Dziennik Gazeta Prawana logo

Inwestujemy w złotych albo z ryzkiem kursowym

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Większość Polaków lokujących w funduszach powierza swoje oszczędności krajowym instytucjom. Zagraniczne fundusze zdobyły jedynie kilka procent rynku. Nie znaczy to jednak, że nie zasługują na uwagę. Oto podstawowe wady i zalety obu kategorii funduszy.

Pierwszą i jedną z ważniejszych wad funduszy zagranicznych jest ich mniejsza dostępność. Krajowe możemy kupić w szeroko rozbudowanej sieci dystrybucji samych TFI, na internetowych platformach transakcyjnych prowadzonych przez banki czy niezależne instytucje, a nawet w oddziałach banków. Z funduszami zagranicznymi jest nieco gorzej. Ich sprzedaż prowadzą np. banki w ramach usługi private banking dla najbogatszych. Znaczy to tyle, że aby kupić jednostki funduszy zagranicznych, trzeba się nieco wysilić i samemu ich poszukać.

Kolejnym problemem, o którym koniecznie trzeba pamiętać inwestując pieniądze z funduszami zagranicznymi, jest ryzyko kursowe. Większość dostępnych w naszym kraju produktów jest wyceniana w euro lub dolarach amerykańskich. Znaczy to tyle, że klient takiego funduszu bierze na siebie ryzyko zmniejszenia potencjalnych zysków z powodu zmian kursu danej waluty. Jeżeli więc zainwestujemy w fundusz dolarowy, a złoty umocni się względem waluty amerykańskiej, skala tego umocnienia będzie działała na naszą niekorzyść i będzie zmniejszać stopę zwrotu wyrażoną w złotych.

Przykład: załóżmy że zainwestowaliśmy w dolarowy fundusz "x" 10 tys. zł, przy kursie 2,5 zł za dol. W praktyce więc ulokowaliśmy 4 tys. dolarów. W ciągu roku fundusz zarobił dla nas 10 proc. netto, czyli już po potrąceniu prowizji za zarządzanie. Nasz kapitał urósł więc do 4,4 tys. dolarów. Gdyby jednak w tym samym czasie złoty umocnił się do dolara, załóżmy o 5 proc., do poziomu 2,38 zł za dolara, nasz kapitał po przeliczeniu na złote wart byłby 10 472 zł. Zysk zmalałby zatem z 10 proc. do ledwie niecałych 5 proc. Ale działa to także w drugą stronę. Osłabienie naszej waluty automatycznie zwiększa zarobek.

Największą zaletą funduszy zagranicznych w porównaniu do podmiotów zarządzanych przez krajowe instytucje są niższe prowizje. Najbardziej widać to na przykładzie funduszy akcyjnych, które pobierają prowizje w wysokości nawet 5,5 proc. W funduszach zagranicznych opłaty te, tzw. management fee, z rzadka przekraczają 2 proc., a zazwyczaj są niższe.

Dlaczego tak się dzieje? - Podstawowym kryterium wyboru, jakim kieruje się klient funduszu, jest osiągana przez podmiot stopa zwrotu, ewentualnie opłata dystrybucyjna, którą trzeba ponieść w momencie inwestycji. Prowizji za zarządzanie klienci nie rozumieją, więc nie zwracają na nią uwagi - mówi Bernard Waszczyk, ekspert z Open Finance. Tyle że redukcja opłaty dystrybucyjnej ma mniejszy wpływ na wynik inwestycji, gdyż jest ona jednorazowa. Opłata za zarządzanie jest stała i co roku pomniejsza zysk inwestora. Co gorsza, pobierana jest niezależnie od wyników osiąganych przez zarządzających, a więc nawet przy ujemnej stopie zwrotu.

Przedstawicielka Arka BZ WBK TFI Magdalena Bielak tłumaczy, że polskie fundusze wprawdzie każą sobie więcej płacić za zarządzanie, ale pobierają niższą w porównaniu z zagranicznymi instytucjami opłatę dystrybucyjną.

- Jest to związane z charakterystyką klienta. Za granicą inwestorzy przywykli inwestować długoterminowo. U nas liczą na szybki zysk w krótkim czasie - mówi przedstawicielka Arki. Jej zdaniem wraz z wydłużeniem horyzontu inwestycyjnego polskich klientów również management fee będzie się obniżać. Ale w opinii Bernarda Waszczyka, aby tak się stało, klienci muszą najpierw zrozumieć, że prowizja za zarządzanie ma dla ich zysków większe znaczenie niż opłata dystrybucyjna.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.