Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Niech żyje miasto!

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Czy po wielkiej recesji roku 2008 globalna gospodarka wróci do przedkryzysowego tempa rozwoju? Coraz większa grupa ekonomistów jest przekonana, że tak. Cudownym motorem napędowym wzrostu będzie ich zdaniem miasto. I to pod każdą szerokością geograficzną.

"Miasto, masa, maszyna" - ten slogan wyrażający wielkie społeczne nadzieje wiązane z szybką urbanizacją był wizytówką artystycznej awangardy lat 20. XX wieku. Teraz tamta fascynacja wraca z nową siłą. Najbardziej aktualnym dowodem jest raport opublikowany na początku kwietnia przez zespół analityków czołowego europejskiego banku Credit Suisse. Badacze biorą w nim pod lupę perspektywy inwestowania w największych aglomeracjach globu. Przy okazji dostarczają jednak całą garść argumentów, że miasto jest najlepszą odpowiedzią na większość gospodarczych bolączek współczesności.

Pokazują choćby to, że istnieje proste i szybkie przełożenie pomiędzy tempem urbanizacji a wzrostem PKB. Uśredniając, każdy wzrost urbanizacji o 5 proc. przynosi 10-proc. wzrost PKB na głowę mieszkańca. To w tym tkwi tajemnica sukcesu najważniejszych gospodarek wschodzących, takich jak Chiny, gdzie miejska populacja skoczyła z 200 mln w 1990 r. do ponad miliarda w 2010 r. Efekt? Dwie dekady temu Państwo Środka tworzyło 5 proc. światowego PKB. Dziś przypada nań 20 proc. tortu globalnej produkcji dóbr i usług. To jednak nie wszystko. W analizie Credit Suisse można znaleźć również dowody, że szybka urbanizacja nie poprawia wyłącznie - uważanych za zimne i bezduszne - wskaźników wzrostu, lecz przekłada się też na lepsze życie milionów ludzi. W krajach przeżywających gwałtowną urbanizację statystyki kapitału ludzkiego, poziomu edukacji czy zdrowia idą szybko w górę, budując zastępy zdolnej do konsumpcji i napędzania gospodarki klasy średniej. To nie koniec. Raport pokazuje niezbicie, że im większy odsetek ludności mieszka w miastach, tym mniej szkody dla środowiska naturalnego powoduje statystyczny obywatel. Cud? Nie, po prostu miejskie systemy energetyczne czy komunikacyjne są bardziej wydajne, a poziom świadomości ekologicznej mieszkańców miast jest wyższy niż na wsiach. Nawet w Chinach, Indiach czy Tajlandii.

Najbardziej fascynujące jednak dopiero przed nami: otóż miasto ma być także remedium na bolączki starego świata. I to pomimo że urbanizacja społeczeństwa sięga 80 - 90 proc. i nie jest już tak łatwo napędzać wzrost, przyciągając ludzi z przysiółków do metropolii. Klucz do sukcesu leży w odwróceniu fatalnych trendów, które zaczęły się szerzyć w zachodnich miastach w ostatnich 20 - 30 latach. Jeden z nich (doskonale znany również w Polsce) to eksplozja cen mieszkań. Zjawisko uważane pierwotnie za pozytywne (zwłaszcza dla tych, którzy się na nim dorobli) zyskuje ostatnio coraz więcej krytyków. Jednym z nich jest prominentny publicysta amerykańskiego magazynu "Slate" Matthew Yglesias. W wydanej w marcu książce "The Rent Is Too Damn High" ("Ten cholerny czynsz jest zbyt wysoki") dowodzi: to właśnie wyśrubowane ceny nieruchomości sprawiają, że zwłaszcza największe miasta zawodzą w roli motorów napędowych zachodnich gospodarek. Prowadzą one do niefortunnej alokacji zasobów: ludzie z klasy średniej przenoszą się nie tam, gdzie ich umiejętności mogłyby zostać najlepiej spożytkowane dla gospodarki, ale po prostu tam, gdzie mogą wynająć mieszkanie. W efekcie nie dochodzi do ożywczego spotkania kapitału ludzkiego z biznesową szansą. I dlatego Zachód drepcze w miejscu.

Podobnego zdania jest Ryan Avent, autor wydanej jesienią ubiegłego roku książki "Gated City" ("Miasto strzeżone"), który dowodzi (na przykładzie USA), że im wyższe zagęszczenie mieszkańców, tym wyższa produktywność regionu. A Doug Saunders, autor publicystycznego reportażu o najważniejszych metropoliach, do których co roku napływają setki tysięcy nowych mieszkańców, "Arrival City" ("Cel: miasto"), pisze z patosem, że to tam rozstrzygną się nie tylko gospodarcze, lecz także polityczne losy XXI wieku. W zależności od tego, jak będą one potrafiły sobie poradzić z wielkimi wyzwaniami, jakie nieuchronnie niesie ze sobą dynamiczny rozrost.

Istnieje proste i szybkie przełożenie pomiędzy tempem urbanizacji a wzrostem PKB. Uśredniając, każdy wzrost urbanizacji o 5 proc. przynosi 10-proc. wzrost PKB na głowę mieszkańca

@RY1@i02/2012/073/i02.2012.073.186000200.803.jpg@RY2@

materiały prasowe

Rafał Woś, dziennikarz DGP

Rafał Woś

dziennikarz DGP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.