Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

W poszukiwaniu gotówki firmy wyprzedają kolekcje dzieł sztuki

Ten tekst przeczytasz w 14 minut

Gdy pracownicy fabryki papierosów w holenderskim mieście Zevenaar czuli się znużeni pracą na taśmie, mogli podnieść znad niej wzrok i popatrzeć na awangardowe prace artystów, takich jak Karel Appel i Anton Henning, których obrazy upiększały fabrykę. Ale już jej nie upiększają. BAT Industries zamknęła ten zakład w zeszłym roku, a dzieła sztuki - kolekcja zgromadzona specjalnie po to, by poprawić jakość życia pracowników - zostały w większości rozprzedane.

Zwykle powodem sprzedawania przez firmy dzieł sztuki bywa zamknięcie fabryki czy zmiana strategii firmy, teraz jednak pilniejszym powodem jest załamanie rynkowe. Dyrektorzy finansowi poszukują aktywów, które nie mają kluczowego znaczenia dla prowadzenia biznesu, a w ich wyzbyciu się widzą szansę zyskania tak bardzo pożądanej gotówki.

Mówi się, że swoją kolekcję sprzedawać będą linie lotnicze Alitalia, które już od zeszłego roku objęte są procedurą upadłościową. Jednym z bardziej intrygujących składników pozostałych po upadłym we wrześniu 2008 roku banku Lehman Brothers są należące doń dzieła sztuki, oceniane na 30 mln dol. Obejmują one kolekcję Neubergera Bermana, zarządcy aktywów, którego firmę Lehman kupił w 2003 roku. Ta kolekcja, prezentowana w Tampa Museum na Florydzie, zawiera prace Andreasa Gursky'ego i Takashi Maurkami.

- Każde przedsiębiorstwo na świecie jest dziś skoncentrowane na gotówce, na rynkach kredytowych są trudności, tymczasem dzieła sztuki nadal stanowią aktywa o charakterze długoterminowym i raczej stabilnym - mówi Marc Poter, prezydent domu aukcyjnego Christie's Americas.

Presja na poszukiwanie gotówki dotyka także organizacje non profit. Brandeis University koło Bostonu zorientował się np., że wartość jego lokat spada, a część ofiarodawców poniosła straty wskutek skandalu Bernarda Madoffa i pewnie zmniejszy datki.

Mimo to podana w styczniu przez ten uniwersytet informacja, że planuje on sprzedaż prac z Rose Art Muzeum - swojej słynnej kolekcji, obejmującej dzieła Warhola, Lichtensteina i Jaspera Johnsa - wzbudziła falę protestów ze strony wyższych pracowników muzeum oraz dawnych studentów.

Uniwersytet rychło zmienił taktykę, twierdząc, iż powstrzyma się od natychmiastowego zamknięcia i sprzedaży kolekcji, której wartość dwa lata temu wyceniano na 300 mln dol.

Jak przedsiębiorstwa oraz inne instytucje weszły w posiadanie cennych dzieł sztuki? W niektórych ich kolekcjonowanie zaczęło się od prywatnej pasji pewnych osób, takich jak David Rockefeller, który zainicjował zbiory JPMorgan Chase. W innych firmach początek dało im po prostu kupowanie obrazów dla ozdoby biurowych ścian.

Często jakaś firma kupuje takie prace, traktując to jako element społecznej odpowiedzialności biznesu; popiera w ten sposób artystów miejscowych czy dopiero zaczynających karierę. Jeśli któryś z nich potem odniesie sukces, ten zakup może się w efekcie okazać wartościową inwestycją.

Ale jeśli jej kierownictwo chce teraz sprawdzić wartość takich inwestycji, powinno się dobrze przyjrzeć rynkowi sztuki, na którym zarówno ceny aukcyjne, jak i wyceny w ostatnich miesiącach spadają.

Według Art Market Research, dolarowe ceny aukcyjne szczytowy poziom osiągnęły w październiku zeszłego roku, a od tego czasu obniżyły się o 30 proc. Z sondażu, przeprowadzonego w grudniu przez firmę analityczną ArtTactic wynika natomiast, że w przekonaniu ponad połowy ankietowanych powrót rynku do normalności potrwa co najmniej trzy lata.

- Firmy, które teraz sprzedają dzieła sztuki, nie dostają za nie tyle, ile by mogły, ale nie mają wielkiego wyboru - wiele z nich musi zgromadzić pieniądze możliwie jak najszybciej. Na rynku sztuki nadal dużo się dzieje, tyle że nie jest to już rynek sprzedawcy, tylko nabywcy - mówi Heidi Lee, nowojorska doradczyni ds. sztuki.

Sprzedaż kolekcji dzieł sztuki bardzo się jednak różni od wyzbywania się innych składników majątku. Działającym zbyt pospiesznie i słabo rozumiejącym ten rynek menedżerom może się nie udać uzyskanie ceny, obrazującej maksymalną wartość posiadanych dzieł.

- Kiedy już dochodzi do takiej decyzji, podejmuje ją zwykle ktoś, kto upatruje w niej łatwą drogę do zyskania pieniędzy, ale ci ludzie nie mają pojęcia o tym rynku. Sposób, w jaki odbywa się ta sprzedaż, nie jest korzystny dla firmy ani dla artysty - to przypomina wyprzedaż po pożarze - mówi Selina Skipwith, kurator Fleming Collection w Londynie, która ma w swoich zbiorach prace szkockiego pejzażysty Williama McTaggarta.

Jedną z wyprzedaży, które nie poszły zgodnie z planem była aukcja dzieł sztuki z Southeast Bank NA na Florydzie, który upadł na początku lat 90. XX wieku po udzieleniu całej serii nieudanych kredytów. Bank był w posiadaniu około czterech tysięcy prac, z których część wystawiono na aukcji, a inne przechowywano.

Lisa Austin, była dyrektor tego banku ds. sztuk pięknych, opowiada, że pomieszczenie galerii było otwarte, a część osób wynajętych do przeprowadzenia sprzedaży niewiele wiedziało o rynku sztuki.

- Niektórych prac nie wyceniali zgodnie z rynkiem, a w końcu postanowili galerię zamknąć i obniżyli ceny - mówi. Niektóre przedmioty, w tym praca Sarah Charlesworth, uległy nawet zniszczeniu, bo podczas składowania ich ramy popękały na kawałki. To spowodowało kolejne obniżki cen.

Jak więc menedżerowie powinni podchodzić do sprzedaży dzieł sztuki? Dla firm które mają znaczne kolekcje, najlepszym punktem wyjścia jest nawiązanie kontaktu z domem aukcyjnym, który - za prowizję wynoszącą zwykle od 10 do 15 proc. wartości prac - wyceni i sprzeda zbiory.

W przypadku takich kolekcji bardzo istotne jest drobiazgowe planowanie. Selina Skipwith nadzorowała sprzedaż rodzinie Flemingów zbiory sztuki, należące do banku Robert Fleming, który w 2000 roku został przejęty przez Chase Manhattan Bank. Dużo wcześniej upewniła się, że dyrektorzy banku Fleming zdają sobie sprawę ze znaczenia tej kolekcji: została zapoczątkowana w 1968 roku i uważa się ją za bardzo istotny zbiór sztuki szkockiej.

- Pytałam, co się stanie z kolekcją, jeśli firma zostanie sprzedana albo przejęta. Zostało uzgodnione, że w takim przypadku rodzina Flemingów odkupi ją ponownie według wartości rynkowej i przekaże fundacji dobroczynnej. Wszystko było ustalone i odłożone na później - mówi.

Kolekcja uzyskała dobrą cenę - 10 mln funtów. Poza tym została w całości, nie była sprzedawana wraz z innym majątkiem banku i zapewne w pośpiechu, co mogłoby się odbić na jej cenie. Obecnie kolekcja jest niezależna, a kierujący nią mogą kupować kolejne prace. Dziś mogą ją oglądać nie tylko klienci banku inwestycyjnego, ale zwykła publiczność: ma własną siedzibę przy londyńskiej Berkeley Street i co roku około stu tysięcy zwiedzających.

Niezależnie jednak od okoliczności, w jakich dochodzi do sprzedaży firmowych zbiorów sztuki, w przypadku naprawdę wartościowych prac powinny się one udać.

Przykładem może tu być sprzedaż fotografii przez amerykańską firmę maklerską Refco, która zbankrutowała w 2005 roku po ujawnieniu, że ma 430 mln dol. długu.

Wyniki sprzedaży tej ważnej kolekcji przeszły oczekiwania domu aukcyjnego Christie. W materiałach promocyjnych pisano, iż oczekuje się, że sprzedaż fotografii przyniesie co najmniej 5 mln dol. Sprzedano je za 9,7 mln dol.

Kolekcję, obejmującą ponad pięćset prac, zgromadziła Frances Dittmer (eks-żona byłego prezesa firmy Refco Thomasa Dittmera) wraz z jej kuratorem, Adamem Brooksem. Zawierała m.in. pochodzący z 1969 roku portret artysty Andy'ego Warhola autorstwa Richarda Avedona. Wśród innych wystawionych na aukcji były prace Cindy Sherman, wybór zdjęć autorstwa Diane Arbus oraz fotografie wykonane przez Matthew Barneya i Thomasa Ruffa.

a104469c-64a8-403c-b340-c30c742608de-38885350.jpg

Fot. Istock

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.