Prasa - gatunek zagrożony
Trzy scenariusze przyszłości mediów papierowych
W 2043 roku ukaże się ostatnia gazeta w papierowej formie, jaką dziś znamy - prorokował pięć lat temu amerykański profesor dziennikarstwa Philip Meyer. Ostatnie miesiące kryzysu na rynku mediów sprawiły jednak, że tamte kasandryczne przepowiednie dziś wydają się scenariuszem optymistycznym. Rynek prasy kurczy się tak szybko, że nawet prestiżowy amerykański uniwersytet Columbia wystąpił na początku tygodnia z bezprecedensowym apelem o ratowanie dziennikarstwa przed kompletnym wyginięciem. Czy prasa jest jeszcze do uratowania? Eksperci rysują przynajmniej trzy scenariusze rozwoju wypadków.
- Kryzysu mediów papierowych nie da się przeczekać. Wyczerpał się pewien biznesowy model, w którym gazety finansowane były z wpływów reklamowych oraz sprzedaży. To już nie wróci - mówi nam Bill Thompson, były dziennikarz brytyjskiego Guardiana, który w latach 90. stworzył pierwszą stronę internetową na wyspiarskim rynku medialnym. - Nie zainwestowałbym dziś w biznes gazetowy ani centa - cytuje legendarnego inwestora Warrena Buffeta amerykański badacz internetu Jeff Jarvis.
Ten schyłkowy nastrój ma swoje uzasadnienie w liczbach. W latach 2000 - 2007 roczne wpływy z reklam wszystkich światowych gazet spadły o ok. 2 mld euro. Sytuację pogorszył kryzys finansowy. Skalę dramatu najlepiej widać na przykładzie USA. Zeszłotygodniowa wiadomość, że dziennik New York Times pozbędzie się do końca roku 100 pracowników, to najnowsze ogniwo w długim łańcuchu podobnych zdarzeń. Wcześniej załoga Baltimore Sun została okrojona z 400 do 150 osób. Philadelphia Inquirer pozbył się 300 spośród 600 pracowników, San Francisco Chronicle odprawiło dwie trzecie swojej 500-osobowej załogi, a 600 zatrudnionych w Los Angeles Times to połowa obsady sprzed kryzysu. Innych spotkał jeszcze smutniejszy los. Ukazujący się od 1859 r. Rocky Mountain News pożegnał się z czytelnikami w lutym. A Seattle Post Intelligencer czy tygodnik Christian Science Monitor w całości przeniosły się do internetu. W Europie wcale nie jest lepiej. Obniżki pensji, likwidacja placówek korespondenckich, wcześniejsze emerytury: to dziś codzienność dla dziennikarzy całego zachodniego świata.
- Coś umiera, ale rodzi się coś nowego. Internet odbiera gazetom czytelników, ale też zmienia model funkcjonowania prasy, w którym codziennie wieczorem grupa ludzi przygotowywała paczkę z napisem: oto najciekawsze, co zdarzyło się wczoraj na świecie. Ale użytkownik internetu nie chce już takiej paczki. Dobiera sobie to, co mu się podoba, z różnych miejsc w sieci - uważa Charlie Beckett, były dziennikarz BBC, a obecnie szef ośrodka Polis badającego przyszłość dziennikarstwa.
Jednym z pionierów nowego pomysłu na dziennikarstwo internetowe jest 29-letni dziennikarz z Chicago Adrian Holovaty. - Wyobraźmy sobie reportera zajmującego się problematyką kryminalną. Jego dzień pracy wygląda tak: rano dzwoni na posterunek policji i pyta, co nowego. Na tej podstawie buduje swoje teksty, opisuje przestępstwa i wyciąga ogólniejsze wnioski. Następnego ranka pisze nowy artykuł, i tak w kółko. A dziennikarz powinien raczej stworzyć przejrzysty program komputerowy syntetyzujący dane o przestępczości, z mapami i automatycznie aktualizowanymi informacjami - proponuje Holovaty. W ten sposób funkcjonuje na przykład założona przez niego strona Chicagocrime.org śledząca przestępczość w stolicy Illinois za pomocą internetowych map Google’a i statystycznych wykresów. Jego najnowszy projekt Everyblock.com przenosi ten pomysł na całe Stany Zjednoczone. Uchodzącego za wizjonera nowych mediów Holovatego chciały u siebie mieć najważniejsze amerykańskie gazety. Ten jednak wybrał wolność i dzięki wartemu milion dolarów stypendium od Fundacji Knighta na własną rękę rozwija swoje internetowe pomysły.
Innym przykładem nowego dziennikarstwa jest kalifornijska wspólnota blogerska True/Slant. Jej założyciel Lewis Dvorkin to weteran najważniejszych amerykańskich tytułów prasowych: Forbesa, Newsweeka i New York Timesa. - Tworzymy oryginalną koncepcję przedsiębiorczego dziennikarstwa. Nasza platforma jest otwarta dla wszystkich dziennikarzy i ekspertów, którzy mają wyrobione nazwisko. U nas nie muszą wpisywać się w żadną linię redakcyjną, po prostu prezentują swoje rozmowy, analizy i newsy. Nie ma szefów i podwładnych. Układ jest czytelny: kto jest czytany, zarabia najlepiej - tłumaczy Dvorkin. Albo projekt Spot.us założony przez freelancera Davida Cohna z San Francisco. Zbiera on dotacje od czytelników, a ci sami decydują, które z projektów dziennikarskich śledztw chcą finansować. W ciągu pierwszych 10 miesięcy istnienia portal zebrał 40 tys. dol. od 800 osób.
Nie wszystkim te nowe formuły się podobają. Patronem i ostatnią nadzieją tych, którzy uważają, że solidne dziennikarstwo jest możliwe tylko w tradycyjnych redakcjach, stał się Rupert Murdoch. Jeszcze do niedawna ten 78-letni magnat prasowy i właściciel koncernu NewsCorp (wydawcy m.in. brytyjskich The Sun i The Times czy amerykańskich The Wall Street Journal i New York Post) był uosobieniem bezdusznego kapitalisty. Jednak gdy latem ogłosił, że każe płacić za internetowe treści swoich gazet, w tradycjonalistów wstąpiła nadzieja na napływ świeżej gotówki do poturbowanych kryzysem newsroomów. - To efekt strat, jakie NewsCorp poniósł w ostatnich miesiącach, za decyzją kryje się jednak coś jeszcze. Każdy, kto zna Murdocha, wie, że on nie znosi internetu. Jego żona opowiadała mi, że gdy byli u nich na kolacji szefowie Google’a, cały czas powtarzał: "Chłopcy, ale dlaczego wy nie czytacie gazet? Przecież to sto razy ciekawsze od tego waszego internetu" - napisał kilka tygodni temu w Vanity Fair biograf Murdocha Michael Wolff.
Sceptycy ostrzegają jednak, że przed Murdochem trudne zadanie: pierwsze bitwy o płacenie za internetowe treści gazet kończyły się jak dotąd porażkami koncernów prasowych. Przez dwa lata za najpoczytniejsze felietony i analizy kazał sobie płacić np. New York Times. Zarobił na tym wprawdzie kilka milionów, ale musiał zrezygnować, bo reklamodawcy twierdzili, że jest to odcinanie się od czytelników. Jak dotąd eksperyment z płatnym internetem stosują jedynie Wall Street Journal i Financial Times, których czytelnicy nie oglądają dwa razy każdego dolara. - Nie wiadomo jednak, czy tak samo zareagują odbiorcy gazet popularnych, którzy mogą przecież znaleźć te treści przekopiowane w innym miejscu w sieci - mówi nam John Kelly z Washington Post. Wygląda jednak na to, że gazetom z pomocą mogą przyjść najnowsze internetowe wynalazki. W kalifornijskiej Dolinie Krzemowej powstał niedawno projekt Attributor, program do oznaczania i namierzania treści bezprawnie kopiowanych.
Co jednak, jeśli pieniądze z internetu nie popłyną? - W pewnym momencie cięcie kosztów okaże się już niemożliwe, a wydawcy staną wobec problemu: za te pieniądze gazety nie będą w stanie odgrywać swojej roli, czyli patrzeć władzy na ręce, toczyć ważnych debat publicznych czy edukować czytelników - mówi Kelly. - Dlatego trzeba ratować gazety - twierdzą Leonard Downie jr i Michael Schudson, autorzy raportu uniwersytetu Columbia. Proponują oni, by przekształcić gazety w organizacje non profit albo stowarzyszenia pożytku publicznego, które mogłyby korzystać z ulg podatkowych. Innym pomysłem byłoby podczepienie prasowych tytułów pod uniwersytety i potraktowanie ich działalności jako finansowanej z podatków misji edukacyjnej.
Podobną drogą idzie Europa. Od początku nowego roku akademickiego w holenderskich redakcjach ma pojawić się 60 młodych dziennikarzy, którzy właśnie obronili swoją pracę dyplomową. Przez trzy lata za ich pracę w całości płacić będą podatnicy. Holenderski minister ds. mediów Ronald Plasterk przygotował na ten cel 4 mln euro.
Jeszcze dalej poszli Francuzi. - Prasa to taka sama branża jak samochodówka czy banki. Naszym zadaniem jest pomóc im w godzinie kryzysu - zapowiedział na początku roku prezydent Nicolas Sarkozy. W efekcie każdy Francuz, który skończy w tym roku 18 lat, na urodziny może wybrać sobie roczną prenumeratę dowolnej francuskiej gazety. Koszty pokrywa państwo. Rząd zakwalifikował też pomoc przekazywaną gazetom przez prywatnych sponsorów na równi z dotowaniem fundacji. Dzięki temu możliwe są korzystne dla inwestorów odliczenia od podatku.
To, czy takie rozwiązania wystarczą do ocalenia prasy, jest dziś równie niepewne jak powodzenie podjętych w najczarniejszej godzinie kryzysu programów pomocy dla banków. - Nikt nie wie, czy nam się uda. Ale to nic strasznego. Kariera dziennikarska zawsze kojarzyła się z przebywaniem w centrum wydarzeń i dreszczykiem emocji. Teraz jest to po prostu dreszczyk na myśl o przyszłości całej branży - uważa Bill Thompson.
@RY1@i02/2009/208/i02.2009.208.186.0010.101.jpg@RY2@
Tylko w ubiegłym tygodniu New York Times zapowiedział zwolnienie 100 osób
Mark Lennihan AP
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu