Na horyzoncie coraz wyraźniej widać nową energetykę
Zawarte niedawno amerykańsko-chińskie porozumienie dotyczące zredukowania emisji gazów cieplarnianych nakłada na obydwa mocarstwa poważne obowiązki. Stany Zjednoczone uprzednio zobowiązały się do redukcji w roku 2020 o 17 proc. w stosunku do poziomu z roku 2005. Obecne porozumienie zakłada do roku 2025 redukcje rzędu 26-28 proc. Uzgodniono, że w Chinach w roku 2030 udział odnawialnych źródeł wyniesie 20 proc. całkowitego zużycia energii. Energetyka Chin - podobnie jak Polski - oparta jest na węglu. Stąd też dłuższy horyzont czasowy potrzebny na dokonywanie zmian.
W Stanach Zjednoczonych porozumienie to wywołało wiele protestów. Zarzucano prezydentowi Obamie, że poważnie przekroczył czas swej kadencji. To prawda. Ale prawdą jest też, że w państwach demokratycznych zbyt często politycy planują od wyborów do wyborów, co utrudnia podejmowanie długofalowych zamierzeń, nawet jeżeli są one konieczne. Hamulcowymi zmian są potężne grupy nacisku związane z przemysłami węglowym i naftowym. Po niedawnym sukcesie wyborczym republikanów lobby węglowe zyskało na sile. Przywódca republikanów w senacie Mitch McConnell reprezentujący stan Kentucky - ważne centrum wydobycia węgla - ocenił wspomniane porozumienie jako nierealistyczny plan, który prezydent zostawi swemu następcy. Plan, którego realizacja zmniejszyłaby liczbę miejsc pracy. Inny wpływowy senator Jim Inhofe określił porozumienie mianem "największego oszustwa dokonanego wobec narodu amerykańskiego", a Agencję Ochrony Środowiska porównał do... gestapo.
W latach 70. na jednej z konferencji organizowanych przez ONZ na temat zagrożeń ekologicznych do delegata polskiego podszedł pewien dyplomata afrykański i pokazał mu powojenny polski banknot z dymiącymi kominami. Po wojnie dymiące kominy symbolizowały uprzemysłowienie, pracę i szansę na wyjście z biedy. Taką samą wartość symboliczną miały one trzydzieści lat później, w okresie po dekolonizacji, dla wielu mieszkańców Trzeciego Świata. Wspomniany afrykański dyplomata twierdził, że prawdziwe zatrucie to głód i bieda, a narzekanie na dym w atmosferze to fanaberie ludzi żyjących w bogatych krajach.
Pogląd, że wysokie zużycie surowców energetycznych jest nierozerwalnie związane z rozwojem gospodarczym, pokutował dość długo, a i dzisiaj - jak widać w USA - ma swoich zwolenników. Z drugiej strony niektórzy ekonomiści, a wśród nich autorka książki "Statek kosmiczny Ziemia" ("Spacecraft Earth"), Barbara Ward-Johnson, zwracali uwagę na doświadczenia krajów skandynawskich i Nowej Zelandii, które wykazują, że wysoki poziom rozwoju gospodarczego i wysoka jakość życia są osiągalne przy znacznie niższym zużyciu surowców, aniżeli ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych.
Wydany w 1972 roku raport Klubu Rzymskiego "Granice wzrostu" spełnił pożyteczną rolę prognozy ostrzegawczej i przyczynił się do lepszego zrozumienia przez miliony czytelników ograniczoności zasobów, którymi ludzkość dysponuje. Jednakże przedsiębiorcy i kierownicy wielkich firm węglowych i naftowych wydają się o tej ograniczoności nie pamiętać. Jak pisał francuski filozof Serge Latouche, "każdy, kto myśli, że nieograniczony wzrost ma sens na ograniczonej planecie, jest albo wariatem, albo ekonomistą. Problem polega na tym, że wszyscy staliśmy się ekonomistami".
Zmiany klimatu spowodowane czynnikami ekologicznymi stały się potężnym bodźcem skłaniającym do korzystania z odnawialnych źródeł energii. Jak pamiętamy, władze UE w swoim czasie przyjęły założenie, że w 2020 roku 20 proc. energii będzie pochodzić ze źródeł odnawialnych, a energochłonność dochodu narodowego zostanie zredukowana o 20 proc.
Wysokie tempo wykorzystywania źródeł odnawialnych osiągnęły Niemcy. Od lat w dawnych stoczniach niemieckich produkowane są farmy wiatrowe. Inżynierowie wykorzystali podobieństwo technologiczne umożliwiające zatrudnianie przy produkcji turbin wiatrowych pracowników o tych samych lub podobnych umiejętnościach, jakie są potrzebne do budowy statków.
W polskim przemyśle kryzysowa sytuacja występuje od dawna. Tymczasem polscy politycy o wytwarzaniu farm wiatrowych w stoczniach ciągle mówią w czasie przyszłym. O politykach tych Julian Tuwim zapewne powiedziałby, że "gardzą słowem, a wielbią czyn. Czyn w pieśni". Po czterech latach pojawił się wreszcie projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii, ale budzi on poważne, uzasadnione zastrzeżenia.
Energetyka słoneczna to dziedzina, która wymaga wiele badań i prac rozwojowych. Znany i ceniony w świecie polski specjalista w zakresie problematyki energetycznej prof. Aleksander Szpilewicz na początku lat 80. pisał, że przy zastosowaniu ogniw fotowoltaicznych sprawność przetwarzania światła w elektryczność wynosi 12-13 proc. Niedawno w Szwajcarii w Federalnych Laboratoriach Inżynierii Materiałowej wykorzystano tlenki żelaza i wolframu i zastosowano metody nanotechnologiczne umożliwiające przechwytywanie około 35 proc. światła słonecznego, co prawdopodobnie doprowadzi do znacznego podniesienia sprawności. Interesujące i ważne są spostrzeżenia praktyków - użytkowników energii słonecznej. Przedsiębiorca i architekt mgr inż. Zbigniew Kucharuk zwraca uwagę na trudności w określeniu trwałości ogniw fotowoltaicznych, a tym samym opłacalności ich stosowania.
Przechodzenie do nowej energetyki to proces długotrwały, trudny i kosztowny. Jednakże jest to proces konieczny. Przemawiają za tym zmiany klimatu i smog nad wielkimi miastami powodujący choroby i katastrofy. Zamożni mieszkańcy wielkich miast emigrują do atrakcyjnych ekologicznie miejscowości. Gdyby jednak smog z czasem miał okryć całą kulę ziemską, to dokąd się przeniesiemy?
@RY1@i02/2014/238/i02.2014.238.000001100.802.jpg@RY2@
Andrzej Wilk nauczyciel akademicki
Andrzej Wilk
nauczyciel akademicki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu