Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Przedsiębiorca bez wyboru

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w

Roboty zlecają nam duże spółki budowlane, mające prezesów, działy prawne, asystentki parzące kawę. Ja mam samochód, sprzęt i czterech pracowników. Wszystkie roboty rozliczam fakturami, nie pracuję w szarej strefie. I nikt nie przejmuje się kondycją takich firm jak moja

@RY1@i02/2014/207/i02.2014.207.00000020a.802.jpg@RY2@

Po publikacji w DGP wywiadu z Agnieszką Rzepecką ["Optymalni", nr 182 (3823) z 2014-09-19] na temat optymalizacji podatków napisał pan do mnie dramatyczny list, w którym opisał ciężką dolę drobnych przedsiębiorców działających w branży budowlanej. Z goryczą podnosząc to, że jeśli duże i bogate firmy stać na najlepszych doradców podatkowych, to tym najmniejszym pozostaje kręcić i kłamać. Dziękuję, że zgodził się pan na tę rozmowę - doceniam i rozumiem to, że woli pan zostać anonimowy. Mam tylko pytanie: dlaczego w takim razie zdecydował się pan zareagować?

Bo się zdenerwowałem tym, co ta pani mówiła. W tym sensie, że sposoby przez nią opisywane są dla takich jak ja niedostępne. Trwa właśnie dyskusja nad zmianami w ordynacji podatkowej i bardzo bym chciał zwrócić uwagę ustawodawcy na sytuację takich przedsiębiorców jak ja. Małych firm, prowadzonych jednoosobowo na zasadzie wpisu do ewidencji działalności gospodarczej, których właściciele odpowiadają całym swoim majątkiem, więc jedno niepowodzenie, jeden fałszywy krok może zrujnować życie ich i ich bliskich. Najbardziej rygorystyczne prawo jest u nas stosowane w gospodarce do najsłabszych. Będę mówił o branży budowlanej, bo w niej właśnie działam przez całe życie i na niej się znam. Takich firm jak moja jest dużo. W samej Warszawie jest prowadzonych obecnie około stu dużych budów. A na każdej z nich pracuje, jako podwykonawcy, po kilkadziesiąt takich firm. Roboty zlecają nam generalni wykonawcy, duże spółki budowlane, mające prezesów, działy prawne, asystentki parzące kawę, nadzór itp. Ja mam samochód, sprzęt i czterech pracowników. Mogę tylko się starać, żeby jakoś utrzymać na rynku. Wszystkie roboty rozliczam fakturami, nie pracuję w szarej strefie. I nikt nie reprezentuje moich interesów, nikt się nie przejmuje kondycją takich firm jak moja. Jesteśmy wykluczeni.

No, teraz to pan przesadził. Jest mnóstwo organizacji zrzeszających pracodawców i przedsiębiorców.

Faktycznie. Ale zróbmy szybki przegląd. Jedna z największych: Lewiatan. Ona reprezentuje głównie wielkie firmy, wpisowe jest poza naszym zasięgiem. BCC podobnie. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców skupia mniejsze firmy, ale o innym charakterze - takie, do których przychodzi klient, bierze jakiś towar albo usługę i płaci na miejscu, co nas nie dotyczy. One także, oczywiście, mają problemy, ale zupełnie nieprzystawalne do naszych. Inna organizacja, Związek Budownictwa Ogólnego, zrzesza generalnych wykonawców, a więc firmy, które nam płacą i z którymi mamy wielkie problemy. Były jeszcze związki zawodowe zrzeszające firmy Mazowsza i kilka innych, ale wszędzie padała ta sama odpowiedź: nie pasujecie do naszego profilu.

Już widzę, że to skomplikowana sprawa, może więc zacznijmy od początku. Bo na razie wiemy tylko tyle, że prowadzi pan działalność gospodarczą w branży budowlanej.

W budowlance przepracowałem całe dorosłe życie, zaraz po studiach zrobiłem uprawnienia budowlane. Od dziecka chciałem być inżynierem, pracować w terenie, mieć wpływ na to, że powstaje coś z niczego. Pod moim okiem powstawały duże osiedla mieszkaniowe. To była wielka satysfakcja.

Pracował pan jako kierownik budowy. Jaka jest jego rola?

Powiem, co do mnie wówczas należało, bo dziś organizacja bardzo się zmieniła. Był plac budowy, był projekt, dostawałem pod swoje dowodzenie ekipy budowlane z majstrami na czele i trzeba było budować, organizować całość pracy, kolejność robót, odbierać wykonaną pracę, fakturować... Od pierwszego wykopu do wypłaty pieniędzy przez generalnego inwestora. Ale to były początki kapitalizmu w Polsce, teraz jest inaczej: na każdym budynku jest odrębny kierownik budowy, któremu podlegają majstrowie. Moja odpowiedzialność była dużo większa.

Nie miał pan problemów z pracownikami? Wiadomo, branża budowlana, tu się lubi wypić, a czasem zabalować tak, że się nie trafia rano do roboty.

Z podwładnymi nigdy nie miałem kłopotów. To zwykle byli i są prości, pracowici ludzie, którzy się znają na swojej robocie i chcą zarobić. Przyjeżdżają do dużego miasta z mniejszych ośrodków, starają się tak pracować, żeby ich praca została odebrana i aby mogli posłać pieniądze rodzinie. Łatwo się z nimi dogadać - jeśli tak, to tak, jak nie, to nie. Dużo trudniej przychodziło mi porozumienie z moimi szefami, a mówię tutaj o dużych, istniejących do dziś na rynku, koncernach budowlanych. Ostatni, w którym pracowałem, jako strategię biznesową przyjął niepłacenie swoim podwykonawcom, takim właśnie małym firmom z Mazur czy z południa Polski. To była świadoma działalność. Wyglądało to tak, że ja odbieram robotę, zatwierdzam dokument, a koncern nie płaci. Przedsiębiorca uderza do mnie z płaczem, a ja, w jego imieniu, do swojego szefa. A ten: "Nie wie pan, jak to się robi? Trzeba znaleźć jakąś usterkę, wywalić tych i wziąć następnych". Nie mogłem się z tym pogodzić, wykłócałem się, awanturowałem.

Aż dziw, że się pana nie pozbyli.

Nie chwaląc się, byłem świetny w tym, co robiłem, więc szanowali takiego fachowca, choć niepokorny. Dobrze zarabiałem, 15 lat temu dostawałem 6 tys. zł na rękę, to były naprawdę dobre pieniądze. I to ja podziękowałem. Po prostu czułem się zmęczony, przemielony, miałem możliwość odejścia na wcześniejszą emeryturę. To poszedłem. Odłożyłem nieco pieniędzy, więc postanowiłem zwiedzić świat. I zwiedzałem: Ameryka, Azja, pojeździłem sobie za wszystkie czasy. Niestety, oszczędności się skończyły, wróciłem do kraju. Przekonałem się jednak, że życie emeryta jest nie dla mnie. Wariowałem z nudów. Dlatego postanowiłem założyć działalność gospodarczą i dalej robić to, na czym się znam i co kocham. Swoją firmę prowadzę już od ośmiu lat.

Sam pan przed chwilą powiedział, że poznał ten rynek, branżę i sposoby traktowania podwykonawców przez duże firmy. Dlaczego uważał pan, że jego to nie dotyczy?

Właśnie dlatego, że znałem te wszystkie sztuczki i sposoby, byłem przekonany, że ze swoją wiedzą sobie poradzę. I jeszcze dlatego, że od mojego przejścia na emeryturę minęło już parę lat. Naiwnie sądziłem, że te nieprawidłowości to była dziecięca choroba kapitalizmu, a teraz są inne czasy i inne prawo, bo przecież takie bandyckie metody nie mogą być stosowane dalej. Poza tym uważałem, że to, co się działo w mojej byłej firmie, wynikało raczej z wady charakteru jej szefa, że takie rzeczy się zdarzają jako ekstrema, a na pewno nie może być to regułą rynkową. Co mam teraz powiedzieć? Że byłem głupi? Byłem. W dodatku nawet do głowy mi nie przyszło, aby założyć spółkę, co by uchroniło mnie przed wieloma kłopotami. Byłem przekonany, że do tego, co chcę robić, wystarczy mi zwykły wpis do ewidencji. Nie zamierzałem zatrudniać więcej niż dziesięciu pracowników, przerażało mnie prowadzenie pełnej księgowości.

Założył pan działalność, zatrudnił ludzi. Od razu dostał pan pięścią w nos?

Nie od razu. Po sześciu latach. Ta firma wygrywała na swoim terenie przetarg za przetargiem, choć nie miała w środowisku najlepszej opinii. Ale szukała podwykonawców, a ja szukałem roboty dla swoich brygad. Poszedłem tam na rozmowę: tak, mamy mnóstwo pracy, jest szkoła, są przedszkola, żłobki, zapraszamy do współpracy. Mój błąd, podpisałem z nimi umowę.

Na czym polegał ten błąd?

Umowa była źle napisana. Parę zdań zajmujących jedną stronę A4. Nie było w niej np. wyszczególnione, ile metrów kwadratowych jest do zrobienia, tylko liczba obiektów, które mamy do zrobienia. A ich wielkość dostałem "na gębę", potem okazało się, że jest tego niemal dwa razy więcej. Natomiast za każdy dzień spóźnienia były kary, więc na dzień dobry byłem 10 tys. zł w plecy. Ale jak powiedziałem, to mój błąd, szkolny, nie powinienem go zrobić. Jednak nie to było najgorsze, tylko fakt, że nie płacili. Nie dostałem w całości żadnej należności z faktury. Pieniądze kapały - to 10 tys. zł, to 7 tys. zł. "Jutro przelejemy resztę" - zapewniali. A następnego dnia, że pojutrze. Tak się nie da funkcjonować - ja muszę kupić materiał, opłacić ludzi, podatki. A tego nie da się zrobić z kieszonkowego. Wkurzyłem się, idę do prezesa firmy i mówię, że schodzę z budowy. A on, że nigdzie nie pójdę, będę dalej dla nich pracował. "Niby z jakiej racji?" - pytam. Ten się śmieje: "Jak pan zejdzie, to już grosza panu nie zapłacę". Mimo to zszedłem. Nie kłamał, nie dostałem od niego już ani złotówki. Jak obliczyłem, jest mi winien 150 tys. zł.

Są jeszcze w Polsce sądy.

A jakże. I ja w to wierzyłem. Nawet mam wyrok z klauzulą wykonalności, na 80 tys. zł.

Mówił pan o 150 tys. zł - skąd ta różnica?

Bo robiłem budynek, duży, gdzie ta właśnie firma była inwestorem. I nie podpisali protokołu odbioru. Majster, do którego po niego poszedłem, patrzył w podłogę. "Dyrektor mi zakazał podpisać pod groźbą wyrzucenia z pracy" - wydusił. Oczywiście mógłbym dokonać jednostronnego odbioru, wystawić fakturę i pognać z nią do sądu. Ale wcześniej musiałbym zapłacić PIT i VAT od tej faktury, na co w mojej sytuacji finansowej nie było mnie stać. Zwłaszcza że miałem czyste papiery, czyli wyrok sądu na te pozostałe pieniądze. Myślałem: odzyskam je i stanę na nogi. Ale firma nie płaciła, choć powinna. I już. Poszedłem z wyrokiem do komornika. A ten w śmiech. Proszę pana, mówi, ja mam nakazy wobec tej firmy na 8 mln zł, a nie ma z czego ściągać, bo cały majątek wyprowadzili do fikcyjnych spółek. I figa z makiem.

Nie ma żadnych możliwości, żeby odzyskać pieniądze?

Teoretycznie są. Mógłbym się zwrócić do głównego inwestora, którym było miasto, żeby mi zapłacił bezpośrednio. I zapłaciłby pewnie, pod warunkiem że generalny wykonawca wpisałby mnie na listę podwykonawców i doręczył ten wykaz inwestorowi. Kłopot w tym, że ci generalni wykonawcy tego nie robią. Wpisują tam kogo chcą, innych pomijają. A taki podwykonawca nie jest w stanie tego sprawdzić - tajemnica handlowa. W tym przypadku nie było mnie w wykazie. I mój generalny wykonawca wziął dla siebie wszystkie pieniądze, także moje. Żeby było zabawniej, chodziło o budynek przedszkola, na które poszły między innymi pieniądze z Unii Europejskiej. Trzy faktury niezapłacone. Burmistrzowi było przykro i ja to rozumiem. Ale mnie jeszcze bardziej.

Wiem, że generalni wykonawcy przerzucają koszty materiałów na podwykonawców, co dodatkowo rujnuje ich finansowo i zawyża faktury.

Mogę dać przykład tynkarzy i malarzy. Na przykład napełnienie silosu za jakieś 17 tys. zł, co starczy na 2 tys. mkw. tynku. A praca ludzi? Bo o zysku właściciela nie wspomnę. Na tej firmie ze stu małych przedsiębiorców, podwykonawców jak ja, umoczyło. My nie możemy zbankrutować, nam się po prostu zabiera dorobek życia: domy, samochody. Ja jeszcze walczę, jakoś się trzymam. Oni padli, bo to są zwykle prości ludzie, którzy nie są w stanie procesować się z oszustem. A ten jeździ drogim samochodem ze skórzaną tapicerką i śmieje się ludziom w twarz. Ale on jest spółka z SA w nazwie, więc niczym nie ryzykował. Nie martwi się, że straci dom. Ja swój musiałem sprzedać, żeby choć w części pospłacać długi.

Jak rozumiem, te niezapłacone faktury były początkiem kłopotów, w jakie popadła pana firma. Nie udało się z nich wyjść? A może rozwiązaniem byłoby zlikwidowanie działalności i poprzestanie na emeryturze.

Ja nie z tych, którzy się poddają, to nie mój styl. Poza tym, kiedy mi nie zapłacono, sam byłem winny pieniądze ludziom, np. prowadzącym hurtownie. Z częścią udało się dogadać, poodraczać płatności, ale inni nie mieli zamiaru czekać - a zdawałem sobie sprawę, że mnie by zwindykowali bez problemu. Wiem, bo już miałem na głowie komornika, nie chciałem tego przeżywać jeszcze raz. Zacząłem brać kredyty - jeden, potem drugi. Jak się raty w terminie nie zapłaci, naliczają karne odsetki. Ale wierzyłem, że sobie poradzę: moja firma ma świetną opinię, nie brakowało mi zleceń na roboty. Tylko...

W czym problem?

Znowu podam przykład z robót tynkarskich. Przed kryzysem stawka za położenie metra kwadratowego tynku wynosiła 30 zł - z moją robocizną i materiałami. Przyszedł kryzys i spadła do 19 zł. W żadnej innej branży ceny nie poleciały w dół tak, jak w budowlance. Wszystkie biznesplany wzięły w łeb. I proszę mi nie mówić, że to normalne ryzyko rynkowe, że można było to przewidzieć. Mądrzejsi ode mnie nie przewidzieli. Dziś stawki nieco wzrosły, do 22 zł za mkw., ale i tak to się nie bilansuje. Mali podwykonawcy muszą kłamać i kombinować.

Proszę wyjaśnić.

Na przykładzie tynków wykonanie 2 tys. mkw., zakładając, że zapłacą w terminie i bez obcinania stawki, oznaczają 44 tys. zł. Na pensje idzie 18 tys. zł. Materiał kosztuje mnie 16 tys. zł, czyli razem 34 tys. zł. Gdyby właściciel firmy chciał zapłacić uczciwie ZUS od tych 18 tys. zł, musiałby wydać 12,6 tys. zł. Dodajmy - i mamy już kwotę 46,6 tys. zł. A to oznacza, że do każdej brygady trzeba by miesięcznie dokładać z jakiegoś sekretnego skarbca 2,6 tys. zł. Przy dwóch brygadach 5,2 tys. zł. I tak dalej. Nikt nie ma takiego skarbca, a chciałby jeszcze choć trochę zarobić. Nie liczę też takich drobiazgów jak odzież robocza, szkolenia BHP czy paliwo. W takiej sytuacji płaci się ZUS od najniższej pensji krajowej, resztę ludzie dostają pod stołem. Na budowach pracuje się w bardzo ciężkich warunkach, w wilgoci, pyle, zasługują na to, żeby mieć porządną emeryturę. Ale nie będą jej mieli, choć np. ci moi nigdy nie byli na zwolnieniu lekarskim, a dniówka wynosi 12 godzin, w akordzie. W dodatku oszczędzając każdego miesiąca na ubezpieczeniu pracowników, w rozliczeniu rocznym przedsiębiorca jest karany: bo tych pieniędzy, które im płaci na czarno, nie jest w stanie wrzucić w koszty, więc musi zapłacić od nich podatek.

To jak pan sobie radzi?

A kto powiedział, że sobie radzę? Jeszcze trzymam się na powierzchni, jeszcze nie utonąłem, ale ten moment jest bliski. Ostatnio wziąłem chwilówkę z Providenta - 2,5 tys. zł, będę musiał oddać dwa razy tyle. Ale nie miałem wyjścia, bo przecież mój samochód nie jeździ na powietrze, drobne zakupy do firmy też trzeba robić. A ostatni mój kontrahent nie zapłacił, zalega mi już 45 dni na fakturę na prawie 60 tys. zł. Panie z księgowości, które zamęczam telefonami, prawie płaczą, kiedy muszą odpowiadać na moje pytanie "kiedy?". Nie wiemy, mówią, nie mamy zlecenia na przelew. Jednak ta firma jest uczciwa, w końcu zapłaci.

Nie lepiej było wziąć pożyczkę w banku?

Proszę mnie nie rozśmieszać, pewnie, że lepiej. Bardzo bym chciał. I powinienem, wydawałoby się, dostać taki zastrzyk pieniędzy od ręki, w dodatku na dobrych warunkach. Firma działa od lat, wykazuje zyski, płaci podatki. Ale okazuje się, że to za mało. Straciłem zdolność kredytową dlatego, że byłem zbyt zapobiegliwy.

Nie rozumiem.

Bo tego nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie pojąć. Mechanizm jest taki: drobni przedsiębiorcy, jak ja, często potrzebują gotówki, takiego kapitału obrotowego, który pozwoli im przetrwać czas pomiędzy jedną a drugą niepłaconą fakturą. Albo wiosną da oddech finansowy po okresie zimowego zastoju i pozwoli np. kupić materiały. Więc biegają za tą gotówką po bankach. Zapytają w jednym, drugim, piątym - żeby dowiedzieć się, jakie warunki proponują. Za każdym razem bank, sprawdzając zdolność kredytową klienta, wysyła zapytanie do BIK. I proszę sobie wyobrazić, że każde takie pytanie oznacza, że klientowi są liczone punkty, które obniżają jego rating. Niezależnie od tego, czy zdecyduje się na pożyczkę w danej instytucji, czy nie. Dlatego, nie wiedząc o tym, straciłem zdolność kredytową. Nie mogłem uwierzyć, kiedy jedna z pań w banku mi to wytłumaczyła. Pojechałem do BIK. Wziąłem papiery firmowe, swoje PIT-y, wszystko. Ale tam potwierdzili, tak jest. I nie mogą z tym nic zrobić, bo rating jest obliczany przez komputerowy algorytm. Wysłałem do 12 banków, które w moim imieniu słały zapytania, prośbę o usunięcie pytań z systemu. Pięć odpowiedziało pozytywnie. Reszta przysłała mi pisemka ze sztancy, że zapytania słały na moje wyraźne życzenie i stan formalny odpowiada prawdzie. I mogę walić głową w ścianę, bo stan formalny... to brak zdolności kredytowej. Mimo ciężkiej sytuacji nikogo do tej pory nie zwolniłem.

Coś mi mówi, że to nie jest koniec pana kłopotów.

Intuicja dobrze podpowiada. Bo teraz doszły jeszcze problemy z urzędem skarbowym, z 30 tys. zł podatku od dochodu, którego faktycznie nie ma, bo zjadają go pensje ludzi i materiały. Urząd skarbowy odmówił mi rozłożenia tego na raty.

To co dalej?

Walczę, będę walczyć, póki starczy sił. Jeszcze przynajmniej dwa lata, bo tyle zostało mi do pospłacania kredytów. Każdego dnia zrywam się o 6 rano, wsiadam do auta, jadę na dwie budowy, gdzie pracują moi ludzie. Obskakuję urzędy, załatwiam papiery, spotykam się z kolejnymi kontrahentami - bo robotę trzeba załatwiać z wyprzedzeniem - robię drobne albo grubsze zakupy, zawsze coś trzeba, wzywam serwis, jak maszyny się zepsują. Tak do wieczora zejdzie. Wracam, walę się spać, rano znów od nowa. Czasem nie mogę spać, bo stres mnie dobija i szlag mnie trafia.

O co?

O to wszystko. I jeszcze o tę fikcję urzędniczą i podatkową. Dlaczego ja nie mogę odliczyć VAT od paliwa w swoim samochodzie, którego używam tylko do roboty, wożę nim materiały? Bo jest osobowy. Tak, wiem, teraz można niby przeznaczyć samochód tylko do celów służbowych, ale jest to obwarowane tyloma restrykcjami, że dziękuję. Nie mam czasu prowadzić książki samochodu, nie mam sił i nerwów, aby drżeć, że skarbówka mnie przyłapie na tym, jak parkuję tym służbowym autem pod sklepem spożywczym, żeby zrobić zakupy do domu. To przecież powinno być prostsze: takie firmy jak moja, które nie są w stanie rozgraniczyć czasu pracy od czasu prywatnego, powinny mieć prawo odliczać sobie ten VAT. W 100 procentach. Zmusza się nas do kombinowania, np. biorę faktury na paliwo na samochód dostawczy, który stoi w garażu. I muszę jeszcze liczyć, kręcić, żeby paliwo się zgadzało z przebiegiem. Kupiłem inne auto, dostawczaka, tak jest zapisane w dowodzie rejestracyjnym producenta. Ale okazało się, że jako ciężarówka się nie nadaje pod nasze przepisy: jest z przodu miejsce dla kierowcy i trzech pasażerów, z tyłu paka. Idealnie dla moich potrzeb, mogę wozić robotników i sprzęt. Niestety, odległość od fotela kierowcy do skrzyni ładunkowej jest za duża. I odpis paliwa nie przysługuje. Koniec.

Jaki był ten sezon dla pana firmy?

Rozmawiamy, więc wniosek taki, że jeszcze żyję. Ale sytuacja nie jest dobra. Zapomniałem pani powiedzieć o kaucjach. To kolejna rzecz, która nas zabija. Otóż wykonując jakąś robotę dla generalnego wykonawcy, wystawiając mu fakturę, muszę się pogodzić z tym, że 5-6 proc. z tej kwoty on zatrzyma tytułem kaucji na konto ewentualnych usterek i reklamacji. Czyli np. zamiast 20 tys. zł dostanę przelew na 19 tys. zł, ale PIT i VAT muszę odprowadzić od całości. Jeśli umowa jest na 200 tys. zł, to tytułem kaucji zabierają mi 10 tys. zł. Teoretycznie tę kwotę powinienem dostać z powrotem za trzy do pięciu lat, w zależności od umowy. Ale nie dostaję, gdyż praktyka rynkowa jest taka, że generalni wykonawcy uważają, iż te pieniądze należą się im jak psu micha. Nawet nie jestem w stanie dokładnie obliczyć, ile się tego nazbierało przez te osiem lat. Szacunkowo przynajmniej 300 tys. zł. Są firmy, które żyją z tych kaucji, z okradania podwykonawców.

Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, co by tutaj mądrego powiedzieć. Bo banałami o sądach, szukaniu sprawiedliwości nie będę obrażać pana uszu.

Dziękuję. Jeszcze opowiem, jeśli mogę, o szarej strefie, czyli tym, co nas ostatecznie dobija. W sezonie budowlanym, czyli od wiosny do jesieni, przez osiem miesięcy w roku, krążą po kraju brygady budowlane - murarze, tynkarze, wykończeniowcy. Od wsi do wsi, od miasta do miasta, po prywatnych budowach, bo tych nie brakuje. Weźmy takich wędrownych tynkarzy. Dojeżdżają, gdzie trzeba. Pracują z tą samą wydajnością, jak na innych budowach, ale biorą 26 do 28 zł za mkw., co jest stawką wyższą. Nie płacą przy tym ani ZUS, ani podatków, ani nie ponoszą kosztów BHP itd. W listopadzie te ekipy zjeżdżają do Warszawy. Już zarobione, chodzi im tylko o to, żeby jakoś przetrwać zimę. Zaczynają się telefony i podchody. Panie Tomku, weźmie mnie pan do pracy? Nie, mam swoich ludzi, których zatrudniam od początku. Nie, to nie. Zadzwonią do Franka, a ten nie będzie miał obiekcji, weźmie ich na czarno, bez etatu. I będzie mógł podyktować cenę 19 zł za mkw. Więc automatycznie innym zlecenia zimą spadają, bo ta stawka jest nierealnie zaniżona. A raty do banku płacić trzeba. Nie zwolnię moich ludzi. Najwyżej będę pompował koszty, szukając lewych faktur. Proszę mi wierzyć, ja tak nie chcę, marzę o tym, aby móc działać uczciwie. Zarobić, płacić stuprocentowy ZUS za ludzi i należne własne podatki.

Ale przed panem jeszcze dwa lata.

Na szczęście jestem zdrowy, mam siłę, choć od tych ośmiu lat nie byłem na urlopie. Żyję nadzieją, że w 70. urodziny zamknę działalność. I uda mi się uratować dom, w którym teraz mieszkam, aby zostawić go bez długów wnuczce.

Pieniądze kapały - to 10 tys. zł, to 7 tys. zł. "Jutro przelejemy resztę" - zapewniali. A następnego dnia, że pojutrze. Tak się nie da funkcjonować

@RY1@i02/2014/207/i02.2014.207.00000020a.103.jpg@RY2@

Bloomberg

Rozmawiała Mira Suchodolska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.