Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Armstrong - ostatnia deska ratunku dla AOL

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

America Online (AOL) rozwija się niezgodnie z trendami, którymi podąża trapiony kryzysem rynek medialny. Zatrudnia nowych dziennikarzy, przejmuje kolejne portale

Autorem tej intrygującej i agresywnej strategii jest ledwie 40-letni Tim Armstrong. Jego poczynania już zdążyły podzielić biznesowy światek za oceanem. Dla jednych prezes AOL jest desperatem. Inni dostrzegają w nim wizjonera, który pokaże reszcie graczy, jak zarabiać prawdziwe pieniądze na internetowych portalach informacyjno-publicystycznych.

Zadanie stojące przed Armstrongiem jest rzeczywiście gigantyczne. Pod wieloma względami problemy AOL są bowiem symptomatyczne dla całej branży tradycyjnych mediów. Jeszcze w latach 90. koncern był jednym z pierwszych beneficjentów globalnej rewolucji internetowej. Trudno było znaleźć Amerykanina, który nie łączył się z internetem za pomocą modemu telefonicznego, nie miał konta pocztowego i nie rozpoczynał swojego surfowania po sieci od strony startowej AOL. W tłustych latach, tak jak w 2002 r., AOL miał ok. 30 mln użytkowników, z których każdy płacił kilkadziesiąt dolarów miesięcznie za połączenie z siecią. Gigant rozrósł się jednak tak bardzo, że przestał trzymać rękę na pulsie. Pozwolił, by bezprzewodowy, często bardzo tani internet i ofensywa portali społecznościowych odebrały mu klientów. Dziś za usługi AOL płacą już tylko 4 miliony osób. Co gorsza, 80 proc. z nich to najczęściej emeryci, którzy w ogóle nie zdają sobie sprawy, że mogą mieć internet dużo taniej. Kiedy ich zabraknie, sytuacja zrobi się naprawdę nieciekawa.

Z kłopotami nie potrafiło poradzić sobie czterech kolejnych prezesów AOL. Zmieniali się średnio co dwa lata. Wreszcie centrala zdecydowała się iść po pomoc do Armstronga, który z wielkimi sukcesami kierował wówczas amerykańskim działem sprzedaży Googlea. Bez przesady można powiedzieć, że na Armstrongu zasadzała się wówczas cała potęga finansowa giganta z Mountain View. Sergey Brin i Larry Page mieli genialne pomysły, ale to Armstrong pozwalał im zarabiać na nich pieniądze. Pochodzący z Connecticut socjolog sam stał się przy okazji zamożnym człowiekiem, którego stać było m.in. na wykupienie klubu Boston Blazers, grającego w amerykańskiej lidze lacrossea (popularny w Ameryce sport podobny do hokeja na trawie).

Mimo ciepłej posadki w Googleu Armstrong dał się skusić AOL. Propozycja miała dla niego posmak powrotu do młodzieńczych ideałów z początków zawodowej kariery. W 1993 r. dwudziestokilkuletni Armstrong razem z kolegą sprzedał kilka rowerów, wziął kredyt i założył gazetę "Bib" (ang. śliniak), gdzie młodzi ludzie mogli znaleźć pomysły na skuteczne wejście na rynek pracy. Potem Armstrong kierował jeszcze kilkoma internetowymi dziennikarskimi projektami.

Stanięcie na czele AOL i plan stworzenia nowego biznesowego modelu zarabiania na informacji w sieci był więc powrotem do tamtych zadań, tyle że w dużo większej skali.

Czy Armstrongowi uda się ożywić AOL? Czy tysiąc zatrudnionych przez niego w ostatnich miesiącach dziennikarzy (głównie w małych należących do koncernu tytułach lokalnych sprzedawanych w internecie na wspólnej platformie Patch) utrzyma dzięki niemu swoją pracę? Czy Huffington Post stanie się pod wodzą Armstronga realną alternatywą dla "New York Timesa"? Do końca 2011 r. mamy znać odpowiedź na te wszystkie pytania.

Na więcej eksperymentów AOL prawdopodobnie nie starczy już pieniędzy.

@RY1@i02/2011/041/i02.2011.041.000.016a.001.jpg@RY2@

Fot. Bloomberg

Armstrong potrafił zamienić pomysły twórców Googlea w wielkie pieniądze

Rafał Woś

rafal.wos@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.