeby miała szansę być opłacalna. Optymalna moc mieści się w okolicach jednego megawata. - To, czy taka inwestycja się opłaci, zależy od doboru lokalizacji - mówi Robert Gajor, prezes fimy Wikana Bioenergia, która już buduje biogazownie. - Kluczowe jest znalezienie takiego miejsca, w którego przypadku będzie zewnętrzny odbiorca ciepła z biogazowni. Przy naszych inwestycjach zakładamy, że ten zewnętrzny odbiorca bądź odbiorcy muszą kupować od nas co najmniej 60 procent wyprodukowanego w biogazowni ciepła.
Drugi kluczowy warunek to znalezienie źródła surowca do biogazowni, które będzie znajdować się od niej nie dalej niż 30 kilometrów. Przy większych odległościach przedsięwzięcie może nie spinać się finansowo.
Wielu inwestorów w sektorze energetyki odnawialnej głosi opinię, że biogazowni nie opłaca się na razie w Polsce budować bez otrzymania na ten cel publicznej - np. unijnej - dotacji. A rentowne bez subwencji mogą być tylko takie instalacje, w których przypadku wsad jest za darmo (dotyczy to np. obiektów przy oczyszczalniach ścieków). Budowane są już jednak biogazownie, których właściciele nie dostali dofinansowania, wsad będą kupować, a mimo to utrzymują, że to opłacalne inwestycje. Jednym z takich obiektów jest pierwsza instalacja biogazowa Wikany Bioenergia. Powstaje ona koło Lublina, tuż obok mleczarni, która ma jej dostarczać surowiec w postaci serwatki. - Ta mleczarnia zaopatrzy nas we wsad, a jednocześnie kupi od nas ciepło - tłumaczy prezes Gajor. - Odpadają koszty transportu surowca, nie ma strat na przesyle ciepła. Dzięki temu ta inwestycja zwróci się nam w osiem lat.
Nawet jednak Wikana stara się o dotacje i preferencyjne pożyczki na kolejne biogazownie. Chce bowiem, żeby surowcem dla nich była kukurydza, surowiec droższy niż serwatka z mleczarni. Prezes Gajor mówi, że te inwestycje - po uzyskaniu dotacji - zwrócą się firmie w sześć lat. Bez dofinansowania zwracałyby się ponad 10 lat. Jest wiele inwestycji które dają szybciej zarobić i pewnie dlatego firmy przymierzające się do biogazowni czekają w kolejce po dotacje.
@RY1@i02/2010/191/i02.2010.191.050.0002.001.jpg@RY2@
Fot. Bloomberg
Energetyka wiatrowa wysunęła się w Polsce na I miejsce wśród alternatywnych źródeł energii
Jacek Krzemiński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu