Za ekologiczne produkty zapłacimy cztery razy drożej
Zbigniew Selerowicz: Duże korporacje odbierające produkty twierdzą, że są gotowe na rewolucję. Ale w praktyce nikt nie chce przyjąć do wiadomości, że ekologiczne opakowania będą nawet kilka razy droższe
fot. Materiały prasowe
Zbigniew Selerowicz właściciel firmy MS-Ortis-Produkt sp.j.
Pana firma jest przygotowana na spełnienie warunków zawartych w dyrektywie plastikowej. Ale to chyba nie oznacza jeszcze, że spokojnie spogląda pan w przyszłość?
Absolutnie nie. Wprowadziliśmy do naszego zakładu maszyny produkujące słomki zarówno papierowe, jak i z poliaktydu (PLA – biodegradowalna substancja uzyskiwana np. z mączki kukurydzianej, skrobi kartoflanej, pszenicy, otrębów itd.). Nadal jednak nie wiemy, które rozwiązanie zostanie wybrane przez rynek.
Jak to możliwe? Przecież o dyrektywie plastikowej mówi się już od dłuższego czasu.
Tak, tylko nikt się nie spodziewał, że Unia Europejska tak szybko będzie ją procedowała. I że tak beztrosko podejdzie do oceny skutków zaproponowanej regulacji. Dziś produkuje się przecież miliony, jeżeli nawet nie biliony sztuk jedno razowych produktów. Przepisy będą dotyczyć zaś producentów tworzywa, opakowań czy produktów, a także ich odbiorców, częściowo również państw i konsumentów. Każdy z przedsiębiorców w tym łańcuchu będzie musiał podjąć bardzo poważne i ryzykowne decyzje biznesowe. A gdy jeden sobie nie poradzi, to drugi i trzeci będzie miał kłopot. Moim zdaniem terminy narzucone przez dyrektywę są niemożliwe do spełnienia. Nie dość, że firmy będą musiały przetrwać ograniczenie skali obrotu, to jeszcze w tym samym czasie będą musiały dokonywać wielkich zmian w swoich zakładach. A duże korporacje, które są odbiorcami naszych wyrobów, nadal nie wiedzą, jakiego rodzaju produkty będą chciały kupować. Branżę czeka bardzo trudna dekada.
Ale przecież duzi odbiorcy produktów jednorazowych, tacy jak sieci restauracji czy supermarkety, szumnie deklarują, że popierają dyrektywę i są gotowi na zmiany.
To tylko robienie dobrej miny do złej gry. Korporacyjni klienci nie zatrudniają inżynierów, tylko menedżerów handlowych. A tym się wydaje, że ekologiczne produkty będą tańsze. Otóż nie, nie będą. Ba, mogą być nawet czterokrotnie droższe. Tylko nikt nie chce tego przyjąć do wiadomości. Duże podmioty panikują, nie wiedzą, co robić. Dlatego nie są w stanie nawet odpowiedzieć dostawcom, z jakiego materiału będą przyjmować produkty. W tym samym czasie dbają oczywiście o dobry PR, wskazując w komunikatach prasowych, że popierają ochronę środowiska. Ale ich działy prawne główkują, jak wykorzystać każdą lukę w przepisach. Na pewno duże firmy będą korzystać z tworzyw sztucznych aż do ostatniej chwili.
Czy pana zdaniem na rynku będzie wystarczająco dużo tworzywa ekologicznego na spełnienie postanowień dyrektywy?
Nie. Na rynku mówi się, że zwyczajnie zabraknie nam surowców. Potrzebne są przecież miliony ton dla całej Europy. Już dziś na dostawę partii PLA (poliaktydu – biodegradowalnego polimeru wytwarzanego z odnawialnych surowców, np. mączki kukurydzianej) czeka się sześć tygodni. A to dopiero początek, dyrektywa nie została nawet jeszcze przyjęta. Podobnie ma się sprawa z papierem. Mam wątpliwości, czy można uznać produkcję papierowych produktów za ekologiczną. Przecież działalność papierni wiąże się z ogromnymi zanieczyszczeniami dla środowiska oraz koniecznością wycinki lasów przemysłowych. A gdy producent dorzuci kilkanaście warstw koloru na papier, to on nie będzie nadawał się do ponownego użycia. Można będzie z niego wytworzyć co najwyżej wytłoczki do jajek, albo będzie go można spalić. Wszak dziś konsumenci oczekują, że nawet papier toaletowy będzie idealnie biały i czysty. Sama cena papieru też jest wysoka – tona kosztuje 3500 euro, a polipropylenu 1000 euro. A skoro zapotrzebowanie na PLA oraz papier gwałtownie wzrośnie, to wzrośnie też ich cena. Ponadto produkcja z tych tworzyw jest trudniejsza. Do tej pory mogłem wykonać 6 tys. plastikowych słomek na minutę przy sześciu liniach produkcyjnych. Aby zachować tę efektywność, korzystając z papieru, musiałbym posiadać 20 linii produkcyjnych. A przecież każda linia potrzebuje miejsca, energii, wody, powietrza i pracownika nadzorującego – to ogromne, dodatkowe koszty.
Dyrektywa zakłada, że wiele produktów będzie recyklingowanych. To korzyść dla firm.
Tylko teoretycznie. Bo aby taki system był efektywny, każdy jego element musi działać prawidłowo. Czyli ludzie muszą segregować odpady, te muszą być odpowiednio składowane i potem przetwarzane. Na każdym etapie może się pojawić kłopot. Butelka z PLA jest np. gołym okiem nie do odróżnienia od plastikowej. Wystarczy, że w sortowni wpadnie kilka plastikowych butelek do mieszanki PLA i cały materiał może nie nadawać się do użycia. Z prostego powodu – bo wykonany ze złej mieszkanki produkt będzie się rozpadał. Inżynierowie chwalą się, że wprowadzą skanery takich produktów, ale od chwalenia się do wprowadzenia ich na linię produkcyjną jest zawsze bardzo daleko.
Jakie zmiany muszą zajść w zakładach produkcyjnych, aby mogły one spełnić wymagania zapisane w dyrektywie?
Drastyczne. Co ciekawe, kilka lat temu zmieniliśmy całkowicie park maszynowy dzięki dotacjom uzyskanym z UE. Tylko że te maszyny nie nadają się do tworzenia produktów z PLA czy papieru. Trzeba było je przebudować albo wyrzucić na złom i kupić nowe. Nie każdy będzie w stanie sobie poradzić z taką inwestycją. Nam się to udało, ale kosztem zwolnienia połowy załogi oraz zaciągnięcia kredytów na bardzo ryzykownych warunkach. Z jednej strony się cieszę, bo teoretycznie moja firma może mieć w przyszłości czterokrotnie wyższe obroty. Z drugiej strony, jeśli coś pójdzie źle, możemy stracić wszystko.
Czy branży potrzebna jest pomoc państwa?
Tak, i to na gwałt. Kilka miesięcy temu apelowałem do Ministerstwa Środowiska o wsparcie przemysłu opakowaniowego poprzez stworzenie programu pomocowego, umożliwiającego zmianę technologii przez przedsiębiorstwa. Dla branży dyrektywa to przecież cios podobny do tego, jaki spadłby na rybaków, którym by odebrano możliwość połowu ryb. Resort odpisał, że istnieją programy pomocowe dla przedsiębiorców, ktore być może uwzględnią zapotrzebowanie firm w związku z dyrektywą, ale będzie to najwcześniej w 2021 r. Czyli wtedy, gdy przedsiębiorstwa mają być już dostosowane do nowych przepisów! To szokujące, że przeznacza się miliony złotych na działalność instytutów, mających rzekomo dostarczać rozwiązania dla przemysłu. Ale te pieniądze są przejadane, a korzyści wątpliwe. Potrzebne są środki na zmianę parku maszynowego i technologię, pilnie i w ramach przeznaczonego dla naszej branży programu wsparcia.©℗
Rozmawiał Jakub Styczyński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu