Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Gotówka to stary wynalazek, który obecnie wymaga unowocześnienia

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

REMIGIUSZ KASZUBSKI ze Związku Banków Polskich mówi o kosztach używania banknotów i monet oraz korzyściach z obrotu bezgotówkowego

Dużo. Każda operacja gotówkowa ma oddzielny koszt. Wyobraźmy sobie, że klient przychodzi do okienka kasowego i prosi o wypłatę tysiąca złotych. Wtedy kasjer sprawdza, czy ma przy sobie tę sumę. Nawet jeśli ma tę kwotę i wypłaca ją od razu, to kolejne tysiąc złotych musi się zaraz w tym okienku znaleźć. Kasjer więc zawiadamia kierownika skarbca, który przychodzi, sprawdza, czy doszło do wypłaty, a potem informuje skarbiec, że kasy muszą zostać zasilone. Jeżeli pieniądze są w skarbcu - każdy oddział bowiem ma niewielki skarbiec, w którym znajduje się nie więcej niż 200 - 300 tysięcy złotych - to w porządku. Jednak oddział banku ma ograniczoną ilość gotówki, więc gdy się okazuje, że pieniędzy może zabraknąć na kolejny dzień, składa się zamówienie na przywiezienie pieniędzy.

Wtedy idzie sygnał do centrali, że w tych i tych oddziałach nie ma gotówki. Centrala składa zamówienie w oddziale regionalnym NBP, z którego pieniądze są transportowane konwojem.

Cała operacja angażuje mnóstwo ludzi, którym trzeba wypłacić wynagrodzenie. Konwój musi zostać odpowiednio zabezpieczony, co też oznacza dodatkowy koszt.

To oczywiście działa w drugą stronę. Przychodzi klient, który chce na przykład zapłacić za gaz. Pani, która siedzi w okienku, przybija mu pieczątkę, przyjmuje pieniądze, wprowadza wszystko do systemu - przecież rozliczenie jest elektroniczne - następnie to wysyła. Musi zarchiwizować sobie wpłatę, musi przypilnować, bo to operacja niepowiązana z żadnym rachunkiem, musi wydać potwierdzenie wpłaty. Czyli traci na to czas i papier. Później ta gotówka musi być sprawdzona, posegregowana. Jeżeli nie zostanie wydana innym klientom, należy zrobić rozliczenie. Wtedy trzeba ułożyć gotówkę według określonej struktury monet i banknotów, wziąć kasetkę i iść do kierownika zmiany, przed którym trzeba złożyć raport. Dopiero później te pieniądze trafiają do skarbca oddziału.

Czas jest najbardziej kosztowny. To wszystko, co trzeba zrobić z gotówką, żeby ona zaczęła zarabiać. Jest bowiem pewien okres, kiedy gotówka nie pracuje, lecz przynosi tylko i wyłącznie koszty. Dopiero po jakimś czasie, gdy już uda się wszystko rozlokować, ona zaczyna zarabiać.

Opłaty nakładane na operacje płatnicze w gotówce nie pokrywają ich faktycznego kosztu. Przyjmowanie wpłat gotówkowych oraz wypłata gotówki zwykle - bo to zależy także od indywidualnych kosztów danego oddziału - nie jest opłacalne z perspektywy banku. A więc opłata rzędu 5 zł czy nawet 12 zł za operację zazwyczaj nie pokrywa rzeczywistych kosztów. Banki na tym nie zarabiają.

Nieco inaczej sytuacja wygląda, gdy mamy do czynienia z klientem, który posiada rachunek w banku. Wtedy obsługa gotówkowa jest elementem obsługi rachunku, który co do zasady generuje jakieś przychody. Gdy na tym rachunku są określone środki, bank może dokonać akumulacji tych środków z rachunków i zarządzając płynnością, część tych pieniędzy może przeznaczyć na udzielanie kredytów. Trzeba jednak pamiętać, że każdy depozyt - nawet znajdujący się na takim rachunku - podlega rezerwie obowiązkowej. Od każdego pobiera się 3,5 proc. w postaci specjalnego zapisu rachunkowego, który trzeba odprowadzić do NBP. Każdy pieniądz generuje jakiś koszt - i tylko trzeba policzyć, jaki jest ten koszt.

Poza tym banki jako instytucje wyspecjalizowane w obrocie gotówkowym mają koszty znacznie niższe niż przedsiębiorcy, którzy takiej specjalizacji nie mają. Weźmy na przykład sklep spożywczy, gdzie przyjmowane są wpłaty gotówkowe. Przede wszystkim gotówka wydłuża czas trwania transakcji. Często się zdarza, że gdy komuś zabraknie gotówki, trzeba nawet wycofywać niektóre towary z kasy. W przypadku karty zbliżeniowej cała operacja trwa sekundy - wystarczy tylko zbliżyć kartę do czytnika. Spada ryzyko przyjęcia fałszywych banknotów. Poza tym kasjerka czuje się bezpieczniej, gdy nie ma pieniędzy w kasie, a na dodatek dzięki użyciu np. kart ma mniej pracy. Bo przecież ona także musi zdać kasę, a więc wziąć kasetkę z gotówką i rozliczyć się przed kierownikiem czy właścicielem. Gdy jest to mały sklep, właściciel podjeżdża samochodem - sam lub z ochroniarzem - pakuje gotówkę do walizki i wiezie do oddziału banku. Spala paliwo, traci czas i ryzykuje. Na dodatek gdy okazuje się, że oddziały banku są zamknięte, musi przechować jeszcze te pieniądze. A więc ryzykuje jeszcze więcej.

1 proc. PKB - taka wartość wynika z szacunków opracowanych na podstawie badania przeprowadzonego na zlecenie Visy. Z innego jej opracowania wynika, że gdyby transakcje przeprowadzane przy użyciu kart Visy robione byłyby za pomocą gotówki, gospodarka straciłaby około 23 mld zł.

W zależności od tego, jaki jest to akceptant - czyli właśnie przedsiębiorca przyjmujący płatności kartami - ma on różnie ustaloną wysokość prowizji. Ten, który ma duże obroty, płaci niewiele ponad 1 proc. Ten, który ma średnie obroty, płaci 1,5 proc...

Owszem, o całości, czyli o merchant fee, opłacie, jaką ponosi akceptant.

Przykładowo, np. na stacji benzynowej taka opłata sięga średnio 2 proc. Średnio, bo na rynku jest wiele kart i każda z nich ma inne koszty. Płatność kartą zbliżeniową generuje koszt nie większy niż 1,2 proc. Koszt karty prestiżowej jest wyższy, jako że są one objęte specjalną taryfą z powodu tego, że transakcje nimi dokonywane są istotnie większe. Karty elektroniczne płaskie z wprowadzeniem PIN-u generują mniejszy koszt niż te, w których wymaga się potwierdzenia transakcji podpisem. Karty dwóch systemów mają różną wysokość opłat, a w ramach tego samego systemu istnieją różne opłaty w zależności od rodzaju karty.

W przypadku Makro czy Biedronki, które nie przyjmują kart, powodem jest model biznesowy. Takie Makro uznało, że jest na tyle duże, że może jeszcze zarabiać na gotówce. Oferuje możliwość wstawienia bankomatów do swojego sklepu, za co pobiera opłatę dzierżawną.

Poza tym Makro adresuje swoje usługi do małych i średnich przedsiębiorców - sklepów, hurtowni itd. Ci przedsiębiorcy wolą gotówkę, bo dzięki temu omijają konieczność wożenia gotówki do oddziałów banków. Utarg, który zbiorą w ciągu dnia, wiozą do Makro, gdzie robią zakupy.

Z kolei Biedronka oferuje swoje usługi osobom, które nie robią zakupów w galeriach handlowych czy butikach. Klient Biedronki albo mało zarabia i dostaje wypłatę w gotówce, albo otrzymuje świadczenia z pomocy społecznej - także zazwyczaj w gotówce. Jest jeszcze jedna grupa - osoby średniozamożne, które umieją zarządzać budżetem domowym i wiedzą, że w danym sklepie jest np. tani, ale dobrej jakości towar. I ich właśnie najbardziej denerwuje, że nie mogą zapłacić kartą.

Takie zachęty stosują praktycznie same banki. Przekazały ok. 200 mln zł do specjalnego funduszu, zarządzanego przez Visę. Ze środków na nim zgromadzonych opłacane są koszty instalowania terminali w miejscach, w których do tej pory ich nie było.

Swój program ma także MasterCard - to "I for P", czyli "Innovation for Poland". Ten program jest tak skonstruowany, że budżet tworzony jest z opłat pobieranych od agentów rozliczeniowych i z tego budżetu MasterCard płaci bankom za wydawanie innowacyjnych produktów płatniczych. Tylko że odbiór tego programu nie jest dobry, bo wg agentów rozliczeniowych jest to zabieranie pieniędzy, które dostali za instalowanie terminali.

Każdemu się opłaca. Jeśli przedsiębiorca myśli logicznie, to wykorzysta go do zwiększenia obrotu i zaoferuje nowe usługi, na przykład doładowanie komórek czy wypłatę gotówki w systemie cash back.

Oczywiście pytanie brzmi, czy będzie chciał to robić. Bo jest grupa ludzi, którzy nigdy nie przekonają się do korzystania z kart czy z bankowości internetowej.

Programy lojalnościowe powiązane z płatnościami kartami. Na przykład sam mam kartę, która jest powiązana z płatnościami na stacjach benzynowych. I gdziekolwiek płacę kartą, naliczane są punkty. Wyszło mi, że dzięki płaceniu tą kartą pokrywam koszty energii elektrycznej i gazu za dwa miesiące w roku.

W wielu miejscach nie można korzystać z obrotu bezgotówkowego czy z bankowości internetowej. I to nie dlatego, że brakuje chęci, tylko po prostu nie ma możliwości technicznych. Wciąż spora część kraju jest białą plamą na mapie dostępu do szybkiego internetu.

Ale też od 10 lat naciskamy na rząd i na firmy telekomunikacyjne, żeby coś w tej sprawie zrobić. Mówi się, że w Polsce obszar, na którym funkcjonuje szybki internet, zamieszkuje 64 proc. obywateli. Ale jak porównamy to z Islandią, gdzie jest 88 proc., Kanadą czy krajami skandynawskimi, to jest fatalnie. W rezultacie jest grupa ludzi, którzy nie mają dostępu do usług finansowych, bo są to ludzie wykluczeni cyfrowo.

I to jest problem. Niestety, stwierdzam, że z tym problemem głównie walczą banki, które mają duże koszty gotówki. A gotówka to według mnie stary wynalazek, który obecnie wymaga unowocześnienia. Sposobem na to jest rozwijanie transakcji bezgotówkowych. Chciałbym, abyśmy doszli do poziomu, w który połowa transakcji dokonywana jest bez udziału gotówki. Tymczasem obecnie przeciętny Polak dokonuje 54 transakcje bezgotówkowe rocznie, a średnia dla mieszkańca UE to 164 transakcje rocznie. - Można to także zaobserwować, gdy spojrzeć na to pod względem podaży pieniądza, czyli tzw. agregatu M1 (gotówka + depozyty avista. W Polsce udział gotówki w tym agregacie jest zdecydowanie wyższy niż w strefie euro. W Polsce gotówka stanowi ok. 23 proc. tego agregatu, a w strefie euro poniżej 17 proc.

@RY1@i02/2011/038/i02.2011.038.050.0004.001.jpg@RY2@

Fot. Wojciech Górski

Remigiusz Kaszubski, dyrektor w Związku Banków Polskich, szef Zespołu Systemu Płatniczego i Bankowości Elektronicznej

Rozmawiał Marek Siudaj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.