Recykling IDEI: Powrót starych mistrzów
Koncepcje gospodarcze stworzone dekady temu przeżywają prawdziwy renesans. Nowych pomysłów na zwalczanie kryzysu wciąż brakuje, dlatego dzieła klasyków myśli ekonomicznej rozchodzą się jak ciepłe bułeczki
Z zachodnią gospodarką coś jest nie tak. Kryzys już dawno powinien się przecież skończyć. Tymczasem w 2012 r. większość rozwiniętych gospodarek znów - i to tylko w najlepszym razie - popadnie w stagnację. Oznacza to, że sytuacja na rynkach pracy czy stan finansów publicznych jeszcze bardziej się pogorszą. Co robić? - pytają politycy, wyborcy oraz media. A ekonomiści, do których to pytanie jest zazwyczaj kierowane, bezradnie rozkładają ręce. Nowych wiarygodnych pomysłów brak. Od początku kryzysu trwa za to coraz bardziej chaotyczny ideowy recykling starych mistrzów ekonomicznego myślenia od Keynesa po Schumpetera.
Bój o prawdziwego Keynesa
"Choć rządzący zazwyczaj uważają się za niezależnych pragmatyków, to tak naprawdę w rzeczywistości zawsze są niewolnikami teorii jakiegoś dawno zmarłego ekonomisty" - pisał w 1936 r. John Maynard Keynes w ostatnim rozdziale swojego opus magnum "Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza". Dziś - 75 lat później - tamta przepowiednia doskonale pasuje do opisu sytuacji panującej w krajach rozwiniętych, które od ponad trzech lat boksują się z głębokim kryzysem ekonomicznym. Paradoksalnie ekonomistą, który rzuca dziś najdłuższy cień na współczesną gospodarkę, jest właśnie zmarły w 1946 r. autor proroczej dykteryjki.
"Znów wszyscy jesteśmy keynesistami" - to hasło nawiązujące do słynnej okładki amerykańskiego tygodnika "Time" z 1965 r. zaczęło robić karierę już na początku 2009 r., czyli zaledwie kilka miesięcy po upadku Lehman Brothers, który symbolizuje początek obecnego kryzysu. Nic dziwnego. Wielkie wykupienie bankowych długów przez rządy w USA, Wielkiej Brytanii oraz większości krajów strefy euro, a potem wielomiliardowe pakiety stymulacyjne dla rozruszania największych gospodarek świata były sprzedawane jako powrót do starych dobrych pomysłów Anglika. Pisane w reakcji na wielki kryzys lat 30. prace ekonomisty z Cambridge i późniejszego dyrektora Bank of England głosiły przecież jedno: przemyślana i przeprowadzona w odpowiednim momencie rządowa interwencja w gospodarkę może pomóc rynkowi wrócić do utraconej równowagi, uchronić banki przed upadkiem, przedsiębiorstwa przed bankructwem, a miejsca pracy przed bezpowrotnym zniszczeniem. Współcześni apologeci Keynesa - jak na przykład angielski historyk Robert Skidelsky, autor w wydanej 2009 r. książki "Keynes. Powrót mistrza" - triumfowali. Z lubością dowodzili, że w latach 50., 60. i 70., gdy keynesizm był ekonomicznym credo zachodnich elit politycznych, tamtejsze gospodarki rosły szybciej, notowały niższy poziom bezrobocia i rzadziej doświadczały recesji niż w kolejnym trzydziestoleciu, kiedy rząd dusz zaczęli sprawować neoliberałowie ze szkoły chicagowskiej, zwolennicy niewidzialnej ręki rynku, deregulacji i niskich podatków. U progu 2012 r. po tamtej modzie na Keynesa zostało już jednak niewiele. W Europie - podbudowywane autorytetem jego teorii - rządowe bailouty i pakiety stymulacyjne doprowadziły wiele krajów na skraj bankructwa i wpędziły całe euro w tarapaty. A spowodowane rosnącym zadłużeniem widmo niewypłacalności USA cały czas wisi nad światową gospodarką niczym miecz Demoklesa.
Keynesiści nie składają jednak broni. - Interwencje z lat 2008 - 2009 nie przyniosły efektu, bo nie były dostatecznie keynesowskie. Przeprowadzają je ludzie, którzy tak naprawdę wyznają głęboką wiarę w rozwiązania neoliberalne. Przykładem są forsowane w całym zachodnim świecie radykalne plany oszczędnościowe. Zachowują się trochę tak, jak gdyby najpierw dorzucili do pieca dużo drewna, a potem natychmiast zalali to wszystko wodą - pisał noblista i felietonista "New York Timesa" Paul Krugman.
Jeszcze inną niż Krugman drogą idą natomiast postkeynesiści. Najbardziej znanym z nich jest dziś Australijczyk Steve Keen (patrz rozmowa). 53-letni ekonomista przekonuje, że znalezienie u Keynesa klucza do rozwiązania dzisiejszych problemów leży nie tyle w ślepym powtarzaniu jego tez sprzed 70 lat, ile w twórczym budowaniu na położonych przez Anglika fundamentach. Czyli na pójściu drogą wyznaczoną przez nową ikonę tego nurtu Hymana Minsky’ego. Ten zmarły w 1996 r. syn białoruskich imigrantów i profesor uniwersytetu Jerzego Waszyngtona w St. Louis przez lata poruszał się na obrzeżach amerykańskiej ekonomii. Zajmował go zwłaszcza problem skłonności gospodarki kapitalistycznej do zadłużania się po uszy. Schemat naszkicowany przez Minsky’ego jest prosty: im dłużej trwa koniunktura, tym bardziej odważni stają się inwestorzy. Goniąc za coraz bardziej wyśrubowanym zyskiem, nieuchronnie grają coraz bardziej ryzykownie i zaniedbują konieczne zabezpieczenia. W pewnym momencie dochodzą jednak do granicy, za którą zaczyna się kryzys: inwestycja nie przynosi zamierzonych zysków, więc odzywają się wierzyciele, którzy domagają się szybkiej spłaty. Aby pozostać na powierzchni, inwestor musi sprzedać, co tylko się da. Nawet zdrowe aktywa. Ten tzw. moment Minsky’ego jest nie do uniknięcia. Należy więc tak skonstruować system, by zawczasu zminimalizować jego negatywne skutki. Wtedy wielomiliardowe pakiety stymulacyjne o wątpliwej skuteczności nie będą w ogóle potrzebne.
Niestety Minsky swoje najważniejsze prace publikował w latach 80., kiedy na giełdach panował niesamowity boom, zachodnie gospodarki przechodziły liberalną kurację i o systemowych zagrożeniach tkwiących w naturze kapitalizmu nikt nie chciał słyszeć. Dopiero w 2007 r., kiedy nad Wall Street pojawiły się pierwsze czarne chmury, Minskym zainteresowała się szersza publiczność. Był moment, że jego niedodrukowywane od dawna książki rozchodziły się w cenie nawet 1,7 tys. dol. za sztukę. Na zmianę biegu wydarzeń było jednak zbyt późno.
Postkeynesistów w stylu Minsky’ego czy Keena wyróżnia jeszcze jedno. Bardziej niż ich guru skupiają się na podawaniu w wątpliwość przyświecającego nowoczesnej ekonomii założenia o działającym racjonalnie (tzn. tak, by zmaksymalizować własny interes) homo oeconomicusie. - Ludzie nie są racjonalni. Działają w oparciu o niepełne informacje, emocje, przypadek, a często są po prostu głupi. Tym bardziej więc nie można oczekiwać, by racjonalne były rynki - przekonują. Ten pogląd łączy ich z nową i coraz bardziej wpływową szkołą myślenia o gospodarce, czyli ekonomią behawioralną.
Austriacy kontratakują
Zastosowany w praktyce keynesizm z lat 2008 - 2009 atakowany jest dziś naturalnie nie tylko ze strony zdeklarowanych zwolenników tej teorii. - W praktyce to nic innego jak wygodna ideologiczna zasłona dla szerzenia się patronażu i politycznej korupcji w gospodarce - uważa Luigi Zingales z Uniwersytetu Chicagowskiego. Inni zarzucają mu wręcz pogłębienie kryzysu, który bez państwowych interwencji już dawno by się skończył. Taką tezę postawił niedawno znany amerykański historyk ekonomii Thomas Woods w bestsellerowej książce "Meltdown".
Woods wskrzesił przy okazji kilku innych zmarłych gigantów myśli ekonomicznej i dał konserwatystom (na razie głównie amerykańskim) materiał do nowego ideologicznego recyklingu. - Jak spędziłam wakacje? Czytałam na plaży Ludwika von Misesa - wyznała latem republikańska kandydatka na prezydenta USA Michelle Bachmann. A jej konkurenci Rick Perry i Ron Paul w trakcie rozpoczętej jesienią kampanii wyborczej wielokrotnie powtarzali, że ich idolem jest Friedrich August von Hayek. Co tak bardzo ekscytującego walczący o Biały Dom Republikanie znaleźli w dwóch urodzonych pod koniec XIX wieku w Cesarstwie Austro-Węgierskim (jeden we Lwowie, a drugi w Wiedniu) ekonomistach? - Hayek i Mises jako bezkompromisowi zwolennicy wolnego rynku są dla wielu ludzi odtrutką na przechył w kierunku państwowego interwencjonizmu, który zakorzenił się w USA w odpowiedzi na najnowszy kryzys - przekonuje Don Boudreaux, ekonomista z Uniwersytetu George’a Masona i założyciel szybko rozrastającej się platformy blogerskiej Cafe Hayek. Jako dowód na coraz większe zainteresowanie Austriakami przytacza historię z lata 2010 r. Wówczas popularny prawicowy publicysta radiowo-telewizyjny Glenn Beck poświęcił swój godzinny program reklamie napisanej w 1944 r. hayekowskiej "Drogi do zniewolenia". Efekt był piorunujący. Następnego dnia książka była najchętniej kupowanym tytułem w internetowym sklepie Amazon.
Moda na szkołę austriacką nie jest w USA zjawiskiem zupełnie nowym. Na Misesa i Hayeka powoływał się chętnie arycyliberalny prezydent Ronald Reagan. Austriacy są również uważani za ideowych ojców szkoły chicagowskiej, czyli neoliberalnych ekonomistów nadających kierunek amerykańskiej (a co za tym idzie całej zachodniej) polityce ekonomicznej aż do kryzysu 2008 r. Jednak rosnąca popularność ich tez zaledwie trzy lata po wybuchu kryzysu dowodzi, że przynajmniej dla części Amerykanów odpowiedzią na recesję powinno być nie mniej, lecz więcej kapitalizmu i wolnego rynku.
Niech żyje twórcza destrukcja!
Ale Hayek i Mises to niejedyni Austriacy święcący dziś triumfalny powrót. Kto wie, czy nie bardziej słuchany i wpływowy jest obecnie rówieśnik Keynesa (rocznik 1883) Joseph Alois Schumpeter. Urodzony na Morawach prawnik i ekonomista był jedną z najbardziej kolorowych postaci swoich czasów. "Odkąd pamiętam, zawsze chciałem być najlepszym jeźdźcem Europy, największym kochankiem Wiednia i najważniejszym ekonomistą świata. Niestety, z tych trzech celów udało mi się zrealizować jedynie dwa. Na koniu jeździłem słabo" - kokietował pod koniec życia. Energia zdawała się go rozpierać. Już w czasie studiów w Wiedniu szokował, podróżując otwartą dorożką w towarzystwie prostytutek, po zrobieniu doktoratu uczył w Grazu, Bonn i na Harvardzie. Tuż po I wojnie światowej był przez siedem miesięcy austriackim ministrem finansów. Zaliczył też epizod w roli szefa banku, który splajtował w czasie wielkiego kryzysu.
- Ta sama ruchliwość była również sednem jego poglądów na gospodarkę - przekonuje Heinz D. Kurz, ekonomista z Grazu i autor wydanej właśnie w Niemczech książki "Schumpeter fur jedermann" (Schumpeter dla każdego). To właśnie zmarły w 1950 r. ekonomista wymyślił pojęcie twórczej destrukcji, czyli tkwiącej głęboko w naturze kapitalizmu potężnej, lecz bezlitosnej siły, która zapewnia mu zdolność do nieustannego odradzania, siejąc jednak po drodze wiele dotkliwych zniszczeń. Uczył, że istnieją cztery fazy koniunktury. W pierwszej, choć wciąż trwa recesja, najbardziej innowacyjni przedsiębiorcy pracują już nad swoimi wynalazkami zrodzonymi z nowych potrzeb. Wkrótce (i to jest już druga faza prosperity) gospodarka zaczyna się kręcić, a innowatorzy, ciesząc się pozycją monopolistów, zarabiają krocie. Stopniowo jednak ich produkty zaczynają być kopiowane przez konkurencję, co prowadzi do obniżenia ceny i nasycenia rynku. Nastaje faza trzecia, gdy niegdysiejsi giganci muszą zwijać część interesu, zaczynają się zwolnienia i restrukturyzacje. Wszystko zmierza nieuchronnie do nowej depresji, gdy część firm bankrutuje. Nie ma jednak co załamywać nad tym rąk. W każdej depresji kryje się ziarno zmartwychwstania i koło koninktury zaczyna się toczyć na nowo. Ani żadne interwencje (Keynes), ani wprowadzenie niczym nieskrępowanego wolnego rynku (Hayek) na nic się zdadzą.
Z takimi poglądami Schumpeter nie bardzo nadaje się na myśliciela, którym okładają się walczący o przychylność wyborców politycy. Austriak jest jednak wyjątkowo uważnie czytany w świecie wielkich korporacji. Ich menedżerowi są przecież żywotnie zainteresowani tym, by ich firmy poprzez odpowiednie zarządzanie innowacjami suchą stopą przechodziły przez kolejne recesje. Dowodem na rosnące znaczenie Schumpetera jest choćby to, że tuż po wybuchu kryzysu tygodnik "The Economist" nazwał na cześć energetycznego Austriaka swoją cykliczną kolumnę poświęconą zarządzaniu biznesowemu.
Keynes, Minsky, Hayek, Mises czy Schumpeter. Niektórzy dodają do tego grona jeszcze Karola Marksa (choć stanowi on inspirację raczej dla społecznych krytyków kapitalizmu niż ekonomistów głównego nurtu). Cień rzucany przez tych gigantów XX-wiecznego myślenia o gospodarce zasłania na razie słońce konieczne, by nowe pomysły na zwalczanie kryzysu mogły wreszcie wykiełkować. Dlaczego? Bo wiele z ich pomysłów przez lata przynosiło dobre rezultaty. Keynesizm w końcu wydobył Zachód z depresji gospodarczej i zapewnił mu kilkadziesiąt lat powojennego rozwoju i dobrobytu. Hayekowski liberalizm z kolei ożywił wzrost (zwłaszcza w Ameryce) po kryzysie naftowym i stagflacji lat 70. A co najważniejsze, obie szkoły wychowały kolejne pokolenia ekonomistów, którym trudno jest wyskoczyć z utartych kolein z zupełnie nowymi pomysłami. Możliwe również, że na nową wielką postkryzysową narrację jest jeszcze po prostu za wcześnie. Od załamania 2008 r. minęły dopiero niewiele ponad trzy lata. Keynes napisał "Ogólną teorię" w 1936 r., a więc w siedem lat po krachu na Wall Street, który zapoczątkował Wielką Depresję. Zaś politycy na poważnie zainteresowali się jego ideami dopiero w momencie wybuchu II wojny światowej. Jeszcze dłużej na odkrycie czekał Hayek, którego ostra krytyka mieszania się państwa do gospodarki stała się częścią konserwatywnych reform Margaret Thatcher i Ronalda Reagana dopiero ponad trzy dekady po publikacji "Drogi do zniewolenia".
Tymczasem nowe odpowiedzi na aktualne problemy majaczą dopiero daleko na horyzoncie. Ale już widać ich zarysy. Jednym z najciekawszych tropów jest rozpoczynająca się debata o tym, czy gospodarka może funkcjonować bez wzrostu gospodarczego. William Rees z kanadyjskiego University of British Columbia, były ekonomista Banku Światowego Herman Daly czy szwajcarski profesor Christoph Binswanger od lat próbują znaleźć odpowiedzi na pytania, czy rozwój gospodarczy może trwać w nieskończoność, jak doprowadzić do tego, by sektor finansowy nie był tak uzależniony od wzrostu, a nawet czy ludzkości nie wyjdzie na dobre, jeśli Zachód spowolni trwające od dwóch stuleci błyskawiczne (ale dewastujące środowisko naturalne) bogacenie? To pytania, na które ani Keynes, ani Minsky, ani Schumpeter nie mogli udzielić odpowiedzi. I może to tutaj zrodzi się nowy keyenesizm czy hayekizm na miarę wyzwań XXI wieku.
Choć rządzący zazwyczaj uważają się za niezależnych pragmatyków, w rzeczywistości zawsze są niewolnikami teorii jakiegoś dawno zmarłego ekonomisty - pisał w 1936 r. Keynes
@RY1@i02/2012/004/i02.2012.004.18600040a.813.jpg@RY2@
AP
John Maynard Keynes
@RY1@i02/2012/004/i02.2012.004.18600040a.814.jpg@RY2@
AP
Friedrich August von Hayek
@RY1@i02/2012/004/i02.2012.004.18600040a.815.jpg@RY2@
AP
Joseph Alois Schumpeter
Rafał Woś
Neoliberałowie się kompromitują
@RY1@i02/2012/004/i02.2012.004.18600040a.816.jpg@RY2@
MAT. PRASOWE
Steve Keen. Jeden z najbardziej wpływowych przedstawicieli szkoły postkeynesowskiej. Już w połowie ubiegłej dekady głosił nieuchronne nadejście nowego wielkiego kryzysu ekonomicznego. Wykłada na australijskim Uniwersytecie Zachodniego Sydney
Jako jeden z pierwszych ekonomistów na świecie ostrzegał pan, że nadmierne zadłużenie w krajach rozwiniętych doprowadzi do nieuchronnej deflacji i głębokiej depresji ekonomicznej. Skąd pan to wiedział?
Wiedziałem... od Hymana Minsky’ego. Pierwszy raz zdałem sobie z tego sprawę, studiując w latach 90. jego książkę "John Mynard Keynes". Dramatyzm sytuacji stał się dla mnie jasny mniej więcej w połowie ubiegłej dekady. Przeanalizowałem wówczas bardzo dokładnie statystki rozwoju i dynamiki długu publicznego w krajach rozwiniętych. Zobaczyłem, że nie jest on problemem jednego czy kilku krajów, ale nieodłączną częścią myślenia o gospodarce w całym zachodnim świecie. Jednocześnie było dla mnie jasne, że nawet najbogatsze kraje nie mogą się zadłużać w nieskończoność. W pewnym momencie wierzyciele zaczną się domagać zwrotu zobowiązań. Wtedy trzeba będzie żyć oszczędniej, a to nieuchronnie doprowadzi do załamania wzrostu gospodarczego i głębokiej depresji, bo przecież wzrost nieustannie napędzany jest na Zachodzie zwiększaniem długu. Krótko mówiąc, że dojdzie do tego, co dzieje się teraz w Europie, USA i Japonii.
Zaraz, zaraz. Coś tutaj nie gra. Czy jako keynesista nie powinien pan raczej opowiadać się za zwiększaniem długu publicznego w nadziei na pobudzenie wzrostu i spłacenie długów w przyszłości? Według słynnej keynesowskiej zasady "w długim okresie i tak wszyscy będziemy martwi"?
To właśnie łatka, którą niektórzy powierzchowni lub nieżyczliwi obserwatorzy próbują przylepić kontynuatorom myśli Keynesa. To, o czym pan mówi, jest jednym z głosów w dyskusji, jak wygramolić się z tarapatów, w których się obecnie znaleźliśmy. Każda dobra kuracja musi jednak rozpocząć się od analizy przyczyn obecnej choroby. W tym wypadku od odpowiedzi na pytanie, kto doprowadził do całego tego bałaganu. Czy to nie liberalna ekonomia neoklasyczna, która dominowała na Zachodzie przez ostatnie 30 lat? Ostatnie trzy - cztery dekady to przecież dokładnie ten sam okres, w którym nastąpiła prawdziwa eksplozja zadłużenia publicznego po obu stronach Atlantyku.
Jak to wyjaśnić? Szkoła liberalna też przecież zawsze przestrzegała przed dużym, zwiększającym wydatki rządem.
Moim zdaniem fundamentalny błąd neoliberałów polega na tym, że nigdy nie rozumieli oni mechanizmów, które prowadzą w gospodarce kapitalistycznej do kumulowania długu. Pilnowali, by państwo się nie rozrastało, a zupełnie nie doceniali patologii nawarstwiających się w sektorze prywatnym. Na przykład nieodpowiedzialnych pożyczek udzielanych przez prywatny system bankowy. Banki doskonale wiedziały przecież, że finansują inflację cen niektórych zasobów, a nie produktywne inwestycje. Ale wcale się tym nie przejmowały, bo chciały uzyskiwać jak największe zyski. W tym samym czasie neoliberałowie głosili buńczucznie konieczność przepędzenia państwa z życia gospodarczego i zmniejszenia obciążeń fiskalnych, nie oglądając się na rosnący dług. Gdy ktoś próbował zwracać uwagę, nazywali go "wczorajszym" lewakiem. Kiedy uderzył kryzys, państwa musiały wykupić bankowe długi, co doprowadziło i tak napięte finanse publiczne na skraj bankructwa. Jak można było do tego dopuścić? Ano tak, że zdaniem szkoły neoklasycznej kryzysów miało już w ogóle nie być. Jeszcze w 2003 roku Robert Lucas (noblista, obok Miltona Friedmana największy guru ekonomii neoliberalnej - red.) mówił - cytuję - "makroekonomia... odniosła sukces. Zabezpieczyła nas przed uderzeniem wielkich kryzysów ekonomicznych. I to na wiele następnych dekad".
Czy postkeynesiści mają pomysł na wyprowadzenie świata z obecnych kłopotów?
Oczywiście najlepiej, gdyby obecnych długów nie było. Ale skoro są, to na początek musimy powiedzieć sobie wprost: długi, których nie da się spłacić, nigdy nie zostaną uregulowane. To, że zachodnie kraje próbują to zrobić, jest przecież główną przyczyną przedłużającej się ekonomicznej depresji, bo szybkie oszczędzanie zawsze podcina wzrost. Część długów musi więc po prostu zostać odpisana.
Jak to zrobić?
To właśnie jest największe wyzwanie. Jak zmusić banki do rezygnacji z części swoich wierzytelności bez zbytniego naruszania przy tym interesów klientów oszczędzających w tych bankach. Ja preferuję model, który redukuje wolumen długu bez karania tych, którzy się nie zadłużyli. Można to zrobić według zasady podobnej do amerykańskiego poluzowania ilościowego (czyli zwiększania podaży pieniądza w gospodarce poprzez jego kreację "z niczego", co wiąże się z ryzykiem inflacji - red.). Te pieniądze musiałyby trafić do klientów banków - firm oraz osób prywatnyh - a nie do bankowych rezerw, tak jak dotychczas. Wówczas zadłużeni mogliby spłacić swoje długi, a ci, którzy nie zaciągnęli pożyczek, dostaliby zastrzyk pieniędzy jako rekompensatę za negatywny efekt, jaki cała restrukturyzacja długu przyniesie pośrednio również im. To konieczne, by nie naruszyć wiary w cały system bankowy.
Czy to nie pogłębi kryzysu jeszcze bardziej?
Na pewno będzie bolało. Ale nie ma bezbolesnego wyjścia z sytuacji, w którą wpędziło nas 40 lat złej polityki ekonomicznej. Z obecnej sytuacji trzeba jednak jakoś wyjść, bo dotychczasowa, prowadzona od 2008 roku polityka liczenia na cud jest nie do utrzymania.
Czy ten kryzys nauczy czegoś ekonomistów?
Pokazał, że starzy mistrzowie w stylu Schumpetera, Keynesa, a nawet Marksa mają więcej do powiedzenia o współczesnej ekonomii niż - nierzadko potwornie prostaccy - zwolennicy "niewidzialnej ręki rynku", którzy nadawali ton ekonomicznej debacie ostatnich 30 lat. Już choćby to, że każdy z klasyków mówił o wpisanej w kapitalizm powracającej cyklicznie dekoniunkturze, na którą trzeba się przygotować. W przeciwieństwie do zadowolonych z siebie neoliberałów głoszących, że wszystko będzie zawsze ładnie i pięknie.
Rozmawiał Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu