Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

W interesach wam się poprawiło

26 czerwca 2018

Jest tylko źle czy jeszcze gorzej? My wiemy, że u nas praca na własny rachunek nie jest lekka. A jak to widzą obcokrajowcy?

Na papierze wszystko wygląda jeśli nie znakomicie, to przynajmniej coraz lepiej. W najnowszym rankingu Doing Business, wskaźniku przyjazności otoczenia dla biznesu, Polska awansowała o trzy pozycje - na 45. miejsce. Bank Światowy docenił większą dostępność kredytów, uproszczenie procedur wydawania pozwoleń na budowę i zakładania spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Jednak z tego rankingu trudno wyciągać zbyt daleko idące wnioski - to papierowa analiza.

Jej dobrym uzupełnieniem mogą się stać opinie tych, którzy są w stanie porównać prowadzenie biznesu w różnych krajach. Takich osób jest wiele, coraz więcej, my wybraliśmy cudzoziemców.

GUS podaje, że liczba podmiotów z kapitałem zagranicznym w latach 2006-2011 wzrosła z 18 tys. do prawie 25 tys. Liczba najmniejszych firm, które zatrudniają do 10 pracowników, zwiększała się jeszcze bardziej. W 2006 r. było ich 10,7 tys., w 2011 r. - 16,4 tys. Postanowiliśmy porozmawiać właśnie z przedstawicielami małego biznesu. Bo to oni - przyzwyczajeni do odmiennych realiów - zmagają się z rozwiązaniami narzuconymi przez naszych polityków i biurokracją.

Polski urząd skarbowy działa dobrze

Teo Wafidis w Polsce mieszka od 13 lat. Jest Grekiem, ale wcześniej mieszkał także w Niemczech i Austrii, gdzie również prowadził interesy. Był właścicielem restauracji, teraz organizuje imprezy kulinarne, współpracuje z telewizją, a także importuje żywność z Grecji. Dodatkowo wspólnie z synem prowadzi biuro podróży. - Na pewno jest dużo lepiej, niż było. Zakładanie firmy jest proste, szybko dostaje się też prawo jazdy czy dowód rejestracyjny auta. Poprawy wymaga funkcjonowanie ZUS. Tam trzeba coś naprawić, bo komunikacja z nim jest naprawdę problematyczna - zauważa. Sądzi też, że w Polsce trudno jest nawiązać kontakty handlowe. Jego zdaniem jesteśmy zamknięci i niechętnie udzielamy informacji. Jakichkolwiek. - Wiadomo, że w każdej branży jest silna konkurencja. Ale nawet wśród konkurentów warto mieć przyjaciół. Przecież firmy łączą się na całym świecie. Może nad Wisłą brakuje jeszcze zaufania? - zastanawia się Wafidis.

Najbardziej irytują go jednak regulacje związane z sanepidem. - Te przepisy mają po 30-40 lat. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego - gdy otwieram restaurację - muszę zatrudnić kogoś, kto potwierdzi jakość wody. Przecież ona leci z wodociągu, za który ja nie odpowiadam. Jaki mam wpływ na to, jaka woda leci z kranu? Taki dokument to zbędna biurokracja i bzdura - denerwuje się Grek. Inną rzeczą, którą trudno jest mu zrozumieć, jest system zezwoleń na handel alkoholem. Tłumaczy, że w Niemczech po prostu zgłaszał sprzedaż papierosów i alkoholu. W Polsce musi zdobyć koncesję i na piwo, i na trunki wysokoprocentowe. Pomijając dodatkowe opłaty, oznacza to również dużo większe obciążenie robotą papierkową.

Ale robienie interesów w Polsce w porónaniu z Grecją ma dla niego jedną wielką zaletę. - W urzędzie skarbowym nie jestem przypisany do jednego konkretnego urzędnika. A w Grecji, jeśli masz biznes, prowadzi cię cały czas ten sam pracownik skarbówki. To nie jest dobre rozwiązanie, łatwo o korupcję. Pewnie to jest przyczyną tak niskich wpływów podatkowych w moim kraju - przypuszcza grecki biznesmen.

Różnice między zielonymi wyspami

Inne podejście do robienia biznesu w Polsce ma Irlandczyk Damien Moran, który prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą, ucząc języka angielskiego. - Zastanawia mnie krótkowzroczność rządzących w Polsce. Przykładowo kwota wolna od podatku wynosi zaledwie 3 tys. zł, w Irlandii to 8-9 tys. euro, czyli ponad dziesięć razy więcej. A przecież wiadomo, że na początku ponosisz największe wydatki. Podniesienie kwoty wolnej od podatku dałoby wielu firmom większe szanse na przetrwanie - wyjaśnia.

Druga kwestia z tym związana to możliwość opłacania mniejszej składki na ZUS w wysokości 400 zł tylko przez dwa lata. Od trzeciego roku jest już ponad tysiąc złotych. - Jeśli ktoś prowadzi taki biznes jak ja, w którym nakłady inwestycyjne są nieduże, taka podwyżka jest do przeżycia. Ale przecież są przedsięwzięcia, gdzie przełom następuje dopiero po kilku latach. Wtedy kilka tysięcy złotych rocznie dodatkowych opłat robi dużą różnicę - mówi Moran. I od razu przedstawia propozycję, by obie te sprawy - kwotę wolną od podatku oraz ozusowanie - różnicować w zależności od branży. Nie widzi jednak wielkiej szansy na realizację pomysłu, bo jego zdaniem polski rząd dąży do podwyższenia podatków, by pokryć swoje wydatki.

Z różnic między zielonymi wyspami warto wymienić jeszcze co najmniej jedną. - Gdy w Irlandii zapłacisz przypadkiem za dużo - czy będzie to podatek, czy jakaś inna opłata - urząd cię szuka i prosi się o numer konta, by ci zwrócić pieniądze. W Polsce tak nie jest - opowiada. O tym, jak jest nad Wisłą, może świadczyć przypadek podatnika, który oficjalnie zmienił w urzędzie numer swojego konta, a mimo to zwrot podatku przelano mu na stare, które już zostało przypisane komuś innemu. Odzyskiwanie tych pieniędzy urząd scedował na podatnika.

W kwestiach biurokracji Irlandczyk ma jeszcze jedną uwagę. Mimo że rejestracja firmy jest łatwa, to obsługa systemu Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej jest drogą przez mękę. - Robiąc najmniejszą zmianę, muszę wypełnić kilkustronicowy formularz, co jest stratą czasu i energii - stwierdza. Cudzoziemcom w Irlandii biznes prowadzi się na pewno łatwiej niż cudzoziemcom w Polsce. Kwestia jest bardzo prozaiczna - chodzi o barierę językową. Po naszym przystąpieniu do UE dokumenty potrzebne do rejestracji firmy w Irlandii zostały przetłumaczone m.in. na polski. Tymczasem w Polsce o czymś takim można tylko pomarzyć. - Nie mówię o tym, by je wypełniać po angielsku. To powinno oczywiście odbywać się po polsku. Ale przetłumaczenie wielu osobom pozwoliłoby lepiej zrozumieć to, co podpisują - opowiada dobrą polszczyzną.

O kredyt łatwo, o zaufanie trudniej

Wbrew obiegowym opiniom żaden z naszych rozmówców nie narzekał na to, że urzędnicy są nieuprzejmi. - Zawsze mają dla mnie czas i starają się wszystko dobrze wyjaśnić - mówi Damien Moran. Podobne wspomnienia ma Ewald Raben, szef dużej firmy logistycznej z Holandii. W jednym z wywiadów tak wspomina zakładanie firmy i swoje kontakty z urzędnikami, które miały miejsce jeszcze w latach 90. "Ująłem ich tym, że starałem się mówić po polsku. Zapamiętali mnie. Gdy przychodziłem drugi, trzeci raz, od razu wiedzieli, kim jestem. Gdy zabierałem się do wypełniania formularzy w ZUS czy urzędzie skarbowym, czuli potrzebę opiekowania się mną. Miałem pełną pomoc przy wypełnianiu rubryk" - opowiadał na łamach "Gazety Wyborczej".

Mimo to są nacje, którym ciężko przeskoczyć barierę, jaką stanowi język. Wśród nich są m.in. Chińczycy. Ale to właśnie z myślą o załatwianiu spraw urzędowo-rachunkowych jedna z ich rodaczek założyła biuro świadczące tego typu usługi. Co jeszcze różni prowadzenie działalności gospodarczej w Państwie Środka i nad Bałtykiem? - W Chinach niektóre rzeczy uważamy za oczywiste i nie trzeba ich napisać wprost. U nas umowa na papierze jest mniej ważna niż znajomość ludzi i zaufanie. A w Polsce wszystko musi być na papierze - opowiada właścicielka biura. Zwraca także uwagę na dosyć rozbudowaną biurokrację, co w zestawieniu ze stereotypowym myśleniem o azjatyckiej machnie urzędniczej wydaje się nieco zaskakujące.

Za to na zupełnie inne rzeczy wskazuje Richard Stephens, który półtora roku temu założył w Polsce spółkę zajmującą się wydawaniem angielskojęzycznej prasy. - Co na mnie zrobiło wrażenie, to łatwość, z jaką dostałem kredyt. Biurokracja? Wcale nie jest taka zła, spółkę z o.o. otworzyliśmy w ciągu dwóch miesięcy - dodaje. Ale za to trudnością są opóźnienia w płatnościach. Musiał się do tego przyzwyczaić, bo w Wielkiej Brytanii takie rzeczy zdarzają się dużo rzadziej. - Czasem ludzie płaca nam trzy, nawet cztery miesiące po terminie i nie widzą w tym nic złego. To są jednak problemy, które można przezwyciężyć. Co mi się podoba w Polsce, to to, że tutaj ludzie są bardzo przedsiębiorczy i choć wiem, że to zabrzmi nieco stereotypowo - przyzwyczajeni do ciężkiej pracy. Ostatnio rozmawiałem ze znajomymi, którzy prowadzą biznes we Francji. Tam jest mnóstwo regulacji, a pracownicy są przyzwyczajeni do tego, że nieważne, co się dzieje, praca kończy się o godzinie piątej. To bardzo utrudnia życie przedsiębiorcy - opowiada Stephens. Nad Wisłą za to problemem bywa to, że ludzie rzadko potrafią być kreatywni. Jeśli coś się nagle zmienia, to bywa ciężko ze znalezieniem nowego rozwiązania. O takie zdecydowanie łatwiej w jego ojczyźnie.

Jakie wnioski można wyciągnąć z tych rozmów? Choć wielu Polaków narzeka, że kiedyś grzybów było więcej, a ryby bardziej brały, to jeśli chodzi o prowadzenie biznesu, kilka lat temu na pewno było trudniej. Jednak jest jeszcze wiele obszarów, które wymagają poprawy. Kolejna publikacja rankingu Doing Business za trzy kwartały. Pozostaje mieć nadzieję, że znów skoczymy chociaż o kilka oczek do góry, i to szczególnie na polu płacenia podatków. Być może wtedy, prowadząc takie rozmowy z zagranicznymi przedsiębiorcami, którzy postanowili spróbować szczęścia w Polsce, usłyszymy jeszcze więcej pozytywnych rzeczy, a liczba zakładanych przez nich przedsiębiorstw będzie rosła jeszcze szybciej.

Dlaczego gdy otwieram restaurację, muszę zatrudnić kogoś, kto potwierdzi jakość wody? Przecież ona leci z wodociągu, za który nie odpowiadam

@RY1@i02/2013/249/i02.2013.249.000001600.803.jpg@RY2@

WŁODZIMIERZ ECHENSKI/EAST NEWS

Maciej Miłosz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.