Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Energetyka

Giełdowa konkurencja korzystna dla odbiorcy

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Już 5 proc. sprzedawanego w Polsce prądu przechodzi przez Towarową Giełdę Energii. Za kilka miesięcy udział jej w rynku może wzrosnąć kilkakrotnie, co zwiększy atrakcyjność giełdy dla kupujących większe ilości energii elektrycznej.

Odbiorcy prądu w Polsce mogą już dowolnie wybierać jego sprzedawcę. Mimo to konkurencja wśród sprzedających rozwija się bardzo wolno, a zdecydowana większość klientów korzysta z dotychczasowych sprzedawców, którymi są po prostu dawne zakłady energetyczne wchłonięte przez większe struktury. Rynek działa w zasadzie tylko na Towarowej Giełdzie Energii (TGE), której obroty bardzo dynamicznie rosną. Na tzw. rynku dnia następnego wzrosły one w kwietniu o 70 proc. w porównaniu do tego samego okresu ubiegłego roku. Problemem jest jedynie wciąż stosunkowo mała ilość energii, którą producenci prądu decydują się sprzedawać na giełdzie. To zaś sprawia, że na razie możliwości kupna prądu na niej są ograniczone, a ceny z powodu małej płynności nie zawsze atrakcyjne.

To jednak zacznie się zmieniać już w sierpniu, gdy wejdzie w życie tzw. obligo giełdowe. W praktyce oznacza ono, że producenci będą musieli sprzedawać co najmniej 15 proc. swego prądu na giełdzie, internetowych platformach handlowych albo otwartych przetargach ogłaszanych przez kupujących energię elektryczną. Duża część tej uwolnionej energii trafi zapewne na TGE, jedyną dziś w Polsce licencjonowaną giełdę towarową. To zaś oznacza, że przynajmniej tam cena energii elektrycznej będzie ceną rynkową. Między innymi dlatego warto wziąć pod uwagę ten alternatywny sposób zaopatrzenia się w prąd.

- Giełda nie jest automatem do zmniejszenia cen, ale do ich obiektywizacji. Dla odbiorcy końcowego istnienie giełdy oznacza, że cena za energię elektryczną płacona przez niego jest ceną ustaloną rzetelnie, ponieważ jest ceną rynkową, a przez to najniższą możliwą w konkretnej sytuacji gospodarczej - mówi Jan Buczkowski, były prezes Giełdy Energii.

W praktyce oznacza to, że dobrze zaplanowane zakupy prądu na giełdzie powinny zapewnić jego niższą cenę niż u lokalnego dostawcy. Między innymi dlatego, że za pośrednictwem TGE będzie można jeszcze w tym roku kupić tańszą energię elektryczną ze Szwecji, pochodzącą z elektrowni atomowych i wodnych, przesyłaną do Polski kablem ułożonym na dnie Bałtyku.

Są dwa sposoby na to, by kupować prąd na TGE. Pierwszy to zlecenie transakcji kupna domowi maklerskiemu albo towarowemu domowi maklerskiemu. To metoda bezpieczna i najprostsza. Większość związanej z tym pracy spada na maklera. Kupujący ma tylko określić termin i okres dostawy, ile energii chce kupić, jakimi parametrami ma się ona charakteryzować. Musi też określić, kto w jego imieniu będzie odpowiadał za tzw. bilansowanie, czyli przede wszystkim rozliczał różnicę między ilością zamówionego prądu a faktycznie pobranego z sieci. Bilansowania tak czy owak nie da się uniknąć, bo rzadko kiedy można dokładnie przewidzieć zużycie prądu w firmie czy instytucji i zamówiona dostawa zwykle różni się później od faktycznego poboru.

Dom maklerski bierze za to na siebie zgłoszenie do Urzędu Regulacji Energetyki (URE) tzw. świadectw pochodzenia energii, czyli kolorowych certyfikatów, m.in. zielonych związanych z energią elektryczną pochodzącą ze źródeł odnawialnych. Korzystanie z usług biura maklerskiego ma tę wadę, że kosztuje. Jednak drugi sposób, czyli zostanie członkiem giełdy i kupowanie prądu na własną rękę, także oznacza dodatkowe koszty. Aby zostać członkiem giełdy, trzeba mieć zatrudnionego w firmie maklera giełd towarowych, zgodę Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) na prowadzenie rejestru lub rachunku giełd towarowych, umowę na przesył prądu z operatorem systemu przesyłowego. Transakcji nie da się bowiem zrealizować bez przesłania energii elektrycznej kupującemu. Należy zostać też uczestnikiem tzw. rejestru świadectw pochodzenia. Z chwilą dokonania transakcji certyfikaty są przeksięgowane na kupującego.

Kolejny wydatek to roczna opłata członkowska, którą muszą uiszczać wszystkie należące do giełdy firmy. Tę opłatę TGE pobiera z góry. Może ona wynosić jedynie tysiąc złotych, ale to oznacza później wysokie opłaty transakcyjne. Jeśli więc chcemy często kupować prąd na giełdzie, bardziej opłaca się wyższa opłata członkowska (100 tys. zł), bo to zapewnia 9-krotnie niższe prowizje od transakcji - jedynie 5 gr za każdą nabytą megawatogodzinę.

W praktyce kupowanie prądu na giełdzie jest dość proste. Robi się to poprzez uczestnictwo w aukcjach odbywających się na wniosek sprzedającego. Jego oferta zawiera datę aukcji, ilość energii do sprzedania, jej parametry oraz sugerowaną cenę zakupu. Uczestnicy aukcji składają zlecenia z ceną i informacją o ilości prądu, którą chcą kupić. Wszyscy, od najmniejszych do największych, są traktowani na równych warunkach. W pierwszej kolejności kupują ci, którzy zaoferowali najwyższą cenę, a sprzedają ci, którzy chcieli najmniej za swój prąd. Jeśli kilku kupujących zaoferuje taką samą cenę, wtedy o pierwszeństwie decyduje kolejność zgłoszeń. Dlatego może się zdarzyć, że podczas jakiejś aukcji kupimy tylko część prądu z naszego zlecenia albo nie kupimy go wcale.

Zlecenie może być na dostawę miesięczną, kwartalną, roczną, a nawet godzinową. Tę ostatnią zamawia się na tzw. rynku bieżącego albo następnego dnia. To oznacza niemal natychmiastową dostawę, czyli jeszcze tego samego dnia albo nazajutrz. Inny podział to tzw. dostawa bazowa (czyli ta sama ilość energii w każdej godzinie doby) i szczytowa, co oznacza większą ilość energii w godzinach szczytu poboru prądu z systemu.

Zabezpieczeniem dla sprzedających są depozyty pieniężne składane przez kupujących, które odpowiadają części sumy należnej za zamówiony prąd.

Jacek Krzemiński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.