Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Energetyka

Im większa, tym bardziej opłacalna

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Biogazownie da się budować niemal wszędzie. W naszym kraju działa tylko 120 takich zakładów, co pokazuje potencjał rozwoju tej branży

Na dodatek tylko siedem z nich to klasyczne biogazownie, wykorzystujące surowce i odpady rolne oraz poprodukcyjne z przemysłu spożywczego. Reszta to instalacje na wysypiskach śmieci i przy oczyszczalniach ścieków. Jedynym dużym inwestorem zagranicznym jest na razie duński Poldanor, który buduje biogazownie przy swych fermach hodowlanych.

Oprócz Poldanoru mówi się tylko o jednej zagranicznej firmie, gotowej zainwestować w Polsce w biznes biogazowy. Chodzi o Sokołów SA, potentata na rynku mięsnym, należącego do koncernów: duńskiego Danish Crown i fińskiego HK Ruokatalo.

Jest jednak wielu znaczących inwestorów krajowych, którzy chcą budować w naszym kraju biogazownie. Są wśród nich i największe polskie koncerny energetyczne, takie jak PGE, Enea czy Energa oraz spółka kontrolowana przez najbogatszego Polaka, Jana Kulczyka. Właściwie nie ma tygodnia, żeby jakiś znany polski przedsiębiorca czy jakaś duża firma krajowa nie ogłaszali, że zamierzają wejść w branżę biogazową. Ostatnio zrobił to Aleksander Gudzowaty. W trakcie realizacji jest jednak na razie tylko 40 projektów, z których część jest zawieszona.

- Wiele firm czeka z budową, aż dostanie dotacje. Bez nich bowiem opłaca się u nas budować biogazownie tylko wtedy, gdy ma się surowiec za darmo albo dostawca dopłaca do jego odbioru. Tak może być w przypadku odpadów poprodukcyjnych, za których utylizację trzeba sporo zapłacić - ocenia Daniel Koska, współzałożyciel Polskiego Stowarzyszenia Biogazu.

Bywa też tak, że niektórzy już otrzymali dofinansowanie, ale nie rozpoczynają budowy, bo zakład produkcyjny - na przykład gorzelnia - który miał im dostarczać surowiec, padł.

Problemy z surowcem i zapewnieniem sobie jego ciągłych dostaw to główne ryzyko inwestycyjne przy tego typu projektach i jeden z najważniejszych powodów, dla których nie obserwujemy jeszcze w Polsce prawdziwego boomu biogazowego. Profesor Krzysztof Żmijewski z Politechniki Warszawskiej przekonuje, że w instalacje nie inwestuje się w Polsce na taką skalę jak w przypadku energetyki wiatrowej właśnie z powodu trudności z zapewnieniem sobie surowca.

Im większa bowiem jest biogazownia, tym bardziej opłacalna. Dlatego większość krajowych inwestorów chce budować duże instalacje, o mocy 1,5-2 MW. Taki obiekt potrzebuje jednak gigantycznych ilości surowca. W przypadku kiszonki kukurydzy to aż 38 tys. ton w skali roku, do czego potrzeba kilkuset hektarów pola obsianych tą rośliną.

- To bardzo złożone przedsięwzięcie, bo tę kukurydzę trzeba zebrać, zwieźć i zakisić w ciągu 20 dni - mówi Daniel Koska.

Dużo większą przeszkodą okazuje się jednak to, że polskie rolnictwo jest bardzo rozdrobnione. Biogazownia powinna mieć nie więcej niż dwóch, trzech dostawców surowca, żeby nie był on zbyt zróżnicowany. W przypadku kiszonki kukurydzy ci dostawcy muszą dysponować maszynami do zbioru i siekania kukurydzy, a taki sprzęt kosztuje 400-500 tys. euro za sztukę. W grę wchodzą więc w tym przypadku tylko właściciele dużych gospodarstw. Za kiszonkę kukurydzy trzeba sporo zapłacić - od 70 do 130 zł za tonę.

W tej sytuacji budową biogazowni, bazujących na zebranych z pól roślinach czy odchodach zwierzęcych, na razie mogą być naprawdę zainteresowani tylko sami rolnicy. Oni jednak nie palą się do tych inwestycji, między innymi dlatego, że musieliby założyć spółkę do prowadzenia takiej działalności.

W Polsce działa jednak sporo firm i koncernów spożywczych oraz rolnych, które mogłyby wybudować biogazownie przy swych fabrykach i fermach, wykorzystując jako surowiec odpady z produkcji. One nie miałyby problemów surowcowych. Im by się to opłacało, w dużej mierze dlatego, że nie musiałyby wtedy płacić za utylizację odpadów. Mogłyby budować biogazownie na masową skalę. Dlaczego tego nie robią? Powodów jest kilka.

Pierwszy to często występująca niechęć władz samorządowych do takich inwestycji i protesty lokalnych społeczności, które z powodu niewiedzy uważają, że to niebezpieczne dla otoczenia obiekty.

- Znam miejscowości, gdzie sąsiedzi planowanej biogazowni szantażują inwestora. Mówią: "Przez twoją inwestycję moja ziemia będzie mniej warta, więc ją kup ode mnie, a wtedy przestanę protestować". Sęk w tym, że żądają czasem za swój grunt parę razy więcej niż wynosi jego wartość rynkowa - relacjonuje Daniel Koska.

Drugą przyczyną jest to, że dziś inwestor biogazowy ma duże kłopoty z dostaniem tzw. decyzji o warunkach przyłączenia. Chodzi o dokument, który pozwala podłączyć biogazownię do sieci elektroenergetycznej. W tej chwili nie da się go zdobyć głównie dlatego, że zbyt dużą pulę takich decyzji dostali inwestorzy budujący elektrownie wiatrowe. Tym, którzy mimo posiadania decyzji nie budują, decyzje mają być odebrane, co powinno odblokować możliwość ich uzyskania przez firmy zamierzające budować biogazownie. To stanie się już po wakacjach.

Trzecią barierą jest fakt, że spalając biogaz na miejscu, nie opłaca się wytwarzać z niego tylko energii elektrycznej. Staje się to opłacalne jedynie wtedy, gdy produkuje się jednocześnie i prąd, i ciepło. Z tak wytworzoną energią cieplną trzeba jednak coś zrobić. W wielu przypadkach jest to problem, bo biogazownie powstają na ogół na terenach wiejskich, gdzie najczęściej nie ma jak w pełni zagospodarować wyprodukowanego w tych instalacjach ciepła. To jednak przynajmniej częściowo zmieni się od początku przyszłego roku, gdy biogaz będzie można już - po uzdatnieniu - tłoczyć do gazociągów i sprzedawać, np. gospodarstwom domowym. Będzie się dostawać za to także zielone certyfikaty, które zapewnią rentowność tej działalności.

Niebawem zniknie też inna poważna bariera. Dziś produktu ubocznego z biogazowni, tzw. masy pofermentacyjnej, nie można od razu użyć jako nawozu. Trzeba ją najpierw przebadać, co jest i czasochłonne, i kosztowne. Na szczęście trwają już prace nad przepisami, które mają znieść ten wymóg.

Generalnie rzec biorąc, klimat polityczny dla biogazowni w Polsce jest dobry. Bardzo popiera je PSL, co ma o tyle duże znaczenie, że resortem gospodarki kieruje szef tej partii Waldemar Pawlak. Właśnie to ministerstwo jest władne tworzyć nowe przepisy, które mogą zwiększyć opłacalność biogazowni i uprościć ich funkcjonowanie. Dzięki temu resortowi już wprowadzono zmiany w prawie energetycznym, które ułatwiają życie inwestorom biogazowym.

Realizuje się teraz w Polsce scenariusz podobny jak w przypadku rozwoju energetyki wiatrowej w Polsce. Biogazownie są wciąż bardzo drogie w budowie (16-20 mln zł za 1 MW mocy zainstalowanej), ale dzięki korzystnym dla nich zmianom przepisów coraz bardziej opłaca się je u nas budować. W przyszłości powinny być bardziej opłacalną inwestycją niż elektrownie wiatrowe. Głównie dlatego, że w przeciwieństwie do wiatraków mogą produkować energię przez cały czas. Wszystko więc wskazuje na to, że w przypadku biogazowni prędzej czy później doczekamy się takiego samego boomu, jak w przypadku farm wiatrowych.

Pierwsze elektrownie wiatrowe powstały w Polsce już dwie dekady temu. Budowali je wtedy jednak tylko pasjonaci. Potem nastąpiła stagnacja. Wiatraków nie opłacało się budować bez dotacji, o które nie było łatwo. Wyraźna poprawa nastąpiła dopiero po wprowadzeniu przed pięcioma laty tzw. zielonych certyfikatów, które uczyniły wiatraki dużo bardziej opłacalną inwestycją. Od dwóch lat zaś można mówić o prawdziwym boomie w tej branży. Farmy wiatrowe budują w naszym kraju niemal wszystkie liczące się koncerny energetyczne z Europy, ale także duże korporacje z Japonii i Stanów Zjednoczonych.

Wiatraki mogą u nas powstawać tylko w części kraju, bo nie wszędzie dostatecznie mocno i często wieje.

Jacek Krzemiński

wiecejtlenu.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.