Cierpliwa i trudna wspinaczka po zyski
Kończy się sezon w plenerze, zapełniają się za to sztuczne ścianki, które jednym pozwalają realizować pasję sportową, innym ambicje biznesowe
Miłośnicy wspinaczek nie mają w Polsce łatwo. Gór jest niewiele, są niezbyt wysokie i raczej kiepski jest do nich dojazd. W kraju nizinnym, gdzie sezon zimowy trwa pół roku, alternatywą dla naturalnych szczytów stały się sztuczne ścianki. Powstało ich ok. 70. Czy to dobry biznes?
Z własnej potrzeby
Cezary Modrzejewski z Torunia, miłośnik gór, z myślą o doskonaleniu umiejętności stworzył z przyjaciółmi pierwszą sztuczną ściankę w mieście. Był rok 2000. - Z Pomorza w góry daleko, a my nie chcieliśmy rezygnować z naszej pasji ani zmieniać miejsca zamieszkania - opowiada. - Pierwsza ścianka powstała w... piwnicy - dodaje z uśmiechem. - Potem znaleźliśmy większy obiekt. Szybko się okazało, że wspinaczka dobrze się w mieście sprzedaje, i nasza ścianka zrobiła się za mała. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby zrobić z tego sposób zarabiania na życie. Zainwestowałem w budowę solidnego obiektu. Łatwo nie było, bo odpowiedni sprzęt dostępny był tylko za granicą, przez co nakłady rosły wraz ze spadkiem kursu złotego. W pierwszym roku toruński przedsiębiorca dokładał do interesu, ale nie zrezygnował. Ile w sumie pieniędzy zainwestował we wspinaczkowy biznes, dziś Modrzejewski nie jest w stanie policzyć, ale wie, że wyniosło go to grubo ponad pół miliona złotych. Co najmniej bowiem tyle trzeba włożyć w budowę podobnego obiektu, od 400-metrowej ścianki wspinaczkowej z czterometrowymi boulderami (bez zabezpieczenia linowego), przez ośmiometrowe ścianki wiszące po dwunastometrową, zakończoną poziomym dachem ścianę główną, z całą infrastrukturą - szatnią, prysznicem i wypożyczalnią sprzętu.
Dla właściciela przedsięwzięcie okazało się biznesowym polem doświadczalnym. - Spore zainteresowanie naszą ścianką zainspirowało mnie do projektowania i budowania podobnych obiektów na zamówienie - mówi Modrzejewski. Tak powstała marka GatoWalls, jedna z najbardziej rozpoznawalnych w Polsce. Firma przygotowuje kompleksowe projekty szyte na miarę, załatwia zezwolenia budowlane i zajmuje się realizacją. - Używamy materiałów i sprzętu tylko sprawdzonych firm, niektóre elementy, jak np. chwyty, produkujemy sami - zachwala Modrzejewski. Na razie ten model się sprawdza, bo zamówień nie brakuje. Firma ma średnio 13 zamówień rocznie, i to nie tylko z Polski. Niedawno zakończyła budowę w Paryżu.
Od pół miliona wzwyż
Biznes nie wymaga żadnych licencji i szczególnych zezwoleń (oprócz budowlanych). Właściciel obiektu wspinaczkowego nie musi mieć nic wspólnego ze wspinaniem. Wystarczy, że dobierze sobie wykwalifikowany personel, który sprawnie zareaguje na wymagania i preferencje klientów, bo od tego zależy powodzenie całego przedsięwzięcia. Potrzebny jest za to spory kapitał, minimum pół miliona złotych, ale w największych miastach 2-3 razy tyle. Górna granica teoretycznie nie istnieje, ale w polskiej praktyce zwykle zamyka się na poziomie 2-3 mln zł i jest wypadkową kilku elementów całej inwestycji, od lokalizacji, wielkości i jakości obiektu przez wyposażenie po zaplecze usługowe. - U nas dużym kosztem był remont samego miejsca po dawnej fabryce serów, gdzie czekało na nas wiele niespodzianek - mówi Jan Zaborowski współwłaściciel boulderowej ścianki Crux w centrum Warszawy. - Dostosowanie takiego budynku do możliwości uprawiania bezpiecznej wspinaczki często wiąże się z ingerowaniem w konstrukcję budynku, budowaniem nowych instalacji wentylacyjnych czy elektrycznych. Do tego dochodzi budowa części socjalnej, na którą składają się nie tylko szatnia i prysznice, ale również barek, sklep, siłownia - dodaje Zaborowski. O tym, kiedy wspinaczkowa inwestycja się zwróci, nie chce przesądzać. Podkreśla, że o sukcesie decydują dwie rzeczy. Dobra lokalizacja, najlepiej w centrum dużego miasta, która zapewni minimum stu klientów dziennie i zaangażowanie właściciela.
Trudny biznes
Na szybki zwrot ze wspinaczkowej inwestycji nie liczy już Waldemar Kass, przedsiębiorca budowlany z Opola. Namówiony przez syna, miłośnika gór, zainwestował ponad 600 tys. zł w prawie 300-metrową profesjonalną ściankę wspinaczkową Asgard, zlokalizowaną na Winowskiej Górce. - Ten biznes może się opłacić w dużych ośrodkach akademickich, jak Kraków, Poznań czy Warszawa. Tu, w Opolu, nie ma wielu szkół wyższych, a młodzi ludzie częściej wyjeżdżają za pracą, niż ją tu znajdują, dlatego w tym mieście tego typu przedsięwzięcie ma więcej z altruizmu niż biznesu - mówi. Choć z biznesu nie rezygnuje, licząc, że moda na wspinaczkę i zdrowy styl życia dotrze do Opola.
Kassowi wtóruje Modrzejewski. - Szanse na zwrot z inwestycji są obecnie w dużych miastach, gdzie i tak trzeba poczekać kilka lat na pierwsze prawdziwe zyski. Ale mniejsze ośrodki nie są bez szans. Dobrym rozwiązaniem może być współpraca ze szkołami i uczelniami, które za odpowiednio niższą opłatą zorganizują na ściankach lekcje wychowania fizycznego dla swoich uczniów czy studentów - przekonuje przedsiębiorca. Taki zabieg zapewni ściance odpowiednią frekwencję i rozgłos, a właścicielowi szybszy zwrot z inwestycji.
@RY1@i02/2013/205/i02.2013.205.13000040e.803.jpg@RY2@
Jak to się kalkuluje
@RY1@i02/2013/205/i02.2013.205.13000040e.804.jpg@RY2@
Longina Grzegórska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu