Nadchodzi socjalizm?
Liberalizm rozczarował Nie zagwarantował szybkiego wzrostu, za to sukcesy w zwalczaniu nędzy osiągały kraje, które - jak Chiny - nie trzymały się liberalnego wzorca
W lutym, niedługo przed początkiem krachu w Grecji, Międzynarodowy Fundusz Walutowy opublikował wewnętrzny dokument, którego współautorem był Olivier Blanchard - główny ekonomista funduszu.
Jak skomentował "Financial Times", zawarte w nim sugestie mogły sprawić, że paru szefów banków centralnych zakrztusiło się poranną kawą. Blanchard ze współpracownikami pisali, że kryzys finansowy "odsłonił wady przedkryzysowych zaleceń politycznych" i "zmusza nas do myślenia o architekturze pokryzysowej polityki ekonomicznej".
Ekonomiści z MFW proponowali m.in.:
wzwiększenie docelowej inflacji z ok. 2 proc. rocznie do 4 proc. rocznie (wiele centralnych bankierów zbudowało swoją reputację na zbijaniu inflacji do poziomu bliższego 2 proc. niż 4 proc.);
wautomatyczne wypłaty pieniędzy ubogim rodzinom, jeżeli bezrobocie wzrośnie powyżej pewnego poziomu;
winterwencje w kurs wymiany walut w mniejszych krajach opartych na handlu.
Odrobinę wyższa inflacja, według Blancharda, kosztowałaby niewiele ("Ludzie mogliby się przyzwyczaić" - powiedział "FT"), a w czasie kryzysu dałaby rządom większe możliwości oddziaływania na rynek dzięki polityce monetarnej (np. łatwiej byłoby wpompować więcej pieniędzy w gospodarkę, żeby pobudzić popyt).
Ekonomiści chcieli także, żeby dać bankom centralnym więcej narzędzi do oddziaływania na gospodarkę, np. kontrolę nad rynkiem pożyczek hipotecznych. Tradycyjnie banki centralne przez ostatnie dziesięciolecia używały jednego narzędzia - poziomu stóp procentowych. Całą resztę miał załatwić rynek.
Tyle że dziś nie załatwia - i ta konkluzja, wyzierająca zza postulatów bankierów Funduszu, jest najbardziej uderzająca. W ich propozycjach nie ma już wiary, że rynek jest idealnym, samoregulującym się instrumentem, który - jeśli politycy pozostawią go samemu sobie - przyniesie powszechny dobrobyt. Piszą, że niewidzialną rękę rynku ma podeprzeć - a nawet wyręczyć - widzialna ręka państwowych urzędników.
Jeszcze niedawno byłyby to budzące zgrozę herezje. W latach 80. i 90. to MFW zalecał zawsze i wszędzie zdanie się na rynek. Zgodnie z regułami spisanymi przez Johna Williamsona, ekonomistę z Banku Światowego, w sławnym "Konsensusie waszyngtońskim" w 1989 r. krajom, które wpadły w kłopoty, MFW polecał otwarcie rynków kapitałowych, prywatyzację, uwolnienie firm z gorsetu państwowych regulacji, obcięcie wydatków budżetowych, zbijanie inflacji i obniżkę podatków. Na wszystkie gospodarcze problemy miał tę samą receptę: więcej rynku. Ta terapia miała wymierne koszty - często na początku przynosiła spadek poziomu życia i PKB - ale stała za nią wiara, że na dłuższą metę będzie skuteczna.
Dziś z ust głównego ekonomisty Funduszu dowiadujemy się, że są sytuacje, w których rynek nie działa, i państwo ma większą rolę do odegrania w gospodarce, niż to się wcześniej wydawało. Skąd zmiana?
Jak wygrali liberałowie...
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba cofnąć się na chwilę do lat 70. Przez trzy dekady po wojnie Stany Zjednoczone i Europa Zachodnia cieszyły się bardzo wysokim wzrostem gospodarczym i rosnącym dobrobytem. Zachodni kapitalizm był wówczas planowany i regulowany przez państwo w zakresie, który trudno dziś sobie wyobrazić. W 1977 r. aż 17 proc. PKB USA - kraju, który był sercem i ostoją wolnego rynku - było produkowane w tych działach gospodarki, w których państwo określało wszystkie reguły gry i w których nie było mowy o wolnej konkurencji.
Polityka gospodarcza Richarda Nixona - prezydenta z Partii Republikańskiej, który był wówczas uważany za konserwatystę - stawiałaby go na lewo od współczesnej socjaldemokracji. Od 1969 roku kolejne budżety Nixona miały coraz większy deficyt napędzany przez szybko rosnące wydatki na cele społeczne. To wtedy wprowadzono zasadę, że wypłaty z Social Security (gwarantowane i dotowane przez państwo zabezpieczenie na starość) są indeksowane o poziom inflacji. Za Nixona wydatki na Social Security wzrosły z 6,3 proc. do 8,9 proc. PKB! Nixonowi zdarzało się także wprowadzać kontrolę cen i płac w różnych działach gospodarki. Podniósł też podatki dla najbogatszych i zwiększył wydatki na pomoc żywnościową oraz zasiłki socjalne dla najbiedniejszych - w sumie o blisko 50 proc. w ciągu pięciu lat rządów.
Od lat 40. państwa Zachodu oficjalnie prowadziły politykę pełnego zatrudnienia; samo to sformułowanie dziś trąci socjalizmem. W praktyce oznaczało to rosnące wydatki publiczne i politykę pobudzania popytu zgodną z zaleceniami sformułowanymi w latach 30. przez Keynesa - w tym łatwy dostęp do kredytu i stale rosnące płace (a niekiedy też planowanie gospodarcze). Taki socjaldemokratyczny kapitalizm był wtedy normą w cywilizowanym świecie.
Ten model rozsypał się w drugiej połowie lat 70., chociaż jego demontaż trwał potem jeszcze długie lata. Winny - podobnie jak dzisiaj - był wielki kryzys. Inaczej niż dziś wywołały go wydarzenia polityczne - kraje arabskie raptownie podniosły ceny ropy, co uderzyło w gospodarki krajów rozwiniętych. Doświadczenie kryzysu było jednak głębsze od przejściowej recesji: przez całą dekadę Ameryka nie mogła sobie poradzić z inflacją, płace realne stały w miejscu, bezrobocie wzrosło i uparcie nie chciało wrócić do poziomu z początku lat 70.
Politykę Ameryki i Europy prześladowało uczucie, które Francuzi nazywają "malaise": kryzysu, schyłku, wyczerpania. Wszystko razem sprzyjało poszukiwaniu nowego pomysłu na życie gospodarcze i podważało wiarę, że państwo ma w nim do odegrania większą rolę. Wiadomo było już wtedy także, że radziecki model gospodarki państwowej nie działa.
W tym samym czasie na uniwersytetach i w konserwatywnych think tankach liberalni ekonomiści mieli już w pogotowiu polityczne recepty, które różniły się od tego, co zalecali ich profesorowie wychowani na Keynesie i państwowym planowaniu gospodarczym (liberałowie, tacy jak Hayek czy Friedman, w latach 50. i 60. byli wyśmiewanymi wyrzutkami na uniwersytetach; mało kto traktował ich idee poważnie). Zalecali niższe podatki i niższe wydatki, zrównoważone budżety, deregulację gospodarki, walkę z inflacją i zdanie się na witalność nieskrępowanego niczym kapitalizmu.
Liberalna rewolucja zaczęła się jeszcze przed Reaganem i Thatcher, którzy dziś uchodzą za jej apostołów. Deregulację amerykańskiego przemysłu rozpoczął demokrata Jimmy Carter jesienią 1978 r. To Carter w lipcu 1979 r. mianował szefem Fed - amerykańskiego banku centralnego - Paula Volckera, który później podniósł stopy procentowe, żeby w bardzo brutalny sposób zdusić inflację (dziś ponad 80-letni Volcker jest wpływowym doradcą Obamy). Jak pisze historyk gospodarki czasów Cartera W. Carl Biven, prezydent nie kierował się ideologią. Ideologicznym zwolennikiem nieskrępowanego wolnego rynku był Reagan. Carter sądził, że nie miał wyjścia. Było jasne, że stary model polityki gospodarczej się wyczerpał i liberałowie mieli nowe, już przygotowane pomysły na powrót Zachodu na drogę wzrostu. Intelektualny klimat się zmienił i polityk wybierał spośród tych opcji, które mu przedstawiali jego doradcy.
...i dlaczego dziś przegrywają
Ta historyczna dygresja była potrzebna, bo pokazuje mechanizm politycznej i intelektualnej zmiany.
Sławny historyk nauki Thomas Kuhn pisał, że nauki społeczne rządzą się "paradygmatami" - fundamentalnymi ideami lub teoriami, które dyktują uczonym - często w sposób, z którego do końca nie zdają sobie sprawy - to, jakie obszary mają badać. Taką centralną ideą od lat 70. było przekonanie, że im bardziej rynek jest wolny od ograniczeń w postaci ceł, podatków i regulacji, tym większe przynosi społeczne korzyści, czyli przede wszystkim wzrost dobrobytu (ale nie tylko; wielu liberałów myślało także, że realna groźba bezrobocia zwiększa dyscyplinę społeczną, a wolna konkurencja skłania ludzi do większego wysiłku i motywuje firmy do innowacji).
Symptomy odchodzenia od tej idei pojawiały się już przed kryzysem finansowym na Zachodzie. Po pierwsze, liberalizm gospodarczy nie spełnił podstawowej obietnicy - nie zagwarantował szybkiego wzrostu. Mimo 30 lat obniżania podatków, deregulacji i stałego demontażu państwa socjalnego Ameryka i Europa rozwijały się wyraźnie wolniej niż w ciągu trzydziestu lat kontrolowanego przez państwo, socjaldemokratycznego kapitalizmu po wojnie. Dochody rosły jeszcze wolniej od statystycznego PKB - od 1980 r. realne dochody przeciętnych Amerykanów wzrosły zaledwie o 30 proc. Także w krajach najbiedniejszych - którym Bank Światowy i MFW aplikowały liberalne terapie szokowe w latach 80. i 90. - wolny rynek nie zawsze przynosił stabilny wzrost PKB, a jeszcze rzadziej zmniejszenie obszarów nędzy (kiedy PKB rósł, zazwyczaj wzrastały nierówności w dochodach - bogatsi mieli więcej, a los biedaków zmieniał się niewiele). Sukcesy w zwalczaniu nędzy osiągały za to kraje, które - jak Chiny - nie trzymały się liberalnego wzorca.
Bank Światowy dostrzegł to już w latach 90. W 1999 r. jego prezes James Wolfensohn ogłosił potrzebę "koncentrowania się na holistycznej wizji tego, co kraj potrzebuje" oraz na "walce z nędzą", a nie na reformach strukturalnych. W 2005 r. w ważnym oficjalnym dokumencie banku - podsumowaniu dziesięcioletniej kadencji Wolfensohna - wprost przyznawano się do porażki poprzedniej strategii: "Szereg czynników było odpowiedzialnych za zmianę w podejściu [Banku], włączając w to względną porażkę programów dostosowania strukturalnego w pobudzaniu wzrostu gospodarczego oraz zwalczaniu nędzy i powolną transformację krajów b. ZSRR. I Bank, dzięki próbom i błędom, zyskał lepsze zrozumienie tego, co działa".
Rozczarowaniu skutkami liberalnych reform towarzyszyły badania nad irracjonalną stroną działania rynku - czyli zwłaszcza skłonnością do tworzenia spekulacyjnych "baniek". "Zwierzęce duchy" ludzkiej zbiorowej psychologii rządzą wolnym rynkiem, a nie żadna ponadludzka racjonalność - przekonywało dwóch wybitnych ekonomistów - George A. Akerlof (Uniwersytet Berkeley, laureat Nobla z 2001 r.) i Robert Shiller (Yale) w wydanej tuż po panice książce ("Animal Spirits. How Human Psychology Drives the Economy, and Why it Matters for Global Capitalism", Princeton 2009). Morał Akerlofa i Shillera był jasny - rząd musi aktywnie przeciwdziałać nieprzewidywalnym konwulsjom rynku.
Czy to oznacza powrót socjalizmu? Nie, chociaż zmiana intelektualnego klimatu wokół wolnego rynku jest bardzo wyraźnie widoczna. "Dziś, oczywiście, nikt nie jest przeciwko rynkom" - pisał inny znakomity ekonomista, 86-letni noblista Robert M. Solow, w recenzji jednej z wielu wydanych w USA książek o kryzysie finansowym. "Jedyne uprawnione pytania to: Jakie są ich ograniczenia? Kiedy potrzeba regulacji, ile i jakich? I szerzej: Jak chronić gospodarkę i społeczeństwo przed porażkami rynku (ang. market failure), nie tracąc wiele z potencjału systemu rynkowego do efektywnego koordynowania aktywności ekonomicznej oraz jego potencjału do stymulowania i nagradzana technologicznych i innych innowacji, które prowadzą do postępu gospodarczego?".
Pierwsze próby sformułowania politycznej odpowiedzi na to pytanie już mamy. Administracja Obamy przeforsowała właśnie w Kongresie i w Senacie nowe prawo, które nakłada dodatkowe regulacje na rynki finansowe - pierwsze ważne nowe regulacje od dziesięcioleci - i które daje większą ochronę klientom instytucji finansowych. Być może więc czegoś się po kryzysie nauczymy, a kapitalizm stanie się bardziej stabilny i przewidywalny.
Adam Leszczyński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu