Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Na bazarze albo w galeriach handlowych, ale niezmiennie modnie

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Mimo pustych wieszaków w sklepach także za czasów PRL polskie dziewczyny uważane były za jedne z najlepiej ubranych kobiet na świecie. Nie zmieniło się to i dzisiaj, kiedy osobistą krawcową zastąpiły odzieżowe sieciówki

Wesele, chrzciny, imieniny cioci - w schyłkowym PRL zaproszenie na taką imprezę rozpoczynało poszukiwania odpowiednich ubrań dla całej rodziny. Pytanie: "w co się ubrać?", było kluczowe. Ciekawy, porządny ciuch był dobrem pożądanym. I trudno dostępnym.

Chociaż państwowe zakłady odzieżowe pracowały pełną parą, w centralnie planowanej gospodarce ich produkcja nie była w stanie zaspokoić potrzeb Polaków. Do tego oferta była monotonna. Każda szkolna szatnia zimą należała do relaksów. Masowa produkcja przy ograniczonym wzornictwie sprawiała, że wieszaki zapełniały się takimi samymi ubraniami. Do tego obrazka doliczyć trzeba również obowiązek odstania w kolejce.

Równolegle kwitł rynek prywaciarzy, na którym królowały krawcowe. Dobra i sprawna specjalistka była niemal na wagę złota. O wiele większy wybór ubrań był też w małych, prywatnych butikach i na bazarach. Do rangi legendy urósł warszawski Bazar Różyckiego. Dla zasobnych w walutę opcją były peweksy, w których można było kupić oryginalne lewisy czy wranglery. Prywaciarze się cenili. Ubrania były u nich znacznie droższe niż w sklepach państwowych.

W latach 80. szczególnym problemem były buty, które zostały objęte reglamentacją towarów i systemem kartkowym.

Po upadku komuny w Polsce problem przestał istnieć. Rynek zalała fala ubrań i obuwia. Poza produktami z polskich prywatnych i państwowych zakładów była to przede wszystkim tania produkcja ze Wschodu. Na początku lat 90. handel tymi towarami zdominowała sprzedaż bazarowa, wprost z polowego łóżka. Bazarowy rodowód ma zresztą jedna z największych prywatnych firm obuwniczych w kraju, CCC. Jej założyciel, Dariusz Miłek, zaczynał od handlu obuwiem "ze szczęk", towar kupował bezpośrednio od producentów. Później rozwijał na zasadzie franczyzy sieć Żółta Stopa.

- Kolejnym etapem rozwoju jego firmy była sieć CCC. Ewoluowała wraz z rozwojem handlu. Dariusz Miłek postawił na własne sklepy. Teraz ma ich 450 i zostawił daleko w tyle niemieckiego rywala Deichmanna, który ma ich nieco ponad 200 - wskazuje Marcin Stebakow, analityk DM BPS.

W tym czasie w coraz większe kłopoty wpadały państwowe molochy, które nie radziły sobie w gospodarce rynkowej. Wiele z nich kończyło działalność, a ich sprzęt przejmowali prywatni przedsiębiorcy. Np. Wiesław Wojas, który w 1990 r. uruchomił pierwszy sklep z butami sygnowanymi własnym nazwiskiem. Po czterech latach odkupił od syndyka część Nowotarskich Zakładów Przemysłu Skórzanego "Podhale". W ten sposób nie tylko dynamicznie zwiększył produkcję, lecz także uratował setki miejsc pracy.

Wiele PRL-owskich kombinatów nie miało jednak tyle szczęścia. Na miejscu warszawskiej Cory, która już w latach 50. produkowała ok. 500 tys. sztuk odzieży rocznie, stoi teraz osiedle mieszkaniowe. A w 2008 r. rozebrana została ostatnia ściana budynku zakładu odzieżowego Odra w Szczecinie. Pochodziły z niej słynne polskie dżinsy. Teraz jest tam centrum handlowe.

Rozwój nowoczesnych powierzchni handlowych sprawił, że do Polski zaczęły trafiać także zagraniczne marki.

- Przyciągali je m.in. zagraniczni właściciele pierwszych super- i hipermarketów. To oni namawiali międzynarodowe sieci handlowe na zajęcie powierzchni w nowych obiektach. Pojawiły się u nas wtedy m.in. włoskie Giacomelli i Pitarello czy francuski La Halle. Większość z nich wycofała się już z Polski z powodu konkurencji lub kłopotów na rodzimych rynkach - mówi Magdalena Frątczak z międzynarodowej agencji CBRE.

Do końca lat 90. zagraniczne marki dość ostrożnie podchodziły do polskiego rynku. M.in. z tego powodu pierwsza dekada transformacji była dla polskiej branży odzieżowej okresem prawdziwych żniw.

- Mimo dużego rozwoju firm konkurencja na rynku była ciągle niewielka. To sprawiało, że wszystko sprzedawało się z dużym zyskiem. Marże na produktach sięgały nawet ponad 100 proc. Było to również efektem przeniesienia produkcji do Azji, gdzie była najtańsza siła robocza - komentuje Marek Szostak z zarządu Wójcik Fashion.

Dziś marże generowane przez firmy są o połowę mniejsze. To efekt nie tylko większej konkurencji, lecz także wzrostów kosztów produkcji na Dalekim Wschodzie o 30-40 proc.

Kolejnym przełomem było wejście do Polski firmy Inditex, właściciela Zary, Stadivariusa czy Bershki. Pierwszy sklep Zara powstał w 1999 r. we Wrocławiu. Firma wręcz zrewolucjonizowała rynek mody w Polsce. Zaproponowała dobre, nadążające za światową modą kolekcje w przystępnych cenach, a do tego w krótkich seriach.

- Polskie spółki odzieżowe musiały dostosować się do nowych standardów i zacząć produkować nie tylko dwie kolekcje, czyli na sezon wiosna - lato i jesień - zima, lecz także podkolekcje w tych kolekcjach, by przyciągnąć do klientów - opowiada Marek Szostak.

Ale ta duża konkurencja powoduje, że firmy musiały nieustannie szukać możliwości cięcia kosztów.

- Vistula jeszcze jakiś czas temu miała cztery fabryki, ale trzy już sprzedała. Także Bytom produkcję zleca zewnętrznym zakładom. To pozwala znacznie obniżyć koszty stałe - wskazuje Marcin Stebakow.

W przypadku obuwia mocno trzyma się w Polsce produkcja przede wszystkim modeli na jesień i zimę, co związane jest z m.in. z klimatem. Dziś produkuje się ok. 30 mln par butów rocznie. I choć daleko nam do wyniku 80-90 mln jak przed laty, mamy się czym pochwalić. Bogusław Woźniak, wiceprezes Polskiej Izby Przemysłu Skórzanego, wskazuje, że Polsce udało się utrzymać na czwartym miejscu w Europie pod względem wielkości produkcji. Wyprzedzają nas Włosi, Hiszpanie i Portugalczycy.

- Teraz najważniejsze, by obronić ten rynek przed obuwiem złej jakości z Chin. To byłoby możliwe, gdyby w branży zostały wprowadzone badania na obecność szkodliwych substancji w produktach. Jesteśmy gotowi robić je na własny koszt - dodaje.

Producenci odzieży i obuwia cały czas muszą mieć oczy dookoła głowy i baczyć na zagraniczną konkurencję. Choć boom na wejścia nowych marek był w latach 2006 i 2008 r., kiedy powstawały nowe centra handlowe, to i dziś nie mogą spać spokojnie. W ostatnich latach tempo wchodzenia debiutantów do Polski nie jest może tak intensywne, ale i tak co roku pojawia się u nas 30-32 nowych marek.

W latach 90. marże na ubrania sięgały 100 proc. Dziś są o połowę niższe

@RY1@i02/2014/130/i02.2014.130.00000120a.803.jpg@RY2@

Sprzedaż detaliczna odzieży i obuwia 1989-2012, w cenach bieżących

Małgorzata Kwiatkowska

Patrycja Otto

dgp@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.