Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Nad Wisłą bardzo potrzebna jest reindustrializacja

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Od dłuższego czasu mówi się dużo o potrzebie reindustrializacji Unii Europejskiej. Sęk w tym, że w dużej części krajów unijnych przemysł wciąż ma się świetnie, od lat mają one nadwyżkę eksportu nad importem. W grupie rozwijającej przemysł nie ma Polski, choć są w niej np. Czechy, Węgry i Słowacja

Hasło "reindustrializacja" robi ostatnio w całej UE, w tym w Polsce, zawrotną karierę. Z czego to się bierze? Geneza tego zjawiska sięga ostatnich dekad XX w., w których liczni ekonomiści i politycy propagowali ideę wolnego globalnego handlu, przekonując, że jej wcielenie w życie będzie korzystne dla wszystkich. Zaowocowało to powstaniem w 1994 r. Światowej Organizacji Handlu (WTO - World Trade Organization), do której przystąpiła m.in. Polska, a której głównym zadaniem było ułatwienie wymiany handlowej pomiędzy poszczególnymi krajami. Następstwem liberalizacji handlu na świecie była globalizacja. Polegająca m.in. na tym, że firmy, najpierw zachodnie, mogąc dość swobodnie eksportować swoje towary do wielu krajów, zaczęły przenosić produkcję do tańszych państw. To w ciągu dwóch dekad doprowadziło jednak do dużego spadku produkcji i nadwyżki importu nad eksportem nawet w takich krajach, które miały dotychczas bardzo silny i rozwinięty przemysł, np. w Stanach Zjednoczonych, Francji i Włoszech. Ten spadek był jednak szczególnie silny w części UE. To dlatego Unię Europejską, jako całość, dotyka w ostatnich latach ujemne saldo handlowe. Tak było np. w 2010 r., czyli w roku pokryzysowego odbicia gospodarczego na świecie. Trzeba jednak przy tym zaznaczyć, że w poszczególnych krajach unijnych sytuacja jest pod tym względem bardzo zróżnicowana. Tzn. że we Wspólnocie - oprócz państw ze spadającą produkcją i utrzymującym się wysokim deficytem w handlu zagranicznym - są kraje, które od lat cieszą się nadwyżką eksportu nad importem i rozwijającym się przemysłem.

Dwie Europy

Do tej drugiej grupy należą przede wszystkim Niemcy, do niedawna największy eksporter świata i lider unijnego przemysłu, które więcej eksportują, niż importują od dziesiątków lat, a ich nadwyżka handlowa sięga 100 mld euro. Wśród tych szczęśliwców są też kraje skandynawskie, Holandia, Irlandia, Belgia, ale także Węgry, Czechy i Słowacja.

Pierwsza grupa - "pechowcy" - to przede wszystkim państwa południa Europy, gdzie największy deficyt handlowy notuje Grecja. Jest też jednak w niej i Polska. Dlaczego? W pierwszej połowie lat 90. XX w. duża część polskiego przemysłu upadła. Bo po pierwsze utraciła rynek byłego Związku Radzieckiego i nie umiała go zastąpić innymi rynkami. Po drugie nie radziła sobie w nowych wolnorynkowych warunkach gospodarczych, okazała się za słabo przygotowana na szerokie otwarcie polskiego rynku na towary importowane, na konkurowanie z silniejszymi od polskich przedsiębiorstw, większymi, bogatszymi i nowocześniejszymi firmami zachodnimi. Skutki tego wstrząsu odczuwamy po dziś dzień. Prof. Jerzy Hausner, wicepremier w rządzie Marka Belki, wyliczył, że obecnie polski przemysł pod względem wielkości mocy produkcyjnych jest o 1/5 mniejszy niż w 1989 r.

Ujemne saldo

Polska od lat 90. XX w. rok w rok dużo więcej importuje, niż eksportuje. Niektórzy ekonomiści i politycy uspokajają, że mielibyśmy nadwyżkę handlową, gdyby nie to, że musimy importować ropę i większość potrzebnego nam gazu. Ale przecież Niemcy, Szwecja czy Finlandia są jeszcze bardziej uzależnione od importu paliw niż my, a mimo to potrafią więcej eksportować niż importować. Długotrwałe ujemne saldo handlowe zubaża Polskę. Z kilku względów. Po pierwsze by pokryć ten deficyt musimy się - jako kraj - zadłużać i wyprzedawać nasz majątek. Po drugie wynagrodzenia w sektorze produkcyjnym są wyższe niż w usługach, przemysł generuje więcej wartości dodanej i sporo dodatkowych miejsc pracy w swoim otoczeniu. Nic więc dziwnego, że - jak powtarza wielu ekspertów - ostatni kryzys dużo lepiej zniosły kraje z silnym przemysłem. Takie, jak Niemcy, Szwecja, Chiny, Korea Południowa czy Stany Zjednoczone. W tych krajach bezrobocie nie przekracza 5-7 proc., podczas gdy w Polsce wynosi ono obecnie 13 proc. i od lat nie może zejść poniżej 10 proc. Byłoby jeszcze wyższe, gdyby nie masowa emigracja zarobkowa Polaków do bogatych krajów zachodnioeuropejskich po naszej akcesji do UE (chodzi nie tylko o to, że wyjechała tam część naszych bezrobotnych, ale także o to, że Polacy pracujący w Wielkiej Brytanii czy Niemczech wysyłają do Polski, do swoich rodzin, zarobione tam pieniądze, co powiększa u nas konsumpcję, a w ślad za tym jest dodatkowym motorem napędowym przemysłu w naszym kraju). Tylko to - oprócz dopalacza w postaci funduszy unijnych, gwałtownego zadłużania się naszego państwa w ostatnim czasie i tzw. renty zapóźnienia (w Polsce sektor bankowy jest mniej rozwinięty niż w krajach zachodnich, dzięki czemu mniej "zatruł się" ryzykownymi, toksycznymi instrumentami i operacjami finansowymi) - uchroniło nas od recesji po kryzysie z 2008 r.

Stoimy... jabłkami

Ubocznym skutkiem takiego stanu rzeczy jest stosunkowo słaby rozwój firm przemysłowych z polskim kapitałem. Jest ich w Polsce dość mało wśród przedsiębiorstw przodujących pod względem wielkości produkcji. W specjalnych strefach ekonomicznych w naszym kraju, które są u nas głównym instrumentem wspierania przez państwo rozwoju produkcji, tylko kilkanaście procent zainwestowanego tam kapitału to kapitał polski. Brakuje nam rodzimych marek o globalnym znaczeniu i zasięgu. Choć mają je kraje porównywalne pod względem potencjału gospodarczego do naszego, np. Korea Południowa, której firmy należą do globalnych liderów, i to w najbardziej zaawansowanych technologicznie sektorach. Polska też potrafi być w niektórych branżach światowym czy chociażby środkowoeuropejskim liderem, ale na razie dotyczy to jedynie eksportu surowców, półproduktów czy niskoprzetworzonej żywności, np. jabłek. Rząd pociesza nas, że w ostatnim czasie polski eksport dynamicznie rośnie. Do tego stopnia, iż chwilami nawet zrównywał się z importem. Jednak ekonomiści wskazują, że to zjawisko przejściowe i niedługo znów wrócimy do stałego deficytu handlowego. Bo eksport rósł nam m.in. dlatego, że w wyniku globalnego kryzysu inwestorzy wycofali część swego kapitału z rynków cieszących się mniejszym zaufaniem, czyli m.in. z Polski, czego skutkiem było osłabienie naszej waluty, poprawiające konkurencyjność naszych towarów.

Na koniec kilka statystyk z Eurostatu. Dla niedowiarków lub tych dyżurnych optymistów, którzy po lekturze powyższych akapitów stwierdzili, że nakreślony tu jest zbyt czarny obraz. Udział w eksporcie tzw. wysokiej techniki dla całej UE to 16,9 proc., a w przypadku Polski - jedynie 5,7 proc. Udział naszego kraju w unijnej produkcji przemysłowej to 3,64 proc. (w populacji UE - 7,64 proc.), Niemiec - 27,3 proc. (w populacji UE - 16 proc.), Holandii - 3,98 proc. (w populacji UE - 3,33 proc.), Szwecji - 3,1 proc. (udział w populacji UE - 1,9 proc.), a Austrii - 2,7 proc. (udział w populacji UE - 1,68 proc.). I jeszcze dane (za 2010 r.) dotyczące wielkości eksportu i importu w niektórych krajach UE. Polska: eksport - 117,5 mld euro, import - 131 mld euro, Niemcy - odpowiednio 957 i 804 mld euro, Włochy - 338 i 365 mld euro, Francja - 393 i 457 mld. A teraz dla równowagi kraje kilka razy mniej ludne od Polski: Holandia - eksport w wysokości 433 mld euro, a import - 390 mld, Belgia - odpowiednio 311 i 295 mld, Szwecja - odpowiednio 119 i 112 mld euro, Austria - 115 i 120 mld, Irlandia - 88 i 45 mld, oraz Czechy - 100 i 95 mld. Nic dodać, nic ująć.

@RY1@i02/2014/087/i02.2014.087.05000030d.802.jpg@RY2@

Wartość produkcji przemysłowej per capita według parytetu siły nabywczej w 2012 r. (w tys. dol.)

Jacek Krzemiński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.