Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Brzydsza część gospodarki

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 30 minut

Szara i czarna strefa istnieją, czy nam się to podoba, czy nie. Walkę z nimi zostawmy policji oraz urzędowi skarbowemu - przekonuje Bohdan Wyżnikiewicz

Bohdanem Wyżnikiewiczem

Gore nam, gore, teraz także czarną strefę będziemy do PKB doliczać... Zagotowało się w mediach po naszej publikacji i wciąż się gotuje. Skąd ten szok? Przecież GUS od kilkunastu lat szacuje i wlicza do PKB dochody, które wytwarzane są mniej lub bardziej nielegalnie.

Pisałem na ten temat w 2009 r., ale reakcją były pełne politowania uśmieszki. A przecież sprawa jest oczywista: weźmy panie lekkich obyczajów. One wykonują usługę, kasują za nią określoną kwotę, potem idą do sklepu i za te pieniądze kupują towary. I gospodarka się kręci. Albo przemyt: leki ściągane do Polski poza oficjalnym obiegiem, cebula przemycana w kontenerach z Chin, wreszcie narkotyki - to wszystko funkcjonuje na naszym rynku, ma na niego wpływ. Niezauważanie tego świadczy o niedoborach intelektualnych i edukacyjnych. Zwykły zjadacz chleba nie ma obowiązku wiedzieć, w jaki sposób czarna czy szara strefa wpływają na PKB, ale osoby mające tytuł naukowy w dziedzinie ekonomii powinny to mieć w małym palcu. Stąd moje wielkie zaskoczenie, kiedy się dowiedziałem, co pewne osoby z poważnymi tytułami naukowymi bredzą na ten temat. Na przykład pani prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, była uprzejma powiedzieć, że dochody z prostytucji powinno się odejmować od PKB. Zdumiewające.

Ja rozumiem, że profesor wyraziła protest intelektualny przeciwko czemuś, z czym się nie zgadza.

Naukowiec, statystyk nie jest księdzem, nie jest moralistą. Jego obowiązkiem - tak jak jest to obowiązkiem nauki - jest badać rzeczywistość taką, jaka ona jest, a nie obrażać się na nią. Szara i czarna strefa istnieją, czy nam się to podoba, czy nie, i walkę z nimi zostawmy policji oraz urzędowi skarbowemu.

To ma jeszcze jedną zabawną nazwę: gospodarka nieformalna.

Składa się ona z dwóch części. Pierwsza z nich to gospodarka półlegalna, zwana szarą strefą, w tym sensie, że poszczególne działania są dozwolone prawem, ale prowadzone są poza oficjalnym obiegiem, aby uniknąć danin składanych państwu. Czyli podatków różnego rodzaju - PIT, VAT, CIT, akcyzy, płacenia składek ubezpieczeniowych. Bywa zwykle tak, że część działalności prowadzona jest przez tę samą osobę przy świetle dziennym, a część ukryta - aby zaniżyć obroty. Druga część tej gospodarki nieformalnej to są aktywności niedozwolone przez prawo, a więc czarna strefa - np. produkcja narkotyków i handel nimi, handel ludźmi, przemyt, nielicencjonowany hazard, prostytucja...

Ta ostatnia jest akurat legalna.

Tak, ale wiele rzeczy, które wokół niej się dzieją, nie - a więc stręczycielstwo czy handel ludźmi. Pewnie dlatego jest zaliczana właśnie do tej brzydszej, czarnej połowy. Do tego dochodzi nielegalna działalność, bez uprawnień: np. nie jestem lekarzem, ale zarabiam, lecząc ludzi. I wszystko to dzieje się realnie, działa równolegle do oficjalnej gospodarki. Pieniądze, jakie się w związku z tym pojawiają, są całkiem prawdziwe. Dlatego trzeba je uwzględnić w końcowym bilansie. Niektóre państwa już to robią, inne nie. Jednak decyzją Unii Europejskiej wszystkie będą musiały w narodowym bilansie uwzględniać tę strefę - również czarną - na równi z oficjalną i szarą.

Koniec z hipokryzją. A może inaczej: poprawmy sobie wyniki?

Istnieje takie pojęcie, jak rachunek narodowy (national accounting). To sam kręgosłup statystyki gospodarczej, który pozwala wyznaczyć rozmiary działalności gospodarczej. W efekcie różnych wyliczeń możemy uzyskać produkt krajowy brutto. Często zresztą traktowany przez niektórych, np. Ryszarda Bugaja, całkiem błędnie jako wskaźnik dobrobytu. Bo nie ma miernika dobrobytu tak intelektualnie dopracowanego, aby był reprezentatywny dla danego społeczeństwa, choć oczywiście wysokość PKB, zwłaszcza liczonego na głowę, z nim się nierozerwalnie wiąże. PKB jest misterną konstrukcją składająca się z trzech niezależnych rachunków: rachunku wytworzenia (produkcji), rachunku rozdysponowania (konsumpcji) i rachunku dochodów. Problem w tym, że te pozycje muszą się bilansować, wszystkie słupki muszą się zgadzać. A zmorą statystyków jest to, że od lat wychodzi im większe spożycie niż dochody. A to dlatego, że statystyka, nie zauważając dochodów nieformalnej gospodarki, nie uwzględnia w rachunkach rzeczywistości. Dlatego wyniki, jakie uzyskiwano, są fałszywe. Apel pani prof. Mączyńskiej, aby od PKB odejmować dochody uzyskiwane przez prostytutki, jest równie rozsądny i uprawniony, jak gdyby zażądać, aby od ludności Polski odliczyć osoby skazane prawomocnym wyrokiem, bo nie chcemy nawet słyszeć o takich wyrzutkach społeczeństwa. Poza tym takie myślenie jest reliktem popeerelowskim - wtedy np. do PKB wliczano tylko produkcję materialną, ale już nie usługi.

Dla mnie problemem nie jest to, czy mierzyć szarą, czarną czy brunatną strefę, tylko jak to robić, żeby nie tworzyć fikcji. Pewne kwestie są nieuchwytne dla analityków i wszelkie szacunki będą obarczone dużym błędem.

Muszę panią uspokoić - rachmistrze nie będą chodzić po domach publicznych, jak niepokoiły się niektóre media. Przez dziesięciolecia statystycy dopracowali się precyzyjnych metod i narzędzi. Niekoniecznie statystycznych. Powiem pani, że np. taka Dania nie uprawia niemal wcale tradycyjnej statystyki. Wszelkie dane, których się tam używa, pochodzą z rejestrów administracyjnych. Ale są także badania ankietowe, panelowe, obserwacje własne etc. Weźmy jako przykład rynek pracy - nieskromnie się pochwalę, że zainicjowałem metodę BAEL (badanie aktywności ekonomicznej ludności) w Polsce w 1992 r. Rzecz w tym, że pytając ludzi o to, czym się zajmowali w ostatnim czasie, możemy precyzyjniej ocenić poziom bezrobocia, niż przyjmując na wiarę liczbę osób zarejestrowanych w urzędach pracy. I właśnie wielu rozmaitych metod, połączonych ze sobą, będziemy używać do badania szarej i czarnej strefy.

Poproszę o przykłady.

Obserwując choćby popyt na banknoty o dużych nominałach na rynku oraz cyrkulację pieniądza, można się dowiedzieć, jak wiele operacji przeprowadzanych jest na czarno. To ulubiona metoda Amerykanów, zresztą oni ją wymyślili. Polega to w uproszczeniu na tym, że transakcje, które ludzie chcieliby ukryć przed fiskusem i przed władzami, odbywają się po cichu, a w użyciu jest zazwyczaj gotówka, a nie żadne tam przelewy czy karty kredytowe. I obraca się banknotami o dużych nominałach - żeby kosmiczne nieraz kwoty pomieścić na jak najmniejszej przestrzeni. Tak więc patrząc, jakie jest zapotrzebowanie na rynku na takie banknoty, możemy określić, jak głęboko sięga szara strefa.

Sprytne. Ale gdyby mógł pan tak bardziej szczegółowo - w odniesieniu do konkretnych branż czy zawodów - opowiedzieć, w jaki sposób to się liczy.

Począwszy od 1995 r., ta szara, a więc ciut bardziej legalna od czarnej strefa jest liczona i wliczana do polskiego PKB. Główny Urząd Statystyczny ma 16 urzędów regionalnych, każdy z nich specjalizuje się w czymś innym. Gospodarką nieformalną zajmuje się Ośrodek Gospodarki Nieobserowalnej w Kielcach.

Ha, nieobserwowalnej...

Tak się nazywa, choć coś tam da się zaobserwować, mają na to swój oryginalny sposób zwany metodą kielecką. I gwarantuję, że jest jeszcze lepsza niż majonez. W skrócie rzecz ujmując, chodzi o to, że badając daną branżę, najpierw przygotowuje się pewne standardy porównawcze. Obserwuje przez pewien czas przychody przedsiębiorstw w stosunku do zatrudnienia oraz koniunktury. I po jakimś czasie wiadomo już, że taki a taki zakład, zatrudniając tyle a tyle osób, powinien mieć taką, a nie mniejszą czy większą produkcję. Weźmy jako przykład branżę budowlaną, która od lat jest niekwestionowanym liderem, jeśli chodzi o działalność w szarej strefie. Wiemy, ile na danym terenie jest takich firm, jaki mają potencjał, ilu zatrudniają ludzi. Mamy wyobrażenie, jaką kubaturę pomieszczeń są w stanie w danym czasie wybudować. I porównujemy te dane z tymi uzyskanymi z nadzoru budowlanego - ile nowych domów, mieszkań, magazynów itp. zostało tam zgłoszonych. I już możemy oszacować skalę budowlanego podziemia.

Ale chyba jednak nie wszystka działalność odciska tak wyraźne ślady w dokumentach.

To przyjrzyjmy się branży odzieżowej - to druga pod względem wielkości nielegalnej produkcji dziedzina. Produkcję w niej można podzielić na trzy etapy. Pierwszy, kiedy powstaje przędza. Z przyczyn technologicznych jej wytwarzanie odbywa się w nowoczesnych zakładach i, w przeważającej większości, w białej strefie. No bo trudno sobie wyobrazić, żeby dziś ktoś prządł na kołowrotku w piwnicy na dużą skalę, a tylko taka jest opłacalna. Podobnie z produkcją materiałów - one też powstają legalnie, bo krosna już nie wystarczą, trzeba mieć nowoczesny park maszynowy. No ale już szycie z nich odzieży to całkiem coś innego.

Piwnice są pełne zatrudnionych na czarno szwaczek. Czasem któreś nie wytrzymują, idą się poskarżyć i potem interes zwija policja razem z inspekcją pracy.

My nie jesteśmy od zwijania, tylko od tego, aby policzyć, ile tej odzieży i jakiej wartości szyje się nielegalnie. W tym celu trzeba porównać papiery: sprawdzamy, ile materiałów zostało wyprodukowanych, ile zostało wyeksportowanych, ile sprzedano do legalnych zakładów odzieżowych. Część tej produkcji zostaje zbyta w detalu. Porównując te wartości, można z dużą precyzją oszacować, ile bluzek, dżinsów czy żakietów powstało w podziemnych zakładach i sprzedanych np. na targach i bazarach. Oczywiście, badając każdą dziedzinę, trzeba brać pod uwagę mnóstwo dodatkowych czynników - choćby koniunkturę. Badałem odzieżówkę przed kryzysem i w jego trakcie, kiedy zaczął się przed nim zamykać rynek wschodni, głównie rosyjski. Na samych suchych danych było widać jak na dłoni, że jeśli w okresie hossy wyprodukowane u nas materiały tekstylne w dużych ilościach rozpływały się poza fabrykami odzieżowymi (wyprodukowana w nielegalnych szwalniach odzież była przerzucana do Rosji), to wraz z utrudnieniami większość produkcji materiałowej - odpowiednio mniejszej - zaczęła się sprzedawać w legalnym, udokumentowanym obiegu.

Ale z prostytucją już tak łatwo nie będzie. Bo nawet jeśli uwzględnicie sprzedaż np. prezerwatyw czy lubrykantów w miejscach, gdzie otwarto nowe agencje towarzyskie, to i tak nie powie to wiele o wielkości zjawiska i obrotach branży.

Ale pani dała (śmiech). Chciałbym jednak zauważyć, że tego rodzaju środków używa się nie tylko podczas nierządnego seksu. Ale czemu nie - być może i takie dane, w zbiciu z innymi, pozwolą naszkicować szerszą mapę. To nie będzie łatwe, trzeba będzie połączyć ze sobą wiele różnych danych, ale przykład innych państw pokazuje, że da się to w miarę precyzyjnie zrobić, bazując na twardych danych. W części agencji towarzyskich można płacić kartą kredytową i już mamy pojęcie o stawkach w tego typu przybytkach i natężeniu ruchu. Do tego dochodzi analiza portali internetowych, na których reklamują usługi czerpiący zyski z prostytucji panie i panowie - to niewyczerpane źródło wiedzy. Do tego dodajmy jeszcze wiedzę, jaką możemy uzyskać od stowarzyszeń pozarządowych, które np. zajmują się nieletnimi uprawiającymi nierząd. Informacje od straży granicznej czy dane, jakimi dysponuje policja.

Zaraz, zaraz, policja nie może gromadzić takich danych dotyczących, nazwijmy to łagodnie, prowadzenia się różnych osób. To za PRL-u funkcjonowała obyczajówka, która prowadziła rejestry prostytutek czy gejów. Dziś takie rzeczy są zabronione.

To nazwijmy to inaczej: będziemy prosić o konsultacje funkcjonariuszy, którzy mają wiedzę na ten temat. Przecież to jasne, że choć pewnych spraw nie można rejestrować czy katalogować, to na poziomie operacyjnym policja musi o nich wiedzieć, inaczej byłaby ślepa i głucha. Podobnie będziemy działać, badając rynek narkotyków czy przemyt: zbierzemy wiele danych z różnych źródeł, tych oficjalnych i nieoficjalnych. Jeśli zabraknie twardych liczb, będziemy musieli wspomóc się szacunkami.

Mój redakcyjny kolega Janusz K. Kowalski, który swoim artykułem wywołał to zamieszanie, badał ostatnio właśnie rynek prostytutek. Zdalnie. I wyszło mu, że najlepiej zarabiające dziewczyny biorą nawet po 4,5 tys. zł za noc od klienta, ale te profesjonalistki niższej kategorii zadowolą się 50 zł. za godzinę. Przy tym panowie są dużo tańsi. Niemniej po podliczeniu i tak pewnie da to okrągłą sumę. Zwłaszcza że mamy wysokie bezrobocie, a w takich czasach liczba osób zarabiających czy dorabiających własnym ciałem zawsze rośnie.

Ale nie należy się za bardzo podniecać, że w związku z tym - kiedy już wliczymy te dochody - PKB gwałtownie pójdzie nam w górę. Szacujemy, że będzie podobnie, jak to się stało w innych krajach Unii Europejskiej, które zaczęły wliczać czarną strefę do dochodu narodowego - zwiększył się on o jakieś 0,5 proc. do 1 proc. W liczbach bezwzględnych będzie to u nas ok. 16 mld zł.

Biorąc pod uwagę, że jeszcze na początku tego wieku cała gospodarka nieformalna w Polsce szacowana była na 28 proc., a dziś zaledwie na 14-15 proc., dokonaliśmy niezłego skoku cywilizacyjnego. Z badań wynika, że w krajach rozwiniętych jej rozmiar jest zawsze mniejszy niż w tych dopiero się rozwijających. No i tam, gdzie kultura prawna jest niska - o Rosji pisze się, że podziemna gospodarka wciąż jest tam większa niż 50 proc. PKB.

Trudno mi się jest odnosić do przytoczonych przez panią danych, zwłaszcza tych z przeszłości, bo nie wiem, za pomocą jakiej metodologii zostały obliczone. Jednak faktycznie, dziś szacujemy gospodarkę nieformalną na jakieś 15 proc. produktu narodowego. Co do przyczyn, które ją powodują i wspierają, to do wspomnianych już przez panią wcześniej bezrobocia czy wadliwie działających agend państwa dodałbym zbyt duże obciążenia fiskalne w stosunku do możliwości przedsiębiorców. To jest prosty, działający od stuleci mechanizm: państwo zwiększa podatki, część gospodarki przenosi się do podziemia. I dlatego też zwiększenie podatków niczego pozytywnego nie daje budżetowi - wpływy nie rosną. Tak samo jest z akcyzą na różne towary. Kiedy minister finansów Grzegorz Kołodko w 2003 r. obniżył akcyzę na alkohol, jego oficjalna sprzedaż natychmiast zaczęła rosnąć, gospodarka się ożywiła, z przejść granicznych zniknęły mrówki pobrzękujące butelkami. Były większe wpływy do budżetu, który tym samym został uratowany. Podobnie było w Rosji.

Tego uczą na zajęciach z podstaw ekonomii, jednak z jakiegoś powodu większość naszych ministrów finansów opuściła właśnie tę lekcję.

Pracuję w GUS z przerwami już 43 lata, pełniłem tu różne funkcje, łącznie z byciem prezesem. I słyszałem wielu ministrów, gospodarki czy finansów, jak przychodzili i deklarowali - każdy z nich - że będą zwalczać czarną strefę. Dlatego kiedy kolejny szef resortu to powtarza, już z góry wiem, że nic z tego nie będzie. Bo większość z nich walkę rozumie poprzez większą represyjność fiskusa. A gospodarka cienia jest elastyczna, w fantastyczny sposób potrafi się dostosować. Jeśli służby państwa stosują presję w jednym miejscu, ta szara strefa, niczym woda w naciskanym ręką balonie, natychmiast przemieszcza się w inne rejony.

Gdzie dzisiaj jest ten obszar? Poza tymi tradycyjnymi - budownictwem, odzieżówką, gastronomią i usługami w szarej strefie, bo czarną już mniej więcej omówiliśmy.

To mafia działająca w sektorze śmieciowym. Zarówno normalnych odpadów, jak i elektrozłomu, odpadów budowlanych, stłuczek szklanych itp. Przepisy unijne nakładają na producentów m.in. sprzętu elektronicznego, AGD, RTV, ale także samochodów obowiązek utylizacji zużytego sprzętu i urządzeń. To kosztowny interes, gdyby przeprowadzać go zgodnie z duchem i literą prawa. Stąd powstał cały podziemny przemysł handlu lewymi zaświadczeniami oraz pozbywania się złomu w niedozwolony sposób. Jego część idzie do rozbiórki, jest sprzedawana na części, ale reszta ląduje gdzieś w dziurach w ziemi. Inspektorzy ochrony środowiska nie są w stanie z tym walczyć, boją się, bo tam gdzie w grę wchodzą miliony, robi się niebezpiecznie. W każdym razie obecnie nasze państwo jest bezsilne wobec tego zjawiska. Łatwiej ścigać kobiety sprzedające sznurówki w centrum miasta niż takich śmieciowych biznesmenów.

Jak zatem walczyć z nieobserwowalną gospodarką, jeśli wiemy, że ze świecą szukać szefa finansów, który odważyłby się obniżyć fiskalne obciążenia? Wychodzi na to, że jedynym wyjściem pozostają jednak represje ze strony państwa, uszczelnianie systemu.

Uszczelnianie - jak najbardziej. Wielką rewolucją było rozszerzenie obowiązku posiadania kas fiskalnych. Dziś spotykam taksówkarzy, którzy jak wyjeżdżą pewien zadeklarowany do opodatkowania limit, po prostu biorą sobie wolne, bo wolą nie ryzykować, że skarbówka ich przyłapie na robieniu "boków". Dobrym przykładem jest Grecja, gdzie aby skłonić przedsiębiorców do płacenia podatków, wprowadzono zasadę, że jeśli klient nie dostanie za jakiś towar czy usługę paragonu fiskalnego, ma prawo w ogóle za niego nie zapłacić. Kolejna kwestia to są pewne odgórne regulacje dotyczące np. wysokości pensji minimalnej. Jej podwyżki - w 2000 r. wynosiła ona 700 zł, w tym roku już 1600 zł, a przecież inflacja w tym czasie była kilkanaście razy mniejsza - to cios w drobną przedsiębiorczość i spychanie jej do podziemia. Przedsiębiorcy, zamiast zatrudnić np. pięciu pracowników, oficjalnie mają na stanie tylko jednego, a reszcie płacą pod stołem.

Zawsze tak było.

Tylko na różną skalę. No i jest jeszcze jedna zmiana: jeśli np. w latach 90. wiele firm w ogóle się nie rejestrowało i działało w całkowitym podziemiu, to dziś tego niemal nie ma. Za duże ryzyko, bo służby skarbowe są coraz sprawniejsze. Taki przedsiębiorca woli się zarejestrować, coś tam państwu zapłacić i tylko część puścić nieoficjalnie. Zasada jest taka, że łatwiej obecnie ukryć coś nielegalnego w czymś legalnym.

Mam jednak takie wrażenie, że całkowite zlikwidowanie całej gospodarki nieformalnej byłoby nie tylko niemożliwe, lecz także szkodliwe.

Ja także nie potępiam jej jednoznacznie. Ona oliwi gospodarkę, zwłaszcza w czasach kryzysu, niczym olej tłoki silnika. Powoduje, że ludzie jednak mają jakąś pracę i nie umierają z głodu. Zmniejsza presję na pomoc społeczną. Powoduje wreszcie, że więcej ludzi stać na towary i usługi, na które - gdyby nabywali je drogą oficjalną - nie mogliby sobie pozwolić. Mowa np. o opiekunkach do dzieci i dla starszych osób, paniach sprzątających po domach, ale także częściach samochodowych ze szrotów, pewnych usługach edukacyjnych - można by stworzyć całą długą listę. Ale generalnie pieniądze i tak trafią na rynek, do obrotu, i zwiększą ten legalny popyt.

No dobrze, ale w takim razie proszę o jeszcze jedno wyjaśnienie: mając już szczegółową wiedzę o tym, ile pieniędzy płynie z szarej i czarnej strefy, jaki użytek można z niej zrobić? Prócz tego, że ładniej będą wyglądały statystyki: poprawi się troszkę relacja naszego długu publicznego do PKB.

Zdając sobie sprawę z tego, jak naprawdę wygląda rzeczywistość, możemy podejmować racjonalne decyzje. Choćby te dotyczące wysokości pomocy społecznej. Albo popytu na specjalistów na rynku pracy. Poinformowany znaczy uzbrojony.

Apel, aby od PKB odejmować dochody uzyskiwane przez prostytutki, jest równie rozsądny i uprawniony, jak gdyby zażądać, aby od ludności Polski odliczyć osoby skazane prawomocnym wyrokiem, bo nie chcemy nawet słyszeć o takich wyrzutkach społeczeństwa

@RY1@i02/2013/163/i02.2013.163.000001400.804.jpg@RY2@

Wojtek Górski

Bohdan Wyżnikiewicz, prezes GUS w latach 1991-1992, członek Naukowej Rady Statystycznej, niezależny członek CEIES, Europejskiego Komitetu Doradczego do spraw Informacji Statystycznych w Sferze Gospodarczej i Społecznej przy urzędzie statystycznym Unii Europejskiej EUROSTAT

@RY1@i02/2013/163/i02.2013.163.000001400.805.jpg@RY2@

Shutterstock

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.