Niech żyje miasto!
Czy po wielkiej recesji roku 2008 globalna gospodarka wróci do przedkryzysowego tempa rozwoju? Coraz większa grupa ekonomistów jest przekonana, że tak. Cudownym motorem napędowym wzrostu będzie ich zdaniem miasto. I to pod każdą szerokością geograficzną.
"Miasto, masa, maszyna" - ten slogan wyrażający wielkie społeczne nadzieje wiązane z szybką urbanizacją był wizytówką artystycznej awangardy lat 20. XX wieku. Teraz tamta fascynacja wraca z nową siłą. Najbardziej aktualnym dowodem jest raport opublikowany na początku kwietnia przez zespół analityków czołowego europejskiego banku Credit Suisse. Badacze biorą w nim pod lupę perspektywy inwestowania w największych aglomeracjach globu. Przy okazji dostarczają jednak całą garść argumentów, że miasto jest najlepszą odpowiedzią na większość gospodarczych bolączek współczesności.
Pokazują choćby to, że istnieje proste i szybkie przełożenie pomiędzy tempem urbanizacji a wzrostem PKB. Uśredniając, każdy wzrost urbanizacji o 5 proc. przynosi 10-proc. wzrost PKB na głowę mieszkańca. To w tym tkwi tajemnica sukcesu najważniejszych gospodarek wschodzących, takich jak Chiny, gdzie miejska populacja skoczyła z 200 mln w 1990 r. do ponad miliarda w 2010 r. Efekt? Dwie dekady temu Państwo Środka tworzyło 5 proc. światowego PKB. Dziś przypada nań 20 proc. tortu globalnej produkcji dóbr i usług. To jednak nie wszystko. W analizie Credit Suisse można znaleźć również dowody, że szybka urbanizacja nie poprawia wyłącznie - uważanych za zimne i bezduszne - wskaźników wzrostu, lecz przekłada się też na lepsze życie milionów ludzi. W krajach przeżywających gwałtowną urbanizację statystyki kapitału ludzkiego, poziomu edukacji czy zdrowia idą szybko w górę, budując zastępy zdolnej do konsumpcji i napędzania gospodarki klasy średniej. To nie koniec. Raport pokazuje niezbicie, że im większy odsetek ludności mieszka w miastach, tym mniej szkody dla środowiska naturalnego powoduje statystyczny obywatel. Cud? Nie, po prostu miejskie systemy energetyczne czy komunikacyjne są bardziej wydajne, a poziom świadomości ekologicznej mieszkańców miast jest wyższy niż na wsiach. Nawet w Chinach, Indiach czy Tajlandii.
Najbardziej fascynujące jednak dopiero przed nami: otóż miasto ma być także remedium na bolączki starego świata. I to pomimo że urbanizacja społeczeństwa sięga 80 - 90 proc. i nie jest już tak łatwo napędzać wzrost, przyciągając ludzi z przysiółków do metropolii. Klucz do sukcesu leży w odwróceniu fatalnych trendów, które zaczęły się szerzyć w zachodnich miastach w ostatnich 20 - 30 latach. Jeden z nich (doskonale znany również w Polsce) to eksplozja cen mieszkań. Zjawisko uważane pierwotnie za pozytywne (zwłaszcza dla tych, którzy się na nim dorobli) zyskuje ostatnio coraz więcej krytyków. Jednym z nich jest prominentny publicysta amerykańskiego magazynu "Slate" Matthew Yglesias. W wydanej w marcu książce "The Rent Is Too Damn High" ("Ten cholerny czynsz jest zbyt wysoki") dowodzi: to właśnie wyśrubowane ceny nieruchomości sprawiają, że zwłaszcza największe miasta zawodzą w roli motorów napędowych zachodnich gospodarek. Prowadzą one do niefortunnej alokacji zasobów: ludzie z klasy średniej przenoszą się nie tam, gdzie ich umiejętności mogłyby zostać najlepiej spożytkowane dla gospodarki, ale po prostu tam, gdzie mogą wynająć mieszkanie. W efekcie nie dochodzi do ożywczego spotkania kapitału ludzkiego z biznesową szansą. I dlatego Zachód drepcze w miejscu.
Podobnego zdania jest Ryan Avent, autor wydanej jesienią ubiegłego roku książki "Gated City" ("Miasto strzeżone"), który dowodzi (na przykładzie USA), że im wyższe zagęszczenie mieszkańców, tym wyższa produktywność regionu. A Doug Saunders, autor publicystycznego reportażu o najważniejszych metropoliach, do których co roku napływają setki tysięcy nowych mieszkańców, "Arrival City" ("Cel: miasto"), pisze z patosem, że to tam rozstrzygną się nie tylko gospodarcze, lecz także polityczne losy XXI wieku. W zależności od tego, jak będą one potrafiły sobie poradzić z wielkimi wyzwaniami, jakie nieuchronnie niesie ze sobą dynamiczny rozrost.
Istnieje proste i szybkie przełożenie pomiędzy tempem urbanizacji a wzrostem PKB. Uśredniając, każdy wzrost urbanizacji o 5 proc. przynosi 10-proc. wzrost PKB na głowę mieszkańca
@RY1@i02/2012/073/i02.2012.073.186000200.803.jpg@RY2@
materiały prasowe
Rafał Woś, dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu