A może by tak pojechać do Abilene?
"Paradoks Abilene" to lekki i dowcipny klasyk amerykańskiej literatury zarządzania. Specjalną nowością nie jest, ale pewnie i tak (a może właśnie dlatego) ucieszy niejednego czytelnika.
Książka Jerry’ego B. Harveya powstała dawno, bo w 1988 r. A jej kluczowe rozdziały (w tym tytułowy esej o paradoksie Abilene) są starsze jeszcze nawet o ponad dekadę. I oczywiście odwoływanie się przez autora do uczestników afery Watergate (kto dziś - nawet w USA - jeszcze pamięta Jeba Magrudera?) czy stawianie gospodarki japońskiej jako przykładu ekonomicznej krzepy jest dziś trochę anachroniczne. Ale z drugiej strony zupełnie to w czytaniu "Paradoksu..." nie przeszkadza. Bo to jest książka z założenia ponadczasowa. Skupiona na pewnych błędach, które przytrafiają się dużym i małym organizacjom. A więc firmom, urzędom albo rodzinom. I tych kilka dekad, które upłynęły od premiery rozważań Jerry’ego B. Harveya, absolutnie niczego tutaj nie zmieniło.
Darujmy sobie kilkunastostronicowe wprowadzenie. Jak zwykle u amerykańskich autorów przegadane i zbędne. Tym bardziej że Harvey, renomowany psycholog społeczny z Uniwersytetu George’a Washingtona, już w pierwszym rozdziale dobrze pokazuje, o co mu chodzi. Daje on czytelnikowi okazję do przeanalizowania kilku bardzo typowych pułapek, które z całą pewnością przydarzą się w końcu również w jego organizacji. Najważniejsza z nich to tytułowy paradoks Abilene. A więc sytuacja, w której żaden z członków grupy nie ma popiera jakiejś decyzji albo rozwiązania, ale na koniec to właśnie to rozwiązanie zostaje przez grupę wprowadzone w życie. Harvey ilustruje to anegdotą zaczerpniętą (jak to u Amerykanów) wprost z życia rodzinnego. Oto pewnego upalnego popołudnia siedzi z żoną u teściów, gdzieś na teksańskiej prowincji. Nagle gospodarz proponuje, by cała rodzina wybrała się do miejscowości Abilene - odległej o kilkadziesiąt kilometrów dziury, w której działa podrzędny bar szybkiej obsługi. Nikt nie ma specjalnej ochoty pakować się do pozbawionego klimatyzacji auta i tłuc się taki kawał po rozgrzanych i pełnych kurzu bezdrożach Teksasu. Ale jednocześnie nikt nie chce przeciwstawić się panu domu. Wycieczka dochodzi więc do skutku. I oczywiście na miejscu jest - zgodnie zresztą z oczekiwaniami - beznadziejnie. Po powrocie w domu teściów dochodzi więc do małego spięcia. Podczas którego okazuje się, że na wyjazd nie miał ochoty absolutnie nikt. Teść zaproponował wypad do Abilene, by zięć się u niego nie nudził. Zięć nie chciał odmówić teściowi. Córka sądziła, że jej mężowi pomysł się podoba. A teściowa nie chciała zostać uznana za defetystkę. No i cała czwórka (wbrew swej woli) wylądowała w Abilene. Podobnie dzieje się w organizacjach. I to nawet tych najbardziej profesjonalnych. Choćby wtedy, gdy firma obracająca milionami dolarów topi wielkie środki w beznadziejnym projekcie. Którego, jak się sprawie lepiej przyjrzeć, nie popiera absolutnie nikt.
Paradoks Abilene to tylko jedno ze zjawisk opisanych w książce Harveya. W innych esejach pojawia się u niego np. problem... dżab (tak, właśnie "dżab") w organizacjach, lekcja z duńskiego oporu wobec deportacji Żydów do nazistowskich Niemiec oraz wyjaśnienie, dlaczego czasem warto zachęcać pracowników do oszukiwania. Brzmi intrygująco? To najlepszy dowód, że książce Harveya udało się przetrwać próbę czasu. W tej działce literatury biznesowej wypluwającej z siebie co roku stosy nowych poradników zarządzania jest to wyczyn sam w sobie imponujący.
@RY1@i02/2014/089/i02.2014.089.000003200.802.jpg@RY2@
Jerry B. Harvey, "Paradoks Abilene i inne medytacje na temat zarządzania", Wydawnictwo Linia, Warszawa 2014
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu