Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Neoliberalne zagłodzenie bestii

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Mamy mniejsze podatki, ale nasze oczekiwania wobec państwa są takie same. By im sprostać, musiało się ono więc zadłużać

Elżbietą Mączyńską

Czy przeraziło panią, gdy Leszek Balcerowicz ogłosił, że Polska ma 193 proc. ukrytego długu publicznego.

To próba sprowokowania dyskusji o rzekomo zbyt wysokim poziomie zadłużenia. Nie chcę się wdawać w techniczne roztrząsanie tego, jak prof. Balcerowicz ten ukryty dług wyliczył, rozczarowuje mnie dogmatyczne podejście do problemu. Zadłużanie się nie jest złem samym w sobie. Jeśli państwo zaciąga pożyczki na rozwój, przeważnie zwracają się one z nawiązką. Dlatego ważniejsza w debatach nad zadłużaniem się państwa jest kwestia celów, które realizuje za kredyty. Ta kwestia rzeczywiście wymaga szczegółowych analiz i debat. Niezbędne jest klarowne określenie roli państwa, funkcji, jakie ma pełnić, czego od niego oczekujemy, co ma finansować. Właśnie wyszła na ten temat w Niemczech ważna książka "Kupiony czas. O przełożonym kryzysie demokratycznego kapitalizmu". Jej autor, znany socjolog (ale prowadzący badania z zakresu ekonomii) Wolfgang Streeck, pokazuje, jak w ostatnich dekadach niemal wszystkie zachodnie gospodarki przekształcały się z państw podatków w państwa długów. I ta przemiana zaszła przede wszystkim za sprawą doktryny neoliberalnej, która przez kilka minionych dekad dominowała.

Co to znaczy, że państwo podatków zmieniło się w państwo długów?

Zachodnie państwa okresu powojennego były oparte na wysokich obciążeniach fiskalnych. Zabierały obywatelom dużo, ale zachowywały niezależność i mogły się koncentrować na rozwiązywaniu takich problemów społecznych, jak choćby bezrobocie. A politycy spierali się o to, co jest dobre dla ich wyborców. Tak jak to powinno działać w zdrowej demokracji.

A co się stało potem?

Do gry weszli neoliberałowie, którzy wypowiedzieli państwu wojnę. Traktowali je jak bestię, którą trzeba zagłodzić. A zagłodzenie miało nastąpić poprzez radykalne obniżenie podatków. I tak się stało.

I wszystko się posypało?

Tak, bo nie zmniejszono zadań państwa - każde społeczeństwo potrzebuje bezpieczeństwa, prawa, stabilności ekonomicznej. Zagłodzono więc bestię, ale nie wyrzeczono się oczekiwań wobec niej, co nieuchronnie prowadziło do wzrostu zadłużenia państw. A im bardziej państwa są zadłużone, tym bardziej politycy liczą się z interesami wierzycieli. Stąd też, jak pisze Streeck, dziś prawie nie można odróżnić, co jest państwem, a co rynkiem i czy państwa upaństwowiły banki czy też banki sprywatyzowały państwo. Przejście od modelu państwa podatków do modelu państwa długów sprawia, że w wielu krajach przy podejmowaniu decyzji najważniejszym pytaniem jest: "Jak na to zareagują rynki finansowe?". A przecież w demokratycznym państwie podstawowym pytaniem winno być: "Co powiedzą wyborcy?".

Dlaczego nie ograniczono wydatków państwa?

Bo to niczego nie rozwiązuje. Jeśli państwo w ramach terapii odchudzającej wyjdzie z niektórych sektorów, np. ze służby zdrowia lub edukacji, i zostawi te dziedziny wolnemu rynkowi, jego wydatki spadną, ale wzrośnie zadłużenie gospodarstw domowych. Bo ludzie z własnej kieszeni musieliby wyłożyć pieniądze na szkołę dla dzieci czy na lekarza. I tak się właśnie w wielu krajach dzieje. W takich warunkach gospodarka w coraz większym stopniu napędzana jest kredytami, co określane jest - i o tym m.in. pisze Streeck - jako prywatny keynesizm. I ten prywatny keynesizm tworzy dodatkowe pole działania dla rynków finansowych, bo zadłużamy się właśnie u nich. Ale czy to jest dobre dla całego społeczeństwo? Można w to wątpić.

To lepsze zadłużone państwo czy zadłużeni obywatele?

Ani jedno, ani drugie. Dlatego trzeba znaleźć model państwa optymalnego. Nie za dużego i nie za małego. Dopasowanego do warunków gospodarczych.

To znaczy jakiego?

Sędziwy polski ekonomista od lat mieszkający we Francji Ignacy Sachs dał kiedyś na to odpowiedź, cytując "Alicję w Krainie Czarów". "Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, w którą stronę mam pójść? - pytała tytułowa bohaterka. A w odpowiedzi usłyszała: "Bardzo dużo zależy od tego, dokąd chcesz dojść". Podobnie jest w gospodarce. Jeśli chcemy żyć w państwie, które stara się równoważyć różne interesy, musimy zawrócić ze ścieżki neoliberalnej. To jednak nie oznacza rezygnacji z liberalizmu, który jest piękną i atrakcyjną dla każdego człowieka ideą wolnościową. Jednak liberalizm niejedno ma imię. Jego podstawowe odmiany to liberalizm klasyczny, ordoliberalizm i neoliberalizm. I wrzucanie ich do jednego worka rodzi ryzyko nieprawidłowości w ocenach przyczyn nieprawidłowości w systemie społeczno-gospodarczym i błędnego ich przypisywania liberalizmowi w ogóle, zamiast jego określonej kategorii.

@RY1@i02/2013/193/i02.2013.193.00000280a.802.jpg@RY2@

materiały prasowe

Elżbieta Mączyńska, profesor ekonomii i prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, wykłada w Szkole Głównej Handlowej

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.