Andrew Wylie, czyli jak zarobić na wielkich pisarzach
Budując swoją pozycję, Amerykanin złamał obowiązującą w książkowym biznesie zasadę, że klient konkurencji jest nietykalny
Andrew Wylie uczynił milionerami ambitnych pisarzy, takich jak Philip Roth i Salman Rushdie. Przy okazji sam stał się rekinem w biznesie agencji literackich.
Gdy w 1972 r. syn bostońskiej rodziny wydawniczo-bankierskiej publikował tomik mocno erotycznych wierszy "Yellow Flowers", nikt nie spodziewał się, że zrewolucjonizuje literaturę światową. Jednak nie za sprawą wierszy, o których sam autor mówi, że były "młodzieńczą niedyskrecją". Andrew Wylie zamiast na własne ambicje literackie postawił na cudze. W 1980 r. wynajął małe biuro na Manhattanie i otworzył The Wylie Agency.
Było o co walczyć. Błyskawicznie rozwijał się rynek paperbacków, czyli tanich wydań kieszonkowych, które sprzedawały się jak ciepłe bułeczki. Wydawcy zaczęli traktować pierwsze wydania książek w sztywnych okładkach jako inwestycję - dzięki publikowanym później paperbackom (w miękich okładkach) mogła zwrócić się wielokrotnie. W takiej sytuacji agenci zaczęli śrubować zaliczki pozyskiwane dla swoich klientów. W latach 70. dotyczyło to przede wszystkim literatury popularnej, takiej jak powieści Fredericka Forsytha. Także dzisiaj najpotężniejsi konkurenci Wyliego żyją z komercji - William Morris oraz ICM reprezentują aktorów, piosenkarzy, sportowców i autorów literatury masowej. Wylie miał inny pomysł. - Kiedy zaczynałem, wiedziałem, że nie chcę ponieść porażki, ale nie chcę też wstawać rano i czytać książek, których nie pozwoliłbym czytać mojemu psu - mówił kiedyś w rozmowie z "Dziennikiem". Postanowił sprawić, że do grona literackich milionerów dołączą autorzy ambitni. I ich agent.
Postawił na negocjowanie olbrzymich kontraktów. Kiedy w 1995 r. Martin Amis opuścił swoją wieloletnią agentkę i odszedł do Wyliego, który wynegocjował dla niego 500 tys. funtów za powieść "The Information", prasa brytyjska relacjonowała to jak melodramat, a Wylie zyskał przydomek szakala. Teraz w wypadku gwiazd rangi Amisa zdarzają się nawet zaliczki siedmiocyfrowe. Umowy są tajne, ale wiadomo mniej więcej, że pisarz komercyjny taki jak John Grisham dostaje 7 mln dol., natomiast gwiazdorski autor literatury wysokiej, na przykład Philip Roth, może liczyć na 1,5 mln. "New York Times" wyliczył w 2009 r., że średnia zaliczka za powieść w Ameryce wynosi 30 tys. dol. Kiedy zwróci się wydawcy, pisarz otrzymuje udział od każdego dodatkowo sprzedanego egzemplarza - od 10 do 15 proc. od ceny detalicznej. Agentowi opłaca się śrubować kontrakt swojego klienta, ponieważ pobiera marżę od każdego zarobionego dolara. Dziś w Ameryce wynosi ona 15 proc. na prawa do wydań lokalnych. Jeśli więc agent wynegocjuje dla Rotha 1,5 mln dol. zaliczki za wydanie jego nowej powieści w USA, już na wstępie zarobi 225 tys. dol. Nie wszyscy autorzy w stajni Wyliego dostają aż tyle, ale jego lista liczy niemal 700 nazwisk i każde reprezentowane jest na cały świat.
Nowa powieść Rotha nie sprzeda się jednak nawet w przybliżeniu tak dobrze jak nowość Grishama czy Danielle Steel. Przy dobrej prasie może to być 200 tys. egzemplarzy zaraz po wydaniu w porównaniu z milionowymi nakładami autorów komercyjnych. Dlaczego więc wydawcy skłonni są płacić za nią nawet ponad milion dolarów? Wyliemu udało się przekonać ich, że choć Roth czy Rushdie nigdy nie osiągną milionowej sprzedaży nowej powieści, mają coś, czego brakuje ich komercyjnym kolegom: pozostają aktualni przez lata, a nawet dziesięciolecia. Wydawcy w USA najczęściej kupują książkę na cały okres obowiązywania praw autorskich, czyli do 70 lat po śmierci autora. Z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że dzieła Rotha jeszcze wtedy będą się sprzedawać, na co raczej nie mogą liczyć autorzy większości bestsellerów. Dlatego wydawca, inwestując milion dolarów teraz, będzie zarabiał przez lata.
Polityka wielkich zaliczek ma licznych przeciwników. Wylie znany jest z powiedzonka, że jeśli zaliczka zwróciła się wydawcy, to agent nie wykonał dobrze swojej pracy. - Czy pisarz wychodzi lepiej na tym, że pożyczy wydawcy 100 tys. dol. bez procentu, czy na tym, że dostanie nieoprocentowaną pożyczkę? Jasne, że na tym drugim - mówi w rozmowie z "DGP". Ponadto istnieje zależność pomiędzy wysokością zaliczki a trudem, jaki zada sobie wydawca, by wypromować książkę. To jednak nie musi być dobre dla autorów, którzy nie mają jeszcze statusu gwiazd. Jeśli zaliczka się nie zwróci, wydawca nie chce ich kolejnej książki.
Wysokie zaliczki to niejedyny wabik dla klientów. Wylie, który studiował literaturę francuską na Harvardzie, potrafi uczynić ze snobizmu strategię pozyskiwania autorów. W środowisku wydawniczym krążą opowieści o tym, jak lata po świecie tropem wielkich pisarzy i recytuje im z pamięci fragmenty ich dzieł, przekonując, że to jego ukochane utwory. Nie zawsze mu się udaje. - Ponoć próbował w ten sposób przejąć reprezentację Jamesa Joyce’a i wyrecytował wnukowi pisarza obszerne fragmenty "Finnegans Wake" - mówi Anna Jarota, międzynarodowa agentka literacka z Paryża. - Także Ryszard Kapuściński opowiadał, że gdziekolwiek na świecie miał spotkanie autorskie, zawsze podchodził do niego pewien człowiek, pytając, czy nie zechciałby zmienić agenta - dodaje. Dziś autorzy sami zwracają się do Wyliego, zwabieni nadzieją na większe zyski i świetnymi nazwiskami na jego liście. A także jakością usług, których wizytówką jest eleganckie biuro w wieżowcu niedaleko Central Parku. - U nas wszystko musi być na poziomie doskonałej firmy prawniczej - mówi nam Wylie.
Budując swoją pozycję, Wylie musiał złamać obowiązującą w biznesie książkowym niepisaną zasadę, że klient konkurencji jest nietykalny. Wielu go za to znienawidziło. Dziś trudno znaleźć na świecie znaczącego agenta, któremu Wylie nie podkupiłby choć jednego pisarza. Teraz Margaret Hanbury, wieloletnia agentka znanego brytyjskiego pisarza J.G. Ballarda, płacze po utracie jego reprezentacji. Hanbury włożyła wiele lat pracy w promocję autora, który do końca życia pozostał jej wierny. Po jego śmierci w 2009 r. spadkobiercy nie mieli już podobnych skrupułów i przenieśli się do Wyliego.
Spadkobiercy to zresztą jego specialite de la maison. Na swojej liście ma dziś m.in. Nabokova, Normana Mailera i Borgesa. Z Polaków Gombrowicza, Herberta i Miłosza. Kiedy w 2009 r. umarł John Updike, chyba ostatni z wielkich Amerykanów, który nie miał agenta i wszystko załatwiał przez wydawcę, agencji udało się przejąć jego reprezentację. Wylie odkrył, że nawet jeśli sam pisarz z powodu przyjaźni czy innych zobowiązań nie chce zerwać dotychczasowego układu dla pieniędzy, zazwyczaj wdowa albo dzieci chętnie to zrobią. Opowiada też, że dochody spadkobierców Italo Calvino i Jorge Borgesa wzrosły o 2 tys. proc., od kiedy przejął ich reprezentację. - Przeciętnie wzrost przychodów to 300 - 500 procent - mówił w ubiegłym roku dziennikarzowi "Harvard Magazine".
Kolejna specyfika Wyliego to pomijanie subagencji, czyli agencji lokalnych, które szukają wydawców dla autorów zagranicznych agencji bądź wydawnictw. Zdaniem Wyliego subagenci zalewani są książkami, których nie mają czasu czytać. - Zamiast z nimi współpracować sami poświęcamy dużo czasu i pieniędzy na podróże - mówi Wylie "DGP". Można się domyślić, że jest jeszcze inny powód tej decyzji. Prowizja agenta za sprzedaż praw książki za granicą wynosi zwykle 20 proc. Jeśli chce działać przez subagenta, musi podzielić się z nim zyskiem po połowie. To ważne, bo dziś połowę dochodów Wyliego przynosi zagranica. Taki podział to na tym rynku ewenement. Większość agencji amerykańskich z praw zagranicznych czerpie zaledwie 20 - 30 proc. dochodów.
Ale pod tym względem paradoksalnie to, co dobre dla Wyliego, niekoniecznie jest dobre dla wszystkich jego klientów. - To strategia korzystna dla sławnych pisarzy, po których wydawcy i tak sami się zgłoszą, oraz dla wielkich krajów. Wylie i jego pracownicy nie są jednak w stanie sprzedać książek pomniejszych klientów, ponieważ często potrzebują oni niszowych wydawnictw, do których mógłby dotrzeć tylko subagent. Tak naprawdę nie mogą też kontrolować tego, co dzieje się z ich sławnymi pisarzami w mniejszych krajach, jak na przykład Polska - mówi Jarota. Najwyraźniej Wylie wyliczył, że zyski, które ma z zachowania dla siebie całej prowizji od wielkich autorów w wielkich krajach, rekompensują mu z nadwyżką te straty.
Teraz Wylie chce, żeby pisarze uczynili kolejny skok finansowy dzięki rozwojowi e-contentu. E-booki drastycznie obniżają koszty produkcji, a na rynku kosztują prawie tyle samo co wydania papierowe. Wylie nie chce pozwolić, by cały ten zysk przejęli wydawcy oraz dystrybutorzy, i walczy o znaczący wzrost procentowy honorarium autorskiego. Jego zdaniem 25 proc. od ceny detalicznej, które przyjęło się dziś oferować autorom za e-wydania, to ciągle mało. Dlatego w lipcu 2010 r. założył Odyssey Editions - wydawnictwo e-booków, w którym na początek zaproponował 20 książek z klasyki, płacąc za prawa wyższe stawki.
W świecie wydawniczym zawrzało. Oskarżano Wyliego o konflikt interesów, ponieważ agent nie powinien działać jako wydawca. Raziło też, że e-booki z Odyssey mają być dostępne tylko na czytnikach Amazona Kindle. Wydawnictwo Random House uznało posunięcie Wyliego za powód do zerwania z nim relacji biznesowych. Random House posiadał prawa do wersji papierowych trzynastu książek z listy Odyssey (w tym "Lolity" Nabokova) i uważał, że powinien mieć również prawa do e-booków. Nie należy się dziwić. Na razie e-booki to jeszcze wyraźnie mniejsza część rynku niż papier. Wydawcy podają, że stanowią około 10 proc. ich przychodów, lecz zarazem dodają, że wzrost wynosi 200 proc. rocznie. Po prześledzeniu sprzedaży największego bestsellera 2010 r. w Ameryce, czyli powieści Stiega Larssona "Zamek z piasku, który runął", okazuje się, że e-booki to już 33 proc. sprzedanych egzemplarzy.
Po miesiącu negocjacji The Wylie Agency zgodziła się wycofać książki autorów Random House, ten z kolei zobowiązał się sam wydać je w formie e-booków. Wielu wrogów Wyliego cieszyło się, że ktoś wreszcie utarł mu nosa. Pytanie jednak, czy Wylie nie odniósł znowu zwycięstwa. W środowisku mówi się, że udało mu się wynegocjować z Random House honoraria rzędu 40 proc. I wielu uważa, że właśnie o to mu chodziło. Stawka jest przecież ogromna. Jeśli honoraria pisarzy utrwalą się na tym poziomie, w porównaniu do 10 - 15 proc., które otrzymują od egzemplarza papierowego, rozwój rynku e-booków stworzy dla nich nowe eldorado. A z nimi dla ich agentów.
@RY1@i02/2011/009/i02.2011.009.186.0003.001.jpg@RY2@
Fot. Bulls
Andrew Wylie postawił na negocjowanie wysokich kontraktów dla pisarzy ze swojej "stajni". Bogaczami uczynił m.in. Salmana Rushdiego i Philipa Rotha. Przy okazji sam stał się milionerem
Magdalena Miecznicka
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu