Biogazowni ciągle za mało
OZE W POLSCE - Moc elektrowni wykorzystujących źródła odnawialne wzrosła o 15 proc.
Elektrownie bazujące na źródłach odnawialnych w Polsce mają już łączną moc 2,3 tys. MW. To dwa razy więcej niż kilka lat temu, ale wciąż bardzo niewiele w porównaniu do naszego potencjału w tej dziedzinie. Szczególnie w przypadku biogazowni i instalacji biomasowych. Według Urzędu Regulacji Energetyki w I półroczu 2010 r. moc elektrowni wykorzystujących odnawialne źródła energii zwiększyła się o 342 MW, czyli więcej niż w całym 2009 roku. To oznacza wzrost o 15 proc., a zapracowały na niego przede wszystkim elektrownie wiatrowe, których moc zwiększyła się u nas w pierwszej połowie roku o 333 MW i przekroczyła 1050 MW. To zaś już 45 proc. mocy polskich elektrowni bazujących na źródłach odnawialnych. Tym samym wiatraki wysunęły się w Polsce na prowadzenie - wśród elektrowni bazujących na źródłach odnawialnych - pod względem zainstalowanej mocy.
Jeszcze w 2009 roku pierwsze miejsce w tej kategorii zajmowały siłownie wodne, które mają łącznie 948 MW. Teraz zajmują drugą lokatę. Trzecia pozycja należy do elektrowni biomasowych, z 252 MW. Same instalacje biogazowe, choć jest ich już około 130, mają tylko 77 MW łącznej mocy. Wśród nich tylko osiem to typowe biogazownie rolnicze. Resztę stanowią instalacje wybudowane przy oczyszczalniach ścieków i wysypiskach śmieci.
Wiatraki będą umacniać pozycję. O palmę pierwszeństwa będą z nimi bić się instalacje na biomasę, które budują albo chcą budować niemal wszyscy duzi producenci prądu w kraju. Zainteresowanie tą technologią jest u nas tak duże, że w Połańcu koncern GDF Suez buduje największy kocioł biomasowy na świecie. Stosunkowo niewiele dzieje się za to w Polsce w przypadku elektrowni wodnych. Takich inwestycji jest wprawdzie kilkadziesiąt, ale są to niemal w całości małe projekty.
Bardzo wiele firm chce budować w naszym kraju elektrociepłownie biogazowe i to na dużą skalę. Enea zamierza ich mieć 27. Energa kilkaset w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Nie mniej ambitne plany ma PGE. Jest jeszcze kilku innych inwestorów, z których każdy zamierza wybudować co najmniej 10 biogazowni. Na razie firmy na ogół wstrzymują się z realizacją nowych projektów, czekając na przyznanie dotacji z funduszy unijnych czy Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.
Inwestorzy starają się o dofinansowanie na budowę około 100 biogazowni, które mają kosztować 2,4 mld zł. Problem w tym, że dostępne w tym roku dotacje wystarczą tylko na około 40 instalacji. W kolejnych latach będzie podobnie. To bardzo mało w porównaniu rządowym programem, który zakłada, że do 2020 roku ma powstać ponad 2 tys. biogazowni.
Czy ten plan jest realny? Tak, ale pod paroma warunkami. Najważniejszy z nich dotyczy rządowych planów nowelizacji prawa energetycznego. Miałoby się ono zmienić w taki sposób, by bardziej zachęcić do inwestowania w biogazownie. W praktyce polegałoby to na zróżnicowaniu ceny zielonych certyfikatów w zależności od źródła pochodzenia prądu. W przypadku energii elektrycznej wyprodukowanej w instalacjach biogazowych certyfikaty byłyby droższe niż otrzymywane za prąd z elektrowni wiatrowych, wodnych czy biomasowych.
Kolejna szykowana zmiana to zmniejszenie wsparcia dla starszych elektrowni bazujących na źródłach odnawialnych, których koszt budowy już zwrócił się ich właścicielom. Chodzi głównie o stare elektrownie wodne. Dzięki takiemu rozwiązaniu planowane inwestycje mogłyby liczyć na wsparcie w postaci wyższych stawek za zielone certyfikaty. Podobne rozwiązanie stosuje się w Niemczech.
Prawo nakłada bowiem na sprzedawców prądu obowiązek zakupu energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych i to w określonych, rosnących z roku na rok, ilościach. W 2009 roku jej udział w całości zakupionego i sprzedanego w kraju prądu miał wynosić 8,7 proc., a w tym już 10,4 proc. To z kolei oznacza rosnący popyt na zielone certyfikaty i zapewnia opłacalność inwestycjom w energetykę odnawialną. Na razie energii elektrycznej faktycznie wyprodukowanej ze źródeł odnawialnych jest mniej, niż wynika z przepisów, ale bierze się to przede wszystkim z barier inwestycyjnych.
Spośród elektrowni niekonwencjonalnych najbardziej opłaca się budować w Polsce tzw. kotły do współspalania biomasy (tradycyjne kotły węglowe, w których do węgla dosypuje się biomasę) i wiatraki. Pierwsze są jednak mało efektywne energetycznie, a drugie często przerywają pracę i wymagają tzw. mocy rezerwowych. To one jednak zgarniają zdecydowaną większość wpływów z zielonych certyfikatów.
Taki stan rzeczy przekłada się na dane dotyczące produkcji prądu ze źródeł odnawialnych. W 2009 roku wyniosła ona łącznie 8,6 TWh, z czego 4,7 TWh przypadło na współspalanie, 2,4 TWh na siłownie wodne, 1 terawatogodzina na wiatraki, a zaledwie 0,6 TWh na elektrownie biomasowe i biogazowe. Jeszcze bardziej znamienny jest wzrost produkcji prądu ze współspalania, który przekroczył w 2009 roku 70 proc.
Równie imponującą dynamikę odnotowują elektrownie wiatrowe, w których produkcja w pierwszych siedmiu miesiącach 2010 roku zwiększyła się aż o 31 proc. Takim wzrostem nie mógł się pochwalić w Polsce żaden inny rodzaj elektrowni.
@RY1@i02/2010/191/i02.2010.191.050.001a.001.jpg@RY2@
Odnawialne źródła energii
Jacek Krzemiński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu