Rok po bankructwie Islandia stawia na rozwój turystyki i rodzenie dzieci
Islandia zwróci 3,8 miliarda euro oszczędności, które obywatele Wielkiej Brytanii i Holandii stracili w plajtujących islandzkich bankach.
@RY1@i02/2009/205/i02.2009.205.000.011a.001.jpg@RY2@
Słabe wyniki gospodarki w Islandii
Zawarcie porozumienie było warunkiem otrzymywania dalszej pomocy od Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ale gotowość Rejkiawiku do spłaty długów jest zarazem dowodem, że państwo, które rok temu stanęło na krawędzi bankructwa, powoli wychodzi na prostą.
Jedną z przyczyn ożywienia jest to, że w czasie kryzysu islandzka korona straciła na wartości aż 80 proc. Dla konsumentów towary w sklepie spożywczym poszybowały w górę. Ale ręce zacierają eksporterzy. Na przykład z branży rybołówstwa czy rolnictwa. - Kryzys? Jaki kryzys? My przecież robimy nasze interesy w euro - cieszą się szefowie takich firm jak eksportująca ryby HB Grandi czy specjalizujący się w suszeniu owoców w oparciu o złoża geotermalne Aquavit. Inną branżą nadziei jest turystyka. Wulkaniczna wyspa znana z pięknych krajobrazów, ciepłych źródeł czy hodowli koni nie może w ostatnich latach narzekać na brak gości.
Ratunek w wirtualnym świecie
- Kiedyś Islandia była jednym z najdroższych krajów Europy. Dziś jest tu o połowę taniej - mówi nam Roger Boyes, autor opublikowanej właśnie książki "Topnienie Islandii", analizującej bezprecedensowy krach tamtejszej gospodarki. Władze w Rejkiawiku liczą też na innowacyjność swoich obywateli. Koniem pociągowym mają być takie firmy jak CCP Games. Założone w 2003 r. przedsiębiorstwo w tym roku wypuściło na rynek kolejną generację gry internetowej (tzw. MMORPG) Eve Online. Za 15 euro miesięcznej opłaty użytkownik uzyskuje dostęp do wirtualnego świata, gdzie handluje wirtualnymi surowcami, zakłada wirtualne spółki, a w razie potrzeby wykrada tajemnice handlowe przeciwnika. - Gra w nas 300 tys. osób na całym świecie. Dokładnie tyle, ilu jest mieszkańców w Islandii - chwalą się szefowie CCP. I jako jedyna firma na wyspie gejzerów są w stanie płacić swoim pracownikom w euro.
To jednak tylko kilka promyków nadziei w krajobrazie gospodarczej depresji. Rok po wybuchu kryzysu zwykli Islandczycy mają coraz mniej powodów do radości. Rośnie bezrobocie, kredyty mieszkaniowe w obcych walutach stały się nie do spłacenia, a nawet w supermarkecie trzeba dokładnie oglądać etykietki z cenami towarów, które wrzucało się kiedyś bezmyślnie do koszyka.
Islandczycy bronią się przed marazmem ucieczką w rodzinę i tradycję. Mimo kryzysu na wyspie rodzi się więcej dzieci niż do tej pory, choć przyrost naturalny na Islandii zawsze był wysoki. Socjologowie mówią nawet o kryzysowym baby boom. - To, co zdarzyło się u nas rok temu, można porównać do ciężkiego wypadku samochodowego. Kierowca cudem uszedł z życiem, a potem przez kilka miesięcy był w szoku. Dopiero teraz zaczyna żyć normalnie. Próbuje nawet jeździć samochodem. Na razie jednak bardzo powoli - mówi nam Boyes. Jego zdaniem Islandczycy przypominają ofiary takiej właśnie traumy.
- Banki, główna przyczyna islandzkich kłopotów, działają normalnie. Można zapłacić czynsz albo rachunek za prąd, a pensje na czas wpływają na konta. Coś jednak bezpowrotnie się zmieniło - mówi Boyes. - Dziś nie wypada już wyjawić, że kiedykolwiek miało się do czynienia z wielkimi pieniędzmi. Znam brokerów, którzy nie chcą już mieć nic wspólnego z finansami. Wynieśli się na prowincje i przerzucili na... rybołówstwo - mówi nam czołowy islandzki pisarz Halgrimur Helgasson. Jeszcze rok temu islandzki bankier, broker czy finansista był dumą małej 300-tys. społeczności, która sama określała się mianem "wikingów współczesnego kapitalizmu". To przecież bezprecedensowa ekspansja islandzkich banków wydźwignęła skalistą wyspę do czołówki najzamożniejszych państw świata.
Anty-Nobel dla banków
Wszystko runęło jesienią 2008 roku, gdy splajtowały czołowe islandzkie instytucje finansowe Landsbanki oraz Kaupthing. Rząd w Rejkiawiku próbował ratować sytuację przy pomocy nacjonalizacji. Okazało się jednak, że banki obracały sumami kilkakrotnie przekraczającymi islandzki PKB. Spektakularne fiasko poniosła zwłaszcza internetowa gałąź Landsbanki - Icesave. Wysoko oprocentowany internetowy rachunek skusił ponad 400 tysięcy klientów z Wielkiej Brytanii i Holandii. Gdy przyszedł kryzys, rekompensatę za utracone oszczędności wypłaciły im rządy w Londynie i Amsterdamie, domagając się jednak od Islandii zwrotu pieniędzy.
W rocznicę tamtych wydarzeń islandzkie banki zostały laureatami... anty-Nobla. - Finansiści z niewielkiej wyspy dowiedli kiedyś, jak z biednego kraiku zrobić w krótkim czasie finansową potęgę. Teraz udała im się dokładnie odwrotna sztuka - napisali w uzasadnieniu jurorzy. Efekty tego szybkiego upadku będą odczuwalne jeszcze przez wiele lat. Statystycznie na głowę każdego Islandczyka przypada ok. ćwierć miliona dolarów długu. - To ciężar, który będzie prześladować nasze dzieci, a nawet wnuki. I tego się boimy najbardziej - mówi nam Halgrimur Helgasson. Zgodnie z umową islandzki rząd długi Brytyjczykom i Holendrom będzie spłacał do roku 2024.
3,8 mld euro tyle pieniędzy Islandczycy chcą w ciągu najbliższych 15 lat oddać prywatnym pożyczkodawcom z krajów Unii Europejskiej
Rafał Woś
rafal.wos@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu