Walka o powrót dużych inwestorów
Dobra koniunktura gospodarcza w świecie, odpowiadająca przedsiębiorcom infrastruktura, jasne regulacje prawne i przyjazna administracja lokalna - to główne warunki ponownego wzrostu inwestycji wielkich firm.
Możliwość ulokowania się w specjalnej strefie ekonomicznej nie jest już najważniejszą zachętą, ale inwestorzy często wybierają właśnie strefy, bo tam wiedzą, że trzeba spełniać oczekiwania przedsiębiorców.
Dziennik Gazeta Prawna wspólnie z firmą doradczą KPMG oraz PKO BP zorganizował od stycznia do marca 2010 r. cykl sześciu spotkań z inwestorami. Oto zapis najciekawszych głosów biznesmenów i urzędników.
Inwestorzy inwestują wtedy, gdy mają nadzieję, że produkcja, która powstanie w nowych fabrykach, znajdzie zbyt. Ponieważ 85 proc. inwestorów w strefach to inwestorzy zagraniczni, ważny jest stan koniunktury nie tylko w Polsce, ale także w ich krajach macierzystych. Można być jednak optymistą - koniunktura poprawia się.
Zdaniem Macieja Górskiego z PAIiIZ prognozy są dobre i sprawiają, że wielu inwestorów rozgląda się za inwestycjami na rynkach, które rosną.
- Polska jest atrakcyjna także dlatego, że ma duży rynek wewnętrzny - uważa Maciej Górski.
Marek Borowiec, dyrektor Departamentu Klienta Korporacyjnego PKO Banku Polskiego, podkreśla, że jeżeli na Zachodzie nie ma dziś popytu na planowaną produkcję, nikt nie będzie inwestował.
- Koniunktura poprawia się, dowodem na to jest rosnący popyt na kredyty. Zaczyna się ożywienie gospodarcze. Widać wyraźnie wzrost zainteresowania pomocą finansową z banku. Mamy nadzieje, że już w drugiej połowie roku można będzie zapomnieć o tym, że był kryzys - przewiduje Ireneusz Figacz, dyrektor Departamentu Klienta Strategicznego PKO BP.
Piotr Wojaczek, prezes Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, uważa, iż wykształciło się pożyteczne zjawisko realokowania zysku. Duża w tym zasługa polskiego kierownictwa fabryk.
- Szefowie proponują swoim centralom dodatkowe inwestycje na posiadanej już powierzchni. Często nie wymaga to wielkich inwestycji, co jest dużym atutem w centralach inwestujących w Polsce firm. Takie inwestycje czasem nie zwiększają zatrudnienia, ale są dla Polski korzystne - mówi Piotr Wojaczek.
Polska przestaje być atrakcyjnym miejscem dla najprostszych inwestycji, których biznesplan opiera się na taniej sile roboczej, bo o tę w naszym kraju już coraz trudniej. Przekonali się o tym m.in. koreańscy inwestorzy, którzy liczyli, że znajdą do pracy pod Wrocławiem inżynierów za 2 tys. zł miesięcznie. Stajemy się jednak atrakcyjni dla innych inwestycji.
- Kapitał zainwestowany w Polsce lepiej pracuje niż w Niemczech. Przedsiębiorcy inwestujący u nas osiągają dużo lepsze wyniki niż za zachodnią granicą. Oczywiście, na Ukrainie i dalej na wschód są dużo niższe koszty pracy, ale liczy się nie koszt, ale efekt inwestycji - twierdzi Ryszard Latawiec, prezes zarządu Sanfarmu.
Dominik Kania, dyrektor zarządzający Woodward Governor Polska, uważa, że Polska przestaje być tzw. krajem low cost. Zaczynamy być krajem z wykwalifikowaną siłą roboczą. Zdaniem Kani firmy będą inwestować w Polsce nie dlatego, że jest tu trzy razy taniej niż w Niemczech i pięć razy taniej niż w USA, ale dlatego, że mamy technologie, patenty, młodych i zdolnych ludzi.
Mirosław Odziemczyk, pełnomocnik PAIiIZ ds. współpracy ze specjalnymi strefami ekonomicznymi, dostrzega, że rośnie zainteresowanie inwestycjami wymagającymi mniejszych nakładów i generującymi mniejszą liczbę miejsc pracy, ale lepiej płacącymi personelowi. Te miejsca pracy są dla absolwentów uczelni bardzo atrakcyjne.
Specjalne strefy ekonomiczne nie są ulubionym instrumentem wspierania przedsiębiorców przez liberalnie nastawionych ekonomistów. Nie lubi ich też Komisja Europejska, dostrzegając w strefach zagrożenie dla równej konkurencji. Zgodnie z ograniczeniami nałożonymi przez Unię, przywileje związane z inwestowaniem w strefach muszą mieścić się w granicach maksymalnego pułapu pomocy publicznej. Pułapu tego firmy zresztą nie wykorzystują, a inwestycje przynoszą więcej korzyści niż wynosi pomoc publiczna.
Piotr Wojaczek podkreśla, że od powstania strefy jej klienci odebrali tylko 9 proc. przyznanej im, liczonej w stosunku do nakładów inwestycyjnych, pomocy publicznej. Inwestorzy wyłożyli około 50 mld zł, a odebrali 4,5 mld zł pomocy.
- A rocznie państwo zbiera ze specjalnych stref 35 do 40 mld zł z tytułu PIT, podatku od nieruchomości i VAT. Specjalne strefy to czysty biznes dla państwa - przekonuje Piotr Wojaczek.
- Z ust wielu ekonomistów i urzędników Ministerstwa Finansów słyszymy, że jakakolwiek pomoc publiczna to szkodnictwo, psucie systemu podatkowego. Ulgi podatkowe, jakie otrzymuje inwestor w specjalnej strefie, nie są jednak dla Skarbu Państwa szczególnie uciążliwą formą pomocy publicznej - mówi Krzysztof Krystowski, prezes Avio Polska.
Łączna wartość pomocy publicznej, jaką Avio uzyska do roku 2016, wyniesie nie więcej niż 10 mln zł. To mniej niż 10 proc. wartości inwestycji.
Dziś Avio zatrudnia 350 osób, w tym 75 inżynierów w centrum rozwojowym.
Małgorzata Zięba z Faurecii szacuje, że do końca 2017 roku jej firma wykorzysta w trzech zlokalizowanych w strefach spółkach 25 proc. ogólnego poziomu pomocy publicznej.
W powszechnym mniemaniu w strefach lokowane są inwestycje nastawione na produkcję, która ze względu m.in. na wysokie koszty pracy nie bardzo już opłaca się w krajach macierzystych. Stereotypowi temu przeczą jednak wyniki takich firm jak Avio w Bielsku-Białej, w której opracowany został i będzie produkowany innowacyjny moduł silników lotniczych.
Paweł Barański, dyrektor w KPMG, podkreśla nowoczesność firm motoryzacyjnych. Nie ma hałasu, nie ma brudu, praca jak w laboratorium. Jego zdaniem jednak mimo chęci przyciągnięcia do Polski inwestycji nastawionych na tworzenie mocy intelektualnych więcej jest nadal takich, których istotą jest wykorzystanie rąk naszych robotników i techników.
- Inwestycje w strefach zwiększają konkurencyjność, widoczne jest to np. w branży elektronicznej. Duża konkurencja producentów przyczynia się do spadku cen sprzętu rtv - zwraca uwagę na korzyści dla konsumentów Marek Indyk, dyrektor Euro-Parku Wisłosan Tarnobrzeskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.
Strefy są dobrym miejscem do inwestowania, przede wszystkim dlatego, że sprawdzonym. Przez kilkanaście lat funkcjonowania dorobiły się dobrej własnej infrastruktury, mają sprawdzone kadry, inwestorzy wiedzą, z kim rozmawiać. Pomiędzy poszczególnymi strefami są jednak ogromne różnice, przede wszystkim położenia. Przedsiębiorcy chętnie wybierają strefę katowicką, która leży w pobliżu głównych dróg, a rzadko pojawiają się w Suwałkach, bo wiedzą, że będą ponosić zbyt duże koszty transportu. Dopóki nie będzie autostrad, nic się na to nie poradzi. Są jednak i inne recepty.
Mirosław Kamiński, prezes Słupskiej SSE, tłumaczy: - Dostajemy wiele pytań od inwestorów, ale są kryteria, których nie spełniamy. Dalszych pytań już nie ma. Ze Słupska jest 100 km do portu lotniczego, 100 km do portu morskiego, nie ma autostrady.
W Koszalinie chiński inwestor wybudował montownię rowerów. Zamknął ją z powodu wysokich kosztów przewozu wyrobów gotowych na południe Polski, gdzie są zlokalizowane centra logistyczne.
Mariusz Błędowski, dyrektor Euro-Park Mielec, podkreśla, że strefy mielecka, starachowicka czy tarnobrzeska leżą we wschodniej Polsce, gdzie nie ma porządnych dróg.
- Nam poprawi się trochę sytuacja, gdy autostrada A4 dotrze na Podkarpacie - ma nadzieję Mariusz Błędowski.
Cezary Tkaczyk, wiceprezes Starachowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, opowiada: Jeden z naszych inwestorów przed podjęciem ostatecznej decyzji odwiedził w Polsce 54 lokalizacje. Mierzył czasy przejazdu, bo koszty transportu są ważne.
Krzysztofowi Gąsiorowi z Warmińsko-Mazurskiej SSE lokalni inwestorzy mówią, że dzięki inwestycji w strefie będą o rok przed konkurencją.
Marcin Michna z KPMG przekonuje, że od pomocy publicznej ważniejsze są dla inwestorów infrastruktura, koszty pracy, dostęp do siły roboczej. Rzeszów ma kiepskie położenie, ale potrafi zapewnić kadrę dla tak wymagającej branży jak przemysł lotniczy i tacy inwestorzy tam się właśnie pojawiają.
O wyborze stref na miejsce inwestycji w dużej mierze przesądza pomoc z ich strony. Każda inwestycja, która zakończy się sukcesem, przyciąga następne. Lider ciągnie poddostawców, rośnie otoczka biznesowa.
Ideałem każdego początkującego przedsiębiorcy jest przysłowiowe już jedno urzędnicze okienko, w którym mógłby szybko załatwić wszystkie urzędowe sprawy. Zagraniczni inwestorzy też mają marzenie - zdobyć informację, jakie czekają ich po kolei czynności z urzędami i ile to może zająć czasu. To ważne przy tworzeniu biznesplanu. Trudno liczyć na szybkie spełnienie tych marzeń.
- Dobrze byłoby, aby strefy dysponowały czymś takim jak manual inwestora. Dziś nie ma spójnej informacji - gdzie, co i jak załatwić i ile to może potrwać. Inwestor nie wie, ile zajmie mu załatwienie prądu, gazu, pozwolenia na budowę. Nie wie, jakie mogą go po drodze czekać niespodzianki. A on nie lubi niespodzianek - mówi Dominik Kania z Woodward Governor Polska.
Mirosław Kamiński, prezes Słupskiej SSE, wątpi, czy to jest możliwe. Sytuacja każdego inwestora jest inna. W trakcie negocjacji często wynikają różne problemy, np. z własnością czy scaleniem gruntu. A procedury są ustawowe.
- Udzielamy porad, ale indywidualnie. Gdyby powstał ów manual, a my nie bylibyśmy w stanie dotrzymać wyznaczonych w nim terminów, powodowałoby to utratę naszej wiarygodności - obawia się Mirosław Kamiński.
Podobnego zdania jest Teresa Korycińska z Ministerstwa Gospodarki.
- Taka mapa drogowa zawaliłaby się niestety w punkcie dotyczącym terminarza prac w Ministerstwie Gospodarki. Bywa, że praca nad jednym projektem trwa aż rok, niektóre projekty są bowiem bardzo skomplikowane, np. te, które dotyczą gruntów prywatnych, zakładów w likwidacji albo w upadłości.
- To koszmarnie długo trwa, bo trzeba sprawdzić każdą księgę wieczystą, każdy wypis. Mamy bardzo ograniczone zaufanie do tego, co jest napisane. Lepiej do niczego się nie zobowiązywać - przyznaje Teresa Korycińska.
Ministerstwo Gospodarki w trosce o inwestycje zabiega o zliberalizowanie - przynajmniej na okres niepewnej koniunktury - warunków udzielania pomocy publicznej firmom, które zainwestowały bądź chcą zainwestować w strefach. Napotyka tu opór Ministerstwa Finansów.
Ułatwienia te miałyby zmierzać w kierunku możliwości uzyskiwania pomocy publicznej przez inwestorów niepowiększających zatrudnienia (ale zatrudniających już przynajmniej 150 pracowników) oraz możliwości utrzymania pomocy pomimo spadku zatrudnienia o 20 proc. Dalsze proponowane zmiany to m.in. poszerzenie katalogu gruntów, które nie byłyby traktowane jako grunty prywatne, których obejmowanie przez strefy jest szczególnie obostrzone. Chodzi tu m.in. o grunty uczelni, a także spółek córek stref i samorządu terytorialnego.
Projekt nowelizacji ustawy o strefach był już kilka razy rozpatrywany przez Komitet Stały Rady Ministrów, a to dopiero początek drogi legislacyjnej.
Teresa Korycińska przyznaje, że nowelizacja ustawy idzie jak po grudzie. Minister gospodarki chce ułatwić przedsiębiorcom funkcjonowanie w strefach, pozwolić na obniżenie wymogów przyznawania zezwoleń, których, szczególnie w czasie kryzysu, przedsiębiorcy nie są w stanie zrealizować. Z drugiej strony mamy budżet, który bez wchodzenia w szczegóły podchodzi do wszystkiego en block. Ma sporo zastrzeżeń do tych pomysłów.
- Część z nich podzielam. Problem dotyczy m.in. włączania gruntów prywatnych. Ministra finansów najbardziej boli obejmowanie strefą gruntów, które nie są własnością tej firmy, która będzie inwestowała. Zastrzeżenia budzi także obejmowanie strefą zakładu, który już funkcjonuje. To zrozumiałe, bo firma taka przestaje płacić podatek dochodowy - relacjonuje Korycińska.
Piotr Wojaczek uważa, że jako państwo powinniśmy udzielać wsparcia nawet wtedy, gdy w wyniku inwestycji nie powstanie żadne nowe miejsce pracy. Ale przepisy mówią, że nie może być pomocy publicznej, jeśli nie ma przyrostu miejsc pracy. Od półtora roku Ministerstwo Gospodarki walczy o zmianę przepisów, Ministerstwo Finansów nadal jest przeciwne.
Marcin Michna szczerze przyznaje, że nie bardzo wierzy w możliwości zwiększenia pomocy publicznej ani też w poprawienie komfortu inwestowania.
Strefy ekonomiczne i przedsiębiorcy, którzy w nich zainwestowali, nie działają w lokalnej próżni. Aby zainwestować, trzeba uzyskać wiele zgód i zezwoleń. Gdy już fabryka zaczyna pracować, trzeba dowieźć do niej surowce i wywieźć produkty gotowe. Dlatego tak wiele zależy od zrozumienia potrzeb inwestorów przez lokalne władze samorządowe.
Marek Cieślak, prezes Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, dostrzega, że samorządy nauczyły się pracować tak, jak tego oczekują inwestorzy, dotyczy to także godzin pracy. Łódzka strefa nie osiągałaby wysokich ocen bez dobrej współpracy z urzędem marszałkowskim. Przykładem jest inwestycja w Hutę Szkła Euroglas w Ujeździe. Wybudowano tam drogę wojewódzką - bez niej inwestycji by nie było.
Krzysztof Gąsior podpowiada samorządom, by zrozumiały, że pozyskanie inwestora to wspólny interes strefy i samorządu. Beneficjentem jest bowiem także gmina. Jako przykład podaje podstrefę w Szczytnie. Parę lat temu to było ściernisko, teraz jest tam 10 firm i 500 zatrudnionych. Na początek niezbędna była pomoc samorządu.
- Wsparcie samorządów uzależnione jest od tego, ile mają one do dyspozycji. Zwracaliśmy uwagę w Radomiu, że jak zapełni się fabrykami strefa po Łuczniku, będą problemy komunikacyjne w mieście. Ale dopiero niekończące się korki i liczne wypadki wymusiły inwestycje. Inaczej było np. w Kobierzycach. Prawda jest taka - chcesz mieć dużego inwestora, musisz najpierw zainwestować i przygotować tereny - przekonuje Marek Indyk.
Cezary Tkaczyk przyznaje, że powstanie strefy to proces długotrwały, ale i korzyści są długoletnie. Przykładem są Starachowice. Gmina włożyła do strefy 1 mln zł, a w latach 2007-2008 co roku od 4 do 5 mln zł płynęło do budżetu miasta tylko z tytułu udziału w PIT od osób zatrudnionych w strefie.
Nakłady zwracają się. I to wielokrotnie, choć na pewno nie w czasie jednej kadencji samorządu.
Mirosław Greber, prezes Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, współpracuje z 40 samorządami. Cztery piąte z nich jest bardzo dobrze przygotowanych. Jego zdaniem Wrocław i Opole mogłyby sobie poradzić bez strefy, ale dla takich miast jak Żarów strefa jest ważniejsza niż dla wielkich miast.
Mirosław Odziemczyk ocenia, że aktywnie współpracuje z inwestorami od 20 do 25 proc. gmin. Skuteczne są zwłaszcza gminy na Dolnym i Górnym Śląsku.
Jaki jest główny czynnik umożliwiający ponowny napływ dużych inwestycji do Polski? Koniunktura, warunki działania tworzone przez rząd, w tym i w strefach, dobra infrastruktura, kapitał, wykształcona kadra, atrakcyjna oferta spędzania wolnego czasu. Lista jest długa.
- Zdecydowanie najważniejszym czynnikiem jest dobra koniunktura w świecie. Jej brak w ostatnich miesiącach spowodował, że mniej jest dużych inwestycji. Zarządy spółek matek podjęły decyzje, że inwestycji tych nie będzie albo na razie, albo w ogóle. Jeśli te firmy inwestują, to zwykle tylko we własnych krajach - ocenia Paweł Barański.
Wśród najważniejszych czynników sprawczych na drugim miejscu stawia finansowanie. Mają z nim problem zwłaszcza mniejsze spółki, które przez ostatnie lata miały dużo łatwiejszy dostęp do kapitału.
Marcin Michna uważa, że rozwój gospodarczy w świecie spowoduje wzrost zainteresowania inwestowaniem w naszym kraju.
Nowe moce produkcyjne tworzy się nie po to, aby była produkcja, ale aby ta produkcja została sprzedana. I to z zyskiem. Jeśli przedsiębiorca nie ma pewności uzyskania tego efektu, to inwestycji nie będzie.
- Czynnikiem decydującym jest sytuacja gospodarcza na świecie - ocenia Michna.
Ireneusz Figacz, dyrektor Departamentu Klienta Strategicznego PKO BP, zgadza się, że najważniejsza jest dobra koniunktura w świecie. Jej poprawa warunkuje podejmowanie decyzji o kolejnych inwestycjach.
- Gdy poprawi się klimat gospodarczy, inwestycje ruszą. Wtedy będzie się o kogo bić i banki zaproponują lepszą ofertę - sądzi Dominik Kania.
Krzysztof Krystowski przypomina, że spadek przychodów firm o 10 proc. powoduje spadek inwestycji o 50, a nawet o 70 proc. Maleje bowiem pula dostępnego kapitału inwestycyjnego.
- Powinniśmy tak planować nasze narzędzia wsparcia, aby w trudnym czasie dla światowej gospodarki nasz polski udział w malejącej puli światowych inwestycji był coraz większy - namawia Krzysztof Krystowski.
@RY1@i02/2010/076/i02.2010.076.194.0002.001.jpg@RY2@
Marek Borowiec PKO BP, Ireneusz Figacz PKO BP, Ryszard Latawiec Sanfarm, Mirosław Odziemczyk PAIIZ, Małgorzata Zięba Faurecia, Paweł Barański KPMG, Marek Indyk Euro-Park Wisłosan Tarnobrzeska SSE, Mirosław Kamiński Słupska SSE, Mariusz Błędowski Euro-Park Mielec, Cezary Tkaczyk Starachowicka SSE, Adam Ugrowicz Kamiennogórska SSE, Krzysztof Gąsior Warmińsko-Mazurska SSE, Marcin Michna KPMG, Marek Cieślak Łódzka SSE, Mirosław Greber Wałbrzyska SSE.
Krzysztof Bień
krzysztof.bien@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu